28: Sometimes I scrape and sink so low

Damon:
Następnego dnia już jej nie było. Zostawiła wszystko, samochód, rzeczy, pieniądze. Jakby rozpłynęła się w powietrzu. Zadzwoniłem do Lissy
-Hej Damon
-Widziałaś Katherine?
-Nie, a co?
-Zniknęła.
-Jak zniknęła?
-Zostawiła wszystko i jej nie ma
-Zadzwonię do niej
-Daj mi znać czy odebrała
Po 20 minutach Lissa oddzwoniła
-Co jej zrobiłeś?-wypaliła
-Ja?
-Tak ty!
-Nic!
-Bo ci uwierzę. Gadaj!
-Co ci powiedziała?
-Jeśli chodzi o ucieczkę to nic, dlatego sądzę, że to twoja wina...
-Co ci powiedziała...
-Że Luke został zabity, nie chcesz jej dać spokoju i powoli przeginasz pałę.
-Ale...
-Daj jej wreszcie spokój, nie musiałeś jej nachodzić. Stefan nie byłby z tego zadowolony.
Coś we mnie pękło. Teraz wszyscy będą mówić "Stefan to, Stefan tamto", żeby mnie ustawić tak jak im się podoba?
-...Skąd ty możesz to wiedzieć?
-Byłam jego przyjaciółką...a poza tym mówił mi o twoich wybrykach...i o tym jak wielkie uprzedzenia masz do Kath.
-Znałaś go przez dzień!
-Więc musiał mieć cię naprawdę dość skoro mi o tym powiedział. Dlaczego jej tak nie lubisz?
-Nie twoja sprawa.
-Okay, daj spokój mi i jej. Bo inaczej pożałujesz. Do widzenia -rozłączyła się.
Zacząłem myśleć dlaczego Kath mi tak przeszkadza. Brat wolał ją ode mnie, to po pierwsze. Po drugie, nie chciała mi powiedzieć jak przeżyła 155 lat. Była wampirem, ktoś dał jej lekarstwo i teraz jest człowiekiem, czy to była tak wielka tajemnica?...Po trzecie, nie mam nad nią kontroli. Ch*lera, jestem jeszcze większym dupkiem niż myślałem.
Katherine:
Szybkim krokiem przemierzałam jeden z jasnych korytarzy zamku. Po lewej stronie między filarami można było zobaczyć ogród z fontanną na środku, a po prawej drzwi do pomieszczeń o których na razie nie chce mi się mówić. Wszystko, filary, cegła pokrywająca ściany, sufit były w jasnym odcieniu szarości. Po ścianach pięły się różnorodne rośliny. Po mojej prawej, w moim tempie, kroczyła biała pantera. Stawiała swoje ciężkie łapy z gracją na marmurowych płytkach. Duże drzwi z mosiądzu z detalami się otworzyły.
-Co tak długo stokrotko?-spytała moja mama stojąc w swojej czarnej sukni z włosami spiętymi w niski kok.
-Miałam problemy z nogą.
-Po co ci jestem potrzebna?
-Chciałabym tu zostać przez tydzień, aż brat Stefana się odczepi. Potem znów będę latać i zabijać wampiry.
-Opuściłaś się w tym.
-Nikt nie zabija w moim obszarze, tylko Damon...z genialnym wyczuciem czasu, nagle pojawia się i uznaje, że moi znajomi są dla mnie zagrożeniem. Nie jest niebezpieczny tylko...głupi-uśmiechnęłam się do niej.
-Mam wrażenie, że skoro jest "głupi" jest też niebezpieczny. Zabij go Katherine.
-Obiecałam coś Stefanowi.
-On nie żyje.
-...Wiem...i nadal mam wrażenie, że żyje...tylko znowu nie mogę go znaleźć.
-Byliście ze sobą blisko co się dziwić?
-Wiem, ale nie będę się przejmować. Nie mogę, ktoś może to wykorzystać
-Rzeczywiście nie możesz się załamać, ale...możesz sobie pozwolić na chwilę skruchy i nie traktuj świata jakby miał cię tylko krzywdzić.
-Nie, nie...Chodzę do szkoły...poznaję normalnych ludzi...Naprawdę.

***
W domu zdążyłam się położyć na kanapie i zamknąć oczy gdy mój telefon zaczął wibrować. Złapałam to małe draństwo odbierając
-Heeeem?-jęknęłam przecierając oczy
-Boże dlaczego nie odbierasz?
-..Kto mówi?
-Lissa!
-O, hej.
-No Hej!
-Wszystko okay?
-Możesz się spotkać?
-Która godzina?
-Piętnasta.
-okay...Gdzie chcesz?
-Do kawiarni.

27: How fast the night changes?


Katherine:
Słońce powoli zachodziło. Stałam z Lukiem w środku lasu nad ceglanym mostkiem dzielącym miasto od cmentarza. Stanęłam na palcach chcąc zobaczyć jak woda obija się o kamienie. Na swoich biodrach poczułam pewne i silne dłonie.
-Nie wychylaj się-pouczył mnie ciepłym głosem, jakby naprawdę wierzył, że mogę coś sobie zrobić
-Spokojnie, nic mi nie będzie...
Bez uprzedzenia znalazłam się z nim po drugiej stronie. Na miejscu na którym wcześniej stał zaparkował samochód. Drzwi się otworzyły i wysiadł z niego Damon.
-Ej!-wampir obok mnie oburzył się jego nieodpowiedzialnym zachowaniem.
-Spokojnie, przecież masz zdolność regeneracji
-Ale Kath nie.
-Pffff nic jej nie jest
-Katherine daj nam podyskutować-warknął Luke
-Pozwolisz mu sobą pomiatać?-powiedział do mnie to wszystko jak żart.
-Traktuję ją lepiej od ciebie-zauważył, patrząc z zawiścią na Damona. Jedyne na co było mnie stać to westchnięcie "O matko". To nie było "o matko" typu "Znowu się kłócą" tylko "Oni mi się tu zaraz pozabijają"
-Właśnie widać
-Nadal jesteś nie złym dupkiem, co Salvatore?
-Wypraszam sobie, nie jestem dupkiem.
-Racja, za mało powiedziane
-Ej cichutko-wtrąciłam się szarpiąc go leciutko za koszulkę
-Kath...proszę, daj dokończyć-powiedział Luke
-Nie uciszaj jej
-Nie mów mi co mam robić. Za kogo się niby uważasz?
-Za kogoś lepszego od ciebie.
-Możecie, proszę, być cicho?-spytałam
-Nie-warknął Damon
-Nie mów tak do niej
-Powiedziałem tylko "Nie" pacanie!
-Jesteś nic niewartym degeneratem.
-Ja? A mówiłeś jej co zrobiłeś w 1950?
-Nie waż się
-Oh czyli nie?
-Damon...odjedź-warknęłam
-Dlaczego? To naprawde piękne historia....Był piękny słoneczny dzień.
-Nie próbuj-ostrzegł go Luke. Zrobił krok w stronę Salvatore, który tylko uśmiechnął się złośliwie
-Spokojnie. Katherine uratowała mi życie, chcę się tylko odwdzięczyć i ostrzec ją  przed tobą. Poznałem go w karczmie....W której zabił twojego kuzyna. Wypatroszył go-zaczął gestykulować jakby opowiadał o procesie malowania obrazu-Flaki były wszędzie, to samo krew. Był nią wysmarowany. Przewiesił sobie jelito przez szyję jak najlepszą biżuterię, a ciało twojego krewniaka rzucił w kąt.
Położyłam rękę na ramieniu Luke'a, on jednak ją strzepnął. Nie odrywał wzroku od swojego wroga.
-Dobrze to zapamiętałeś co?-powiedział głosem pozbawionym uczuć
-Luke przestań-powiedziałam widząc co się właśnie stało
-Więc gwarantuję, że to też zapamiętasz-złapał mnie za szyję i pewnie złamał piszczel szybkim, mocnym kopnięciem. Potem krótki lot przez barierkę i wylądowałam w wodzie uderzając jeszcze złamaną nogą o kamień. Złapałam się kolejnego głazu nie dając się porwać strumieniowi. Chwilę potem do wody wylądowała głowa Luke'a. Patrzyłam na nią z szeroko otworzoną buzią.
-Chodź Kath-Damon wyciągnął mnie z wody i wziął na ręce-Teraz mi nie uciekniesz
Gdy posadził mnie w samochodzie spojrzałam na niego ze smutkiem i złością, które mówiły za mnie wszystko to, czego nie byłam w stanie z siebie wydusić.
-Ej, nie smuć się-pogłaskał mnie po policzku.
-Jesteś z siebie dumny?-szepnęłam zduszonym głosem.
-Należało mu się.
-Dlaczego mieszasz się w nieswoje sprawy?
-Bo one są najlepsze
-Mówiłam, że nie chcę, abyś był częścią mojego życia, w jakimkolwiek stopniu.
-Ale ja chcę nim być
-...Co tu robisz?
-Wyszedłem się przejść.
-Samochodem?
-...Okay, nie ufałem mu.
-...Sama sobie poradzę-wstałam zapominając o nodze i od razu znalazłam się na ziemi
-Pokraka z ciebie...Pomogę ci
-Podziękuję-powiedziałam wstając i opierając się o samochód. Pokuśtykałam, a właściwie rzuciłam się w stronę barierki.
-Tak będziesz szła parę godzin
-Jak najdalej od ciebie
-Przed chwilą prawie się wywaliłaś
-Sprawdzam stan grawitacji-warknęłam przez ramię
-Nie marudź kobieto-ponownie złapał mnie na ręce sadzając na miejscu koło kierowcy
***
Poderwałam się z łóżka z głośnym wciągnięciem powietrza. Połowa włosów opadła na lewą część mojej twarzy. Żadne ze świateł nie było zapalone i już prawie miałam dać upust emocjom. Zdążyłam zaszlochać i puścić jedną łzę.
-Płaczesz?-Damon wychylił się zza drzwi. Zaczęłam szybko przecierać polik.
-Wydaje ci się
-Czemu płaczesz?-usiadł na łóżku
-...Muszę to wszystko z siebie wyrzucić...wyjdź proszę.
-Dobrze.
-Możesz zajrzeć do szafki z alkoholami...
-Jesteś miła gdy musisz się wyżyć?-zaśmiał się, a ja przetarłam oko koszulką. Patrzyłam na nią chwilę marszcząc brwi.
-Przebrałeś mnie?
-Tylko do bielizny. Spokojnie, nie gapiłem się....za długo.
-...-patrzyłam się jeszcze chwilę na koszulkę trzymając ją w rękach
-Kath?-patrzył jak kładę bolącą nogę na ziemi i siadam na krańcu łóżka z miną wyrażającą nędzę i rozpacz-Może lepiej nie wstawaj
-Cichutko-szepnęłam i tak szybko jak wstałam tak szybko usiadłam z powrotem.
-A mówiłem...jeśli nie możesz wytrzymać w łóżku, mogę pomóc ci się przejść.
-Nie, chciałam tylko sprawdzić czy jest złamana
-Sprawdzałem, nic nie czuję
-Dziękuję, ale nie musisz się mną opiekować.
-Chcę. Potrzebujesz kogoś, a Stefana nie ma. Przyznaj, że potrzebujesz mojej pomocy
-Okay...jednorazowo
-Dobrze. Kuzyn będzie dziś rano. Będziemy cię pilnować.
-Jednak już mi lepiej.
-To wstań-powiedział, a ja spojrzałam na niego z szeroko otwartymi oczami podpierając się o miękki materac-...Nie dasz.
-Ale
-Ciiii-położył mi palec na ustach
***
Rano kulałam do łazienki. Byłam zła przez fakt, że muszę udawać sierotę. Nie mogę nic zrobić bo on ciągle jest gdzieś w pobliżu. Umyłam zęby, a potem dosłownie wleciałam pod prysznic modląc się abym nic sobie więcej nie zrobiła. Wytarłam się i ubrałam siedząc na podłogę. Poczołgałam się po kafelkach do parapetu o który mogłam się podeprzeć i wyjrzałam przez okno. Wrócił.
Ostatecznie oraz dosłownie w podskokach zeszłam po schodach stając na ostatnim . Można powiedzieć, że to co zobaczyłam w salonie, tuż przy drzwiach frontowych, zwaliło mnie z nóg. Patrzyłam na chłopaka o ciemnych włosach stojącego przy drzwiach frontowych. Chłonęłam go wzrokiem szukając jakiejkolwiek wady, która sprowadziłaby mnie na ziemię. Nic. Chodząca perfekcja. Zostało mi cieszyć się, że oddycha tym samym powietrzem i uśmiecha się w moją stronę. Uśmiecha. Wypadałoby odpowiedzieć tym samym, choć teraz pewnie wszystko co robię wydaje się wzywaniem o pomoc.
-Sama przeszłaś taki kawałek?-odezwał się nieznajomy
-Tak...można to tak ująć-teraz nie mogłam przestać się uśmiechać. Czułam się jak pięciolatka. Nie chciałam niczego więcej, niż tylko na niego patrzeć. Nie wierzę w drugą wielką miłość, reszta przy niej zawsze będzie miała jakieś mankamenty.
-Damon mówił, że potrzebna ci pomoc-wskazał na wampira, który właśnie wszedł do środka
-Troszeczkę histeryzuje-przyznałam
-A ty świetnie sobie radzisz- zmierzył mnie wzrokiem-Jak się przemieszczasz?
-Jedna noga wisi w powietrzu, a druga odwala brudną robotę.
-Może ci ją obejrzę?-zapytał. Nie odrywaliśmy od siebie wzroku. Damon patrzył raz na jedno raz na drugie z lekkim...obrzydzeniem?
-Znasz się na tym?
-Walczyłem z Damonem na froncie...Coś tam wiemy.
-Walczyliście razem?-oparłam się o poręcz zainteresowana.
-Tak, jestem jego mentorem-uderzył go, po przyjacielsku w ramię.
-Byłeś-mruknął Salvatore zdegustowany całą sytuacją.
-...Jak masz na imię?-powiedział olewając już zupełnie Damona
-Katherine Herondale
-Chyba cię znam.
-Skąd?-uśmiechnęłam się delikatnie
-Bawiłaś się w domu ze Stefanem, kiedy wychodziłem z Damonem na polowanie...kiedy cię przemieniono?
-Emmmm...W 1860...
-Nie jesteś wampirem...
-Już nie-odpowiedziałam, a Damon uśmiechnął się jakby odkrył tajemnicę powstania wszechświata.
Chłopak pomógł mi usiąść na fotelu po czym ukucnął przede mną obejmując delikatnie moją nogę i naciskając w kilku miejscach.
-Nie źle obita...co się stało?
-Upadłam...
-Wygląda jakbyś upadła, ale z 12 metrów
-Mniej więcej ...
-Boli?
-Mniej niż wczoraj.
-Wygląda na to, że obejdzie się bez gipsu..ii...chyba już wiem dlaczego Damon chciał ci pomóc. Jesteś uroczą młodą damą.
-Wątpię-bezskutecznie wtrącił Damon
-Dziękuję-uśmiechnęłam się do jego kuzyna-Na ile dni tu przyjechałeś?
-Tydzień...musimy się częściej spotykać
-Koniecznie-ożywiłam się-Może chcesz zostać na kawie?
-Pozwól, że dziś to ja ją zrobię-powiedział znikając w kuchni
-Nie wiedziałam, że masz kogoś porządnego w rodzinie-zwróciłam się do Damona
-Obraziłaś właśnie Stefana
-Hah...chodziło mi o tą żyjącą część rodziny
-Czyli obraziłaś mnie?-spojrzał na mnie z pretensją i zacisnął usta w wymuszonym uśmiechu.
-Nie przyzwyczaiłeś się jeszcze?-przyłożyłam rękę do ust udając zdziwienie
-Odpuść mi
-Kiedy ty mi odpuścisz?
-Nigdy-warknął
-Na spotkaniach z twoim kuzynem też będziesz mnie śledził?
-Może
Szybko złapałam się za głowę. Otworzyłam usta z zapartym tchem.
-Co się dzieje?-spojrzał na mnie lekko zmartwiony
-To Stefan
-Co?
-Próbuje się skontaktować...mówi...mówi...,że możesz spi*rdalać
-Głupia jesteś-pokręcił głową
-To po co ze mną dyskutujesz? Spójrz, kolejny argument dla którego możesz dać mi spokój.  Istne szaleństwo co?
-Zobaczymy
-...-poprawiłam się na fotelu-Musisz mnie nienawidzić...dlaczego nie skorzystasz z okazji? Jestem sama i niepełnosprawna. Mogłabym spaść ze schodów i nabić się na nóż...z 10 razy.
-To tylko noga, ale nadal możesz mnie przemienić w człowieka.
-Powiedziała ci?
-Ehe
-Mogę, ale gdzie byłby w tym ubaw?...Właśnie mi uświadomiłeś, że nie musimy się znosić.
-Co to ma znaczyć?
-Zobaczysz

26: These are the words but the words aren’t coming out They burn ‘cause they are hard to say

Kiedy przyjechałam do domu, w kuchni siedział Ashton.
-Zabijesz mnie-powiedziałam kładąc kawy i ciasto na blacie.
-Nie, dopiero co umyłem ręce.
-Powiedziałam Tomowi, że jesteś moim bratem. Mogłam powiedzieć, że chłopakiem, może by się odczepił.
-Brat pasuje
-Ehhh on chyba nie da mi spokoju-powiedziałam siadając na blacie i biorąc swoją kawę.
-Powiedział ci "cześć" na ulicy, a to stalker
Prychnęłam słysząc jego sarkastyczną wypowiedź
-Powiedział do zobaczenia. Chciałam tylko...Kogoś zaliczyć?...Mogłam iść do ciebie. Miałabym chociaż spokój.
-...Ej a może ja nie chcę?
Spojrzałam na niego
-Powiedziałam mogłam idioto.
-Masz rację...jestem łatwy.
-Wystarczy, ze ci stanie. Jemu załatwiłam erekcję w 3 minuty. Tobie mogłabym w pięć.
-Załatwiła? To brzmi jakbyś obcięła ją tasakiem.
-Co?
-Nic nic...a co do mnie...umiem się powstrzymać ze spuszczeniem się.
-A co mnie obchodzi czy byś doszedł-zaśmiałam się-Ważne bym ja doszła.
-Widać, że nie byłaś jeszcze w poważnym związku-odgryzł się.
-Byłam, ale kobieta kiedy ma chcice nie patrzy na faceta tylko na siebie.
-A ja sądzę, że niezależnie od sytuacji patrzy się również na drugą osobą.
-Nie wiedziałam, że z ciebie taki romantyk....nie ważne...zależy co się do niej czuje-wzruszyłam ramionami upijając łyk kawy- Ja do Toma nic nie czuje. Potrzebowałam odskoczni...Bo po Joshu nikogo nie miałam. W sensie w łóżku...od dwóch miesięcy.
-W każdym razie...niezależnie czy kobieta, czy mężczyzna. Osoba która kończy jak dojdzie i nie stara się aby partner lub partnerka przeżyły to samo musi być niezłą świnią. Od razu widać, że coś jest nie tak. I na marginesie, powinnaś była pójść do kogoś bardziej trzeźwego. Dłużej by stał.
Zaśmiałam się
-Skończyliśmy jak oboje doszliśmy, a stał tyle ile powinien...a poza tym żartowałam z tym co powiedziałam idioto. Co miała bum cię zrzucić z siebie i powiedzieć żebyś sobie poszedł? Ash błagam cię. Zacznij myśleć.
-Przy tobie się nie da
-Fajnie wiedzieć
-Wiem, że fajnie.
-Ehhhh...a ty miałeś jakiś poważny związek?
-Jeden
-Opowiadaj-poprawiłam się na blacie.
-...Miała na imię Allison. Poznaliśmy się w liceum, niedaleko Mystic Falls. Była delikatną dziewczyną z blond włosami sięgającymi do ramion. Miała piękne brązowe oczy. Niemal czarne, zawsze kojarzyły mi się z oczami sarny...była dla mnie wszystkim-mówił z uśmiechem, jakby wspominał najpiękniejsze chwile jego życia.
-Czemu nie jesteście razem?
-...-jego uśmiech znikł-Z tego samego powodu z jakiego jestem w tym mieście.
-Pierce ?
-Tak.
-Zabiła ją czy kazała tobie?
-...Pojechaliśmy pod namiot, poza miasto. Było romantycznie, w misce leżały owoce...Między innymi truskawki, borówki i kawałki arbuza.
-Nie wiedziałam, że z ciebie taki romantyk.
-Bo teraz jestem męską dziwką.
-Tak się zachowujesz...I jesteś łatwy.
-Hah, w porównaniu z twoimi dwoma miesiącami rzeczywiście jestem.
-Dwoma
-Dwoma.
-...Tylko raz się zakochałeś?-wróciłam do tematu
-Nie...ale tylko raz tak bardzo...
-Nie dokończyłeś opowiadać
-To...nie opowieść na ten dzień.
-Mów dalej...
-Hah, nie na ten dzień.
-Czemu?
-Muszę pozbierać myśli.
-Więc kiedy chcesz się spotkać?
-Kiedy ci odpowiada?
-We wtorek.
-O której?
-O 14 kończę lekcje. Może o 15 w kawiarni w galerii?
-Dobrze.
Uśmiechnęliśmy się do siebie.
**Wtorek**
Weszłam do kawiarni i od razu zauważyłam Ash'a siedzącego przy stoliku pod ścianą. Podeszłam i usiadłam naprzeciw niego.
-Hej
-Hej
-Opowiadaj
-Było romantycznie. Słońce powoli zachodziło, a my poddaliśmy się chwili. Całowaliśmy się jakby świat się dla nas zatrzymał...gdy nagle poczułem silne łapy na moich plecach. Zostałem wyciągnięty za koszulkę z namiotu, przez jednego ze służących Pierce. Drugi z nich wywlekł Allison wrzucając ją do ciężarówki. Takiej samej do której niedaleko wrzucili Kath. Patrzyłem w stronę czarnego samochodu, wiesz takiego którym dowozi się jedzenie do sklepów i tym podobne. Trzymał mnie za włosy drugą ręką przykładając nóż do gardła. Pierce podeszła do mnie oferując, że mogę do nich dołączyć. Nie chciałem, ale miała dobry argument. Mogłem ocalić Allison. Nie miałem wyjścia...a praca zmusiła mnie do wyzbycia się empatii i innych, podobnych cech.
-...Nie dość, że kazała ci ją zostawić to jeszcze przez nią pozbyłeś się swoich dobrych cech?
-Tak...i sądzę, że jestem lepszym człowiekiem niż byłem.
-No tak, ale musisz przyznać, że aniołkiem też nie jesteś.
-Ej, jestem-przerwał na chwilę aby popić kawę-przeeeeeeuroczy.
-Oczywiście, jak 5 letnie dziecko proszące mamę o lizaka.
-Ale uroczy
-Hah, jasne.
-A czemu jej nie poszukasz?
-Po tym jak cię poznałem, wróciłem do bazy...Spałem do 6 rano. Gdy wstałem zrobiłem sobie krótki spacer po korytarzu. Jedna z sal miała uchylone drzwi..... Leżała na stole martwa. Podbiegłem do niej. Obok na stoliku leżały jej akta zaznaczone czerwoną pieczątką "eksperyment nieudany". Wtedy od nich uciekłem...nie zdała jednego durnego eksperymentu...
-Oł współczuję...Na drugi dzień do mnie przyszedłeś. Nie wydawałeś się smutny.
-Byłem wściekły. Miałem dość twoich gierek i powstrzymywałem się aby cię nie rozerwać.
Zatkało mnie. Otworzyłam buzię chcąc coś powiedzieć, ale nie wiedziałam co, więc ją zamknęłam.
-Czyli przyszedłeś mnie zabić?
-Nie, po portfel, a ty zaczęłaś gadać. I wtedy byłem na granicy z szałem. Bardzo często mówisz od rzeczy.
-Wiem, ale ja nie potrafię siedzieć cicho. A po wcześniejszym wieczorze byłam na ciebie zła i się ciebie trochę bałam. Przepraszam.
-Nic się nie stało-powiedział z lekkim uśmiechem, aby pokazać, że wszystko jest już w porządku-Ja też przepraszam.
-Za co?
-Wszystko
-Okay...
-Myślisz, że pokochasz jeszcze kogoś, tak jak ją?
-Mam nadzieję... ale sądzę, że tak...teraz ty opowiedz coś o sobie.
-A co chcesz wiedzieć?
-Wszystko o twoim najlepszym związku. Żeby pasowało do poprzedniego tematu.
-najlepszy okazał się najgorszym. Byłam z Joshem dwa lata. Było świetnie. Chociaż tak myślałam. Zerwał ze mną tydzień przed 3 rocznicą....przez sms'a...potem podrywał moją przyjaciółkę.
-Ej ja się rozgadywałem, ty też się rozwiń.
-Ehhhhhhhh....Było tego za dużo. Choć jak się dowiedział, że jestem czarownicą, powiedział, że nie chce mieć takiej dziewczyny i...że pewnie chcę się zemścić, bo w przedszkolu się ze mnie naśmiewał. Nie odzywał się przez miesiąc. Potem wrócił.
-Dupek
-Taaaaa, ale i tak najbardziej bolało to jak zerwał po dwóch po latach.
-Zerwania bolą.
-No...A tak to nie ma co opowiadać
-Na pewno coś jest
-Nie. Nic ciekawego się w moim życiu nie dzieje....Idziesz coś zjeść? Cały dzień nic nie jadłam
-Jasne, gdzie chcesz?
-Sushi lub KFC
-Obojętnie
-To KFC
-Dobrze
-Chodź.
Wstaliśmy i poszliśmy na gastro. Zamówiliśmy kubełek i usiedliśmy przy jednym ze stolików. Fajnie się z nim gadało.
-Długo byłeś sługą Pierce?-spytałam patrząc jak chłopak podgryza skrzydełko
-....Odliczając rekrutacją....dwa tygodnie...
-Jak na jej sługę to mało.
-Szukała frajera, który będzie na każde skinienie jej palca.
-Jest idiotką...Czego się spodziewałeś?
-Wiesz...znalazła
-Jakie ona robi eksperymenty?
-Próbowała oszukać wampirzą naturę. Ona chce być niezniszczalna, aby nie robił jej krzywdy żaden kołek, werbena lub światło dnia.
-Przecież się nie da. Każdy to wie.
-Prawie jej się udało
-Serio?
-Gdyby Allison nie zginęła...
-Ale za pomocą chemii i wampirów?
-Sądzę, że oprócz tych wszystkich istot o których wiemy jest coś jeszcze
-Co niby?
-Nie wiem 

25: Do you get a little kick out of being slow minded? (part 2)

-...Tooo-powiedziałam nie wiedząc co odpowiedzieć.
-Czemu nie chciałaś ze mną zatańczyć?
-A jak myślisz?
-Nie cierpisz mnie, no tak-zaśmiał się jakby palnął jakąś głupotę.
-Po tym co zrobiłeś, dziwisz się?
-Wybacz mi
-Ehhh...dobra
-Serio?
-Serio. Masz szczęście, że mam dobry dzień.
-Wiem...i cieszę się, że mam takie wyczucie czasu.
-Wiesz, mogłeś mnie dziś nie zastać-wzruszyłam ramionami i pijąc wino
-Wiem, ale coś mnie tknęło
-Co niby?
-Nie wiem.
-Mhm, a tak szczerze, czemu za mną tak latasz?
-Lubię cię.
-Serio?
-Jasne, dlaczego nie?
-Męczysz mnie, nachodzisz. Tak nie robi się osobie, którą się lubi.
-Domyślam się...i uwierz mi miałem tak pierwszy raz
-Pierwszy raz kogoś nachodziłeś i groziłeś?
-Nie, ale pierwszy raz osobę, którą lubiłem.
-Po co to robiłeś? Gdybyś mnie nie śledził i nie groził wszystko byłoby jak tamtego wieczoru gdy rozmawialiśmy
-To dość ckliwa historia.
-Znaczy?
-Nie nic...
-Powiedz, jestem pijana. Nie będę tego jutro pamiętać.
-Podziękuję-odstawił kieliszek po czym spojrzał na mnie-Ładnie dziś wyglądasz.
-Dzięki
-Nie ma sprawy
-tooo co teraz?-uśmiechnęłam się lekko
-Nie wiem
Przygryzłam dolną wargę bawiąc się kieliszkiem. Ashton uśmiechnął się.
-Rzadko się szczerze uśmiechasz-zauważyłam patrząc badawczym okiem.
-Ty też, zwłaszcza na mój widok
-Haha taaa...co robiłeś w klubie?
-Przyszedłem się upić, ale spotkałem... ciebie.-wskazał na mnie palcem
-I się nie upiłeś?
-Nie.
-Czemu?
-Bo miałem ochotę z tobą zatańczyć
-I wolałeś być przy tym trzeźwy?
-Tak-uśmiechnął się tym razem pokazując dołeczki w  policzkach.  Sama nie wiem dlaczego, ale je pogłaskałam, rumieniąc się.
-Masz ładne dołeczki
-Dziękuję...pięknie wyglądasz z rumieńcami
Obróciłam głowę i zasłoniłam twarz włosami by nie było widać wypieków.
-Jak burak
-Nie...przecież widzę
-To jesteś ślepy, a poza tym mam makijaż
-Sądzę, że wszystko zostało starte
Spojrzałam na niego pytająco. Kurw@, a jak on czuje, że z kimś ten tego?!
-...Co?-spytał zdziwiony moją miną
-Nic..przestań patrzeć na moje policzki, to krępujące
-Okay-teraz spojrzał się w moje oczy. Zrobiłam to samo. Spojrzałam w jego brązowe, piękne oczy w których były...Iskierki? Chłonęliśmy siebie wzrokiem jakbyśmy dopiero co się poznali. Jednak tą chwilę przerwał mój telefon, który zaczął dzwonić. Spojrzałam na ekran. Nieznany numer. Wzięłam go do ręki i niepewnie odebrałam.
-Tak?
-Liss?-odpowiedział zaspany głos
-Tom?
-Tak, chciałem się tylko dowiedzieć czy wszystko okay-powiedział chyba nadal pijany. Ashton spuścił głowę bawiąc się swoimi palcami.
-Tak, wszystko dobrze-mruknęłam patrząc na zakłopotanego Ashtona
-A tak swoją drogą, czemu poszłaś?
-Musiałam
-Rodzice w domu?
-Za późna pora jak na spanie w hotelu
-Mogliśmy pójść do mnie
-Ledwo się znamy.
-Okay, rozumiem. Spotkamy się jeszcze?
-Nie wiem, może.
-Zadzwoń
-Dobrze
-Dobranoc
-Dobranoc-rozłączyłam się.
-Przeszkadzam?-spytał Ashton
-Nie
-To był twój chłopak?
-Nie, to ten z klubu.
-Ten z którym wyszłaś?-spytał, a ja kiwnęłam głową
-Dokładnie
-Oh..okay
-Nie ma co się przejmować, chłopak na noc-mruknęłam
-Tak czy siak gratuluję-powiedział z trochę niepewnym uśmiechem
-Czego?
-Nowej zdobyczy
-To jedna noc. Potrzebowałam tego-spuściłam głowę
-Spokojnie. Nikt cię nie ocenia...ja ci gratuluję.
-Nie! Nie gratuluj mi! Przez ciebie czuję się jak dziwka-schowałam twarz w dłoniach.
-Nie masz powodu-objął mnie głaszcząc po plecach
-Mhm...Oczywiście.
-No tak.
Odsłoniłam twarz patrząc na niego po czym go mocno przytuliłam
-Oj to miłe-skomentował
-Zamknij się Smith
Przytuliliśmy się mocniej
-Masz ładne perfumy-przerwałam ciszę
-Dziękuję, a ty ładny szampon do włosów
-Hah dziękuję
-Bardzo ładny-powtórzył wtulając nos w moje włosy
-Bardzo dziękuję-uśmiechnęłam się
-...Wiesz Ash? Myślałam, że z tobą nie da się normalnie porozmawiać...
-Domyślam się.
-Hah szkoda, że byłeś takim dupkiem...wtedy nasze relacje byłyby inne
-Wiem, ale nie mam zamiaru się tłumaczyć.
-Ehe, mogłam się tego spodziewać.
-Mogłaś
Odsunęłam się od niego biorąc wino w rękę i wypijając jego cała zawartość z kieliszka
-Dolewka?-zapytał
-Tak, ale jeżeli chcesz mnie upić i zaliczyć to wiedz, że ci nie wyjdzie.
-Nie chcę. Skąd to wzięłaś? Czy kiedykolwiek do tego zmierzałem?
-Tak. Mówiłeś o tym. Powiedziałeś, że jesteś ze mną w ciąży, a jak powiedziałam, że ze sobą nawet nie spaliśmy, po wiedziałeś, że trzeba to nadrobić...I to jeszcze u Damona
-Żarcik firmowy...dodałem emotikony
-I co z tego?
-Dla ciebie nic, bo nie znasz mnie na tyle dobrze
-Bo na razie mi to niepotrzebne
-W ogóle ci to niepotrzebne
-Racja, wystarczy wiedzieć, że jesteś jak męska dziwka
-Hah, jak uważasz-otworzył ramiona
-Idę chyba spać...zostajesz na noc czy idziesz?
-Wolę, nie zostawać bo jeszcze osądzisz mnie o próbę molestowania
-Jak mnie nie dotkniesz to nie-zaśmiałam się
-..Będę spał na kanapie-uśmiechnął się
-Możesz w pokoju gościnnym ale jak wolisz
-To wezmę pokój
-Chodź zaprowadzę cię
-Dziękuję-wstał idąc za mną na górę. Pokazałam mu drzwi do pokoju i sama poszłam się umyć i pójść spać.

                                  ***
Rano Ashton nadal spał w swoim pokoju. Zostawiłam mu karteczkę z informacją, iż ma pilnować domu aż wrócę ze sklepu. To głupi pomysł, ale miałam nadzieję, że nie wstanie do czasu, aż wrócę.  Kupiłam dwie kawy i tiramisu. Nie wiedziałam jaką kawę lubi więc wzięłam mu zwykłe latte. Mam nadzieję, że wypije. Sobie wzięłam cynamonowe latte. Mmmm, moje ulubione. Będąc przy aucie nie mogłam otworzyć drzwi, bo miałam zapełnione ręce więc rzeczy położyłam na dachu i je otworzyłam.
-Liss...-usłyszałam miły, ciepły, męski głos. Spojrzałam na mężczyznę. Tom, Cholera.
-Cześć Tom. Emmm co tu robisz?-spytałam niepewnie
-Mmmm-spojrzał na kawiarnię niepewnie-mój ojciec tu pracuje...tym czasowo
-Mhm-wzięłam rzeczy z dachu i położyłam na siedzenie pasażera, obok kierowcy.
-A ty?
-Przyjechałam po kawę.
-Wypijesz tyle?
-Druga jest...dla brata.
-To smacznego
-Dzięki
-Do zobaczenia
Pokiwałam głową po czym wsiadłam do auta, zamknęłam drzwi i odjechałam.

24:Do you get a little kick out of being slow minded? (part 1)

Lissa:
Jechałam w ciszy patrząc co chwilę na Kath zagapioną w okno oraz Damona siedzącego na tylnym siedzeniu. Pogoda pasowała do atmosfery. Deszcz odbijał się od szyby samochodu. Nie mogłam dłużej wytrzymać
-Będzie Ashton?-powiedziałam
-Tak-odpowiedział Damon
-Ughhh
-Wiem, wiem...
-Czy tylko mi on nie przeszkadza?-spytała Kath
-Ciebie nie śledził, nie groził śmiercią rodziny i nie nazywał skarbem lub kotkiem. O! I nie wmawiał wszystkim, że ze sobą jesteście!-wybuchłam
-Nie...ale znam osobę, która robiła podobne rzeczy
-To było dawno i nieprawda-powiedział wampir, a dziewczyna prychnęła śmiechem patrząc przez okno.
-Może zajedziemy do kawiarni?-zapytałam
-Ile mamy czasu?
-Z...30 minut
-Dobrze-odpowiedziała dziewczyna, a ja uśmiechnęłam się
Do samochodu wróciłam z kawą i bukietem niebieskich róż z białą wstążką, które położyłam obok wampira
-Kath-powiedziałam układając kwiaty tak aby się nie popsuły podczas gdy oni wzięli swoje kubki.
-Słucham
-pamiętasz naszą rozmowę na matmie?
-Tak,a co?-obróciła głowę
-Dziś piątek. Jutro sobota...Może pójdziemy jutro na imprezę?-poruszyłam brwiami
-Oczywiście-powtórzyła po mnie gest
-Katherine czy ty nie masz chłopaka?-spytał Damon mając na myśli chłopaka z którym sypia Kath.
-Nie, a ty?
-Może jedźmy już na cmentarz?-wtrąciłam.
***
Po skończonym pogrzebie "rozmawiałam" z Katherine obok grobowca rodzinnego w którym rozmawiali Damon i Ashton. Tak naprawdę siedziałyśmy w ciszy czekając aż będziemy mogli się rozejść do domu.
-Pójdę do samochodu-powiedziała dziewczyna, a ja kiwnęłam głową idąc za nią
Ashton:
-Jak się czujesz?-spytałem zapatrzonego na imię swojego brata, wampira
-Bywało lepiej
-Wydajesz się jakbyś zastanawiał się kogo zjeść na kolacje
-Wydaje ci się...Jesteś bardzo ciekawski co?
-Taka natura, powiedz..plose.
-Wal...
-Już to robiłem, ale dziękuję za propozycję-przerwałem mu
-Nie musiałem tego wiedzieć
-...To nad czym tak myślisz?
-Jak Kath może cię nie potępiać
-Ta która przyszła tu z Lissą i Tobą? Widocznie zna się na rzeczy.
-Tylko ją tknij
-Tykało ją już dużo chłopaków-chciałem go zirytować i chyba mi się udało-więc co to  za różnica? Hah spokojnie, rozumiem, że obrałeś ją sobie za cel i nie lubisz gdy ktoś ci przeszkadza....nie czujesz się źle, że tylko ciebie odtrąca? Musisz być okropny.
-Nie potrzebuję jej. A jak ci idzie z Lissą?
-Heh...skoro jesteś taki mądry to dlaczego jej nie zaliczysz?
-Była przyjaciółką mojego brata. Mam pewne zasady...lecisz na nią? Nie oszukuj...to widać.
-Dlatego z szacunku do niej zamierzam zachowywać się jak dżentelmen.
-Słucham?
-Za trudne słowo? Dżentelmen to mężczyzna z klasą...to ostatnie też mam przetłumaczyć?
-Ty dżentelmenem?-wybuchł śmiechem
-A ty co ostatnio zrobiłeś?
-Zapłaciłem za kawę dla pań, a ty niby co zrobiłeś?
-Pytałem co zrobiłeś z własnej woli...dla Katherine...
Wzruszył ramionami
-...Zrozumiałem ją
-Błagam-teraz ja nie wytrzymałem-zaraz padnę
-Zamknij już ryj
-Hej idziecie?-spytała Katherine wchodząc do środka. Uśmiechnąłem się złośliwie do wampira
-Jasne-objąłem jej dłoń wykonując gest nad jej ręką. Lissa weszła do środka- Musze przyznać, że panie wyglądają dziś niesamowicie-z uśmiechem chciałem zrobić ten sam gest nad ręką Lissy, ale ona zabrała swoją dłoń. Katherine spojrzała pytająco na Damona.
-To ja wrócę do samochodu
-Poczekaj-Damon wyszedł za Kath, a ja spojrzałem na Lissę nadal się uśmiechając.
-Radzę Ci przestać się tak szczerzyć-warknęła
-Zabraniasz mi radości?
-Tak
-To źle bo nie dam rady się powstrzymać.
-Serio wolisz tamtego dupka?
-Ty niby jesteś lepszy?-poszła w stronę auta a ja za nią
-Nie przekonasz się jeśli nie dasz mi szansy
Zatrzymałem się dopiero gdy uderzyła drzwiami i odjechała
***
Zegarek stojący na moim stoliku nocnym wskazywał 19. Miałam jeszcze półtorej godziny do spotkania z Kath. Ubrałam czarną, obcisłą, koronkową sukienkę oraz czarne szpilki. Pomalowałam się i byłam gotowa.  Skórzaną kurtkę zarzuciłam przez ramię, w drodze do drzwi zgarnęłam torebkę która już na mnie czekała i wyszłam z domu. Wsiadłam do samochodu, zapięłam pasy, włączyłam radio i ruszyłam w stronę domu Katherine. Nie lubiłam jeździć w szpilkach, ale tego wymagała sytuacja. Pod domem dziewczyny byłam po 20 minutach
-Hej hej-weszła, przeleciałam po niej wzrokiem biały krop top i dżinsy. Do tego białe sznurowane botki. Nic nie zrobiła z włosami i chyba nawet się nie pomalowała -Coś nie tak?
-Nie postarałaś się.
-Wiem.
-Kath twój brak chęci do przyporządkowywania stroju do okazji mnie przygnębia.
-haha jak to?
-Wyglądasz jakbyś szła do szkoły...chwila-położyłam rękę na jej brzuchu- Co ćwiczysz?
-Emmm...joga...
***
Dziewczyna ostatecznie została przy barze, a mnie wyciągnął na parkiet jakiś chłopak. Zdaje się Tom, który całkiem nie źle się ruszał. Jego oczy nie odrywały się od moich bioder. Obróciłam się do niego plecami, przylegając do jego torsu i kładąc głowę na jego ramieniu. Po dwóch piosenkach poczułam, że mój partner ma przeze mnie problem w spodniach. Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Chłopak widocznie się zawstydził, tańczył mniej pewnie. Odwróciłam się do niego przodem. moje ręce wylądowały na jego szyi. Spojrzałam w dół. Nie myliłam się. Stanął mu. Podniosłam głowę i na koniec piosenki pocałowałam go w usta. Czułam napierających ze wszystkich stron ludzi, którzy przycisnęli mnie bardziej do Toma.
-Odbijamy -powiedział Smith pojawiając się znikąd i odrywając mnie od chłopaka, który zniknął gdzieś w tłumie. Odepchnęłam go.
-Naprawdę nie zatańczysz ze mną?-krzyknął, a ja bez słowa wróciłam do mojego nowego znajomego.
-Przepraszam za niego-powiedziałam
-Ja za niego też-powiedział patrząc sobie na krocze-Jestem pijany
-Nie chcesz czegoś z tym zrobić?-spojrzał na mnie, a ja dodałam:-Do mnie czy do ciebie?
Chłopak przez chwilę nie wiedział czy żartuję, a po chwili lekko się uśmiechnął
-Nie wiem czy wytrzymam
-Gdzieś tu niedaleko jest hotel
-W takim razie ja płacę
-Nie. Po połowie. Inaczej będę czuła się jak dziwka
-...dobrze
-Chodź-złapałam go za rękę i poszłam pierwsza gdy on starał się zasłonić mną swój wzwód.
***
Leżałam przykryta kołdrą patrząc na chłopaka, który leżał z zamkniętymi oczami. Albo spał. Sama nie wiem. Może przedawkował alkohol? Chłopak przewrócił się na bok tyłem do mnie. Spał. Westchnęłam po czym wstałam ubierając się. Na szafce nocnej zostawiłam pieniądze i karteczkę. Napisałam, że muszę iść i podałam swój numer telefonu. Pocałowałam go w policzek i wyszłam z pokoju wyciągając telefon i zadzwoniłam do Kath idąc w stronę wyjścia
-Halo?
-Jesteś jeszcze w klubie?-spytałam
-Nie
-Nie wiedziałam czy po ciebie wracać.
-Luke zadzwonił.
-Uuu to nie przeszkadzam
-Spokojnie, do niczego nie dojdzie.
-A ty nie chciałaś przypadkiem dziś kogoś zaliczyć?
-Nie...przepraszam, ale nie przepadam za spaniem z nieznajomymi, to nie w moim stylu.
-Spokojnie, to było widać...w końcu byłaś strasznie zachwycona swoim kolegom.
-Skąd wiesz, że chodzi o Luke'a?
-Domyślam się...u ciebie czy u niego?
-Idziemy na spacer. Spotykamy się w lesie nad mostkiem.
-Idziesz sama przez las?
-Tak
-Ale uważaj.
-Spokojnie, ja tu jestem ostrożna
-Okay ja kończę
-Papa
-Pa.
Wsiadłam do samochodu i odpaliłam silnik. Jakiś czas później byłam pod swoim domem, ale nie tylko ja. Ashton siedział na schodach. Było już za późno na ucieczkę. Pomachał mi więc jedyne co mogłam zrobić to wstać i wysiąść z auta.
-Czego ty chcesz?-warknęłam patrząc na okna. Miałam nadzieję, że nikogo nie ma w środku.
-Przyniosłem wino
-Po co mnie nachodzisz?
-Wiem, że moje pierwsze wrażenie, nie było najlepszym dobrym wrażeniem...a mimo pozorów nie lubię mieć wrogów. Zacząłem się popisywać i głupio mi.
-Ach tak? Trochę za późno. Ja cię już nie cierpię. I wino tego nie zmieni
-A miś?-wyciągnął go zza swoich pleców
-Miś? Serio? Nie mam 5 lat.
-Wybacz, ale wino na pewno ci zasmakuje-powiedział kładąc butelkę pod drzwiami. Ominął mnie idąc powoli w stronę swojego samochodu
-Ehhh-westchnęłam, a on obrócił się do mnie jak by wiedział, że mam zamiar kontynuować-Zostań. Nie będę pić tego sama, ale ręce przy sobie-pogroziłam palcem.
-Dobrze uśmiechnął się wchodząc za mną do środka. Położył misia i wino na komodzie stojącej niedaleko drzwi. Zapaliłam światło po czym zabrałam butelkę idąc z nią do kuchni. Znalazłam tam kieliszki oraz korkociąg i poszłam z tym wszystkim do salonu.
-Jesteś sama w domu?-spytał siadając na kanapie
-Tak, rodzice pojechali na delegację. Żadnych numerów
-Spokojnie, zwykła rozmowa-zapewnił mnie
Uśmiechnęłam się lekko siadając niedaleko niego. Złapałam za przyrząd za którego pomocą miałam pozbyć się korka z butelki.
-Pomóc?-zaoferował po czym delikatnie zabrał mi butelkę. Zrobił to z wprawą po czym rozlał trunek do kieliszków-Zacznijmy od połowy-pokiwałam głową biorąc jeden kieliszek i upijając z niego łyka
-To ten-westchnął również maczając usta w winie.
-Ten
-No-zaśmiał się
Pokręciłam głową. Wstałam idąc do kuchni po ciastka, po czym wróciłam do mojego gościa.
-Co cię naszło by przepraszać?
-Mówiłem, nie lubię mieć wrogów
-Masz ich pewnie pełno...nie zdziwiłabym się.
-Mam więcej od kiedy Pierce zmusiła mnie do współpracy
-Nie ładnie zwalać to na kogoś
-Tylko jeśli nie jest to prawda, nie znałaś jej, więc nie wiesz jak było...i tego ci zazdroszczę-wziął łyk

23: Can we get closer?

   Katherine:
Mój spacer po sklepie nie trwał długo. Zaczęło się od pierwszej sukienki którą wypatrzyła dla mnie Lissa, a teraz siedzę tu starając się jak najszybciej przymierzać to co mi daje i jednocześnie oceniać czy kreacja pasuje na pogrzeb. Góra nieprzymierzonych ubrań rosła, a ja nie nadążałam. Gdy po raz 5 zajrzała do mojej przymierzalni żeby zobaczyć jak wyglądam i zobaczyła moją przerażoną minę, zrozumiała, że nie jestem tak szybka jak ona i, że musi się dostosować do moich powolnych ruchów. Usiadła na zewnątrz czekając, aż wybrałam (teraz was zaskoczę, lepiej usiądźcie) czarną, lekko rozkloszowaną sukienkę z koronkowymi rękawkami. Spódnica sięgała mi do kolan.
-Ładna-uśmiechnęła się Lissa.
-Kupuję i idziemy coś zjeść-uśmiechnęłam się-Ja stawiam...w ramach podziękowania za pomoc.
***
Głośny dźwięk wiadomości na fb. Aż żałuję, że zarejestrowałam się na tej przeklętej stronie. Otworzyłam oko i sięgnęłam po telefon.
D.-Wstawaj
-Tylko nie on-mruknęłam pod nosem chowając twarz w poduszkę. Ostatecznie powinnam wstać i iść z telefonem do łazienki. Położyłam go na umywalce, wzięłam prysznic i myjąc zęby wróciłam do telefonu
K.-Dzień dobry, miło, że napisałeś.
D.-Wiem
K.-Więc czego chcesz?
D.-Mam gorszy humor
K.-Więc powinnam być dla Ciebie miła?
D.-A czemu miałabyś być wredna?
K.-Bo to normalne w naszej relacji
D.-Jakiej relacji? Mieliśmy więcej się nie spotykać.
K.-To ty mieszasz się w moje życie
D.-Trudno
Ubrałam bieliznę i zdjęłam ręcznik z włosów, po czym zajęłam się makijażem
K.-Dla mnie wyjątkowo
D.-Wstałaś?
D.-W łazience mówisz? Strasznie długo zajmuje ci odpisywanie
K.-Jestem w łazience
D.-W łazience mówisz?
D.-Gdzie właściwie mieszkasz?
K.-Nie trafisz, musiałabym Cię zaprowadzić.
D.-Trafię
K.-Spokojnie, poczekam, aż przeszukasz cały las.
Poszłam do swojego pokoju i niemal rzuciłam telefonem. Damon siedział na łóżku trzymając sukienkę na kolanach. Schowałam się za framugą
-Do jasnej ch*lery Damon!
-...Katherine
-Co tu robisz?
-Podziwiam widoki..to twoje?-podniósł sukienkę
-Tak, mógłbyś mi ją podać?-wyciągnęłam rękę
-Podejdź i ją sobie weź
-Jak podejdę wieszak zostawię pomiędzy twoimi żebrami
Z westchnięciem wstał podając mi sukienkę
-Dziękuję
-Pomóc ci?-zapytał gdy ja opierałam się o ścianę korytarza zakładając sukienkę.
-Nie będzie takiej potrzeby
-Nalegam.
-Nie jesteś moim chłopakiem, narzeczonym, przyjacielem lub choćby gejem
-Mogę być czymś oprócz geja
-...Obędzie się-gdy zapięłam sukienkę on nagle pojawił się przede mną-Przerażasz mnie
-Nie przesadzaj-uśmiechnął się przechylając głowę na prawą stronę
-Jak znalazłeś mój dom?
-Kiedyś musiałaś do niego wrócić, prawda?...Pytanie...dlaczego przyjęłaś zaręczyny w 1860...skoro podobno mnie nienawidzisz?
-Przyjęłam?-uniosłam brew
-..Tak. Twój tata mówił, że skakałaś ze szczęścia.
-...Nie wspomniał przypadkiem też, że ja dowiedziałam się o wszystkim po zaręczynach, które były jedynie umową mającą na celu połączenie dworów ? Nic nie wiedziałam...tak samo jak ty. Twój ojciec dał pierścionek i to mój ojciec, nie ja...skakał z radości.
-Myślałem, że nienawidzisz mnie bo nie doszło do ślubu.
-Za to akurat jestem ci wdzięczna. Jestem zła za to w jaki sposób mnie traktowałeś i traktujesz, za to, że zakazałeś mi się spotykać ze Stefanem i za to, że przeprowadziłeś zamach na życie mojej matki...
-Dziękuję, że przypominasz mi o tym jakim jestem dupkiem...i o tym, że Stefan rzeczywiście miał mnie za co nienawidzić...Chyba powinienem wyjść
-...uhhh..Stefan Cię kochał...bardzo...przepraszam. Chcesz się napić? Mam whiskey.
-Wiesz co mu robiłem przez te wszystkie lata?
-Gdyby Cię nie kochał...nie kazałby mi chronić twojego tyłka.
-Kazał ci?
-Nagrał mi się...tuż przed śmiercią. Ashton właśnie tym przekonał mnie do uratowania ci życia...ale sądzę, że już nie jest potrzebna ci niańka.
-Haha...Stefan, haha...kazał ci mnie pilnować?-wziął to za dobry żart.
-Raczej raz uratować ci tyłek i nie robić ci krzywdy...
-Hahaha...przecież ty sama nie umiesz się bronić-złapał mnie za gardło przypierając do ściany-Chcę zobaczyć niby jak mogłabyś się obronić
-Nie zobaczysz-wydusiłam z siebie
-Dawaj Katherine...Chcę wiedzieć czym jesteś
-Dla twojego dobra...lepiej żebyś nie wiedział.
-Mów!-uderzył mną o ścianę, skrzywiłam się z bólu. Trzymałam delikatnie jego nadgarstki zachowując tym pozory przeciętnej nastolatki-W pokoju znalazłem nóż. Było na nim trochę twojej krwi. Co do niej dodałaś?
-Nic...
-Uleczyłaś mnie samą krwią?
-Nie musisz dziękować.
-O co chodzi?!
-Rzeczywiście powinieneś wyjść
-Tak? Haha. Jesteś nic nie wartą szm^tą.
-Racja.
-Stefan na tobie polegał...a ty jak zwykle go zawiodłaś...tak samo jak zawodzisz wszystkich innych!
I w tym momencie kopnęłam go w brzuch a potem w szczękę. Gdy ukucnął ponownie w brzuch kładąc go na ziemi i wykręcając rękę. Usiadłam na nim.
-Jeszcze raz krzykniesz...
-To co?
-Wyrwę ci kły i przerobię na kolczyki, a teraz skoro wreszcie przymknąłeś jadaczkę...nie widzę powodów abyś miał wszystko wiedzieć
-Hah...jesteś łowcą...-powiedział a ja uśmiechnęłam się pod nosem.
-I naprawdę jest ci teraz do śmiechu?-szepnęłam mu do ucha.
-Zmieniłem zdanie, napiję się.
-Z lodem czy czystą?- powiedziałam schodząc na dół.
-Czystą-zszedł niepewny zajmując miejsce na kanapie podczas gdy ja postawiłam przed nim szklankę i sama zajęłam miejsce w fotelu ze swoją porcją. Po kilku kieliszkach rozluźniłam się zupełnie jakbym rozmawiała z Lissą.
-Żałuję, że nie jestem tak podatny jak ty-powiedział poważnie. Nadal obserwował każdy mój ruch.
-Ja też żałuję-uśmiechnęłam się czując jak rozgrzane są moje policzki.
-...Dlaczego akurat Katherine?
-Co Katherine?
-Dlaczego nazywasz się Katherine?
-Wybrała je moja babcia, która uwielbiała koty, oprócz tego sama kiedyś miała dobrą przyjaciółkę o imieniu Katherine, która zginęła zanim zdążyłam ją poznać...poza tym moja mama też uwielbia koty.
-Uwielbia?
-Hmmm?
-Powiedziałaś "Uwielbia" żyje?
-Nie...język mi się plącze.
-Kath do cholery
-Naprawdę nie chcę się kłócić.
-Po prostu odpowiedz..skoro i tak wiesz, że nie zgadnę o co chodzi to dlaczego nie powiesz?
-I tak możesz być zagrożeniem.
-Przecież z łatwością możesz mnie wyśledzić i zabić...co to dla ciebie?
-Stracone pięć minut, którą mogłabym wykorzystać na coś ciekawszego-powiedziałam i widząc jego zezłoszczoną minę dodałam-Nie denerwuj się kotek.
-Kath
-Ojciec na pewno nie żyje
-A mama!
-Po co ci ta informacja?
-Ciekawość
-Sam zgadnij
-Nie wiem...
-Niczego się ode mnie nie dowiesz misiek.
-Stefan wiedział?
-Tak..
-Czemu mi nie powiesz?
-Haha...głupie pytanie.
-Kath...znamy się dość długo.
-Za długo...to większa tajemnica niż to, że jesteś wampirem, dlatego nic nie powiem...oho...czuję po powietrzu, że twoja ciekawość rośnie, albo zbiera się na burzę. Zmieńmy temat.
-Nadal masz pierścionek od Chrisa-spojrzał na mój palec
-..tak, mam.
-Dlaczego?
-Wyobraź sobie Pierce...w 1860...wzięliście ślub nagle ona umiera...wyrzucasz obrączkę?
-Chowam, nie noszę.
-Wybacz, nie wzięłam ślubu, nie znam się-puściłam mu oczko popijając whiskey. Chwilę na niego patrzyłam po czym usiadłam obok niego opierając się ramieniem o jego ramię-Przepraszam jestem niemiła.
-Dlaczego się o mnie opierasz? Nie lubimy się.
-Alkohol pomaga usunąć stres, stanik, majtki i dużo innych zmartwień...mi chyba podwyższa poziom empatii-poklepałam go po kolanie zostawiając na nim rękę
-Majtki mówisz?
-Hah...tylko to usłyszałeś?
-W twoim przypadku to chyba stringi-zaczął się ze mną droczyć
-Sprawdzałeś?
-Coś mi mignęło, szybka jesteś.
-Jaki kolor?
-Idealny-powiedział udając pijanego, pstryknęłam go z uśmiechem w nos- Czarny-dodał normalnie
-Hah...jedziemy twoim czy moim samochodem?
-Zadzwonię do Lissy żeby po nas przyjechała.
Wstałam idąc do wieszaka żeby założyć płaszcz
-Chwila...nie jesteś pijany.
-Dla pewności
-Oooo martwisz się o mnie
-Nie przyzwyczajaj się-powiedział, a ja pokazałam mu język

22: In this world so cruel I think you’re so cool

Katherine:
*dwa dni później*
Płakałam gdy byłam sama. W każdej wolnej od spojrzeń sekundzie. Pewnie dlatego grupka przyjaciół kazała mnie pilnować. Oczywiście nic bym sobie nie zrobiła. Martwili się bardziej o to, że od płaczu puchną mi oczy, które w pracy muszę mieć szeroko otwarte. W tym momencie nie płakałam. Stałam w klubie oparta o filar przyglądając się tańczącym ludziom, aż z tłumu wyłonił się Luke niosąc mojego drinka.
-Proszę-podał mi szklankę-Dla pięknej pani.
-Dałeś tam pigułkę gwałtu czy użyjesz chusteczki z chloroformem?
-Dziś bez chemii...użyję młotka
-Hah-uśmiechnęłam się
-Śmiejesz się...który to twój drink?
-Pierwszy.
-Nie w tym klubie...ogólnie...
-...raz...dwa...trzy...
-Okay, nie chcę wiedzieć
-To dobrze bo nie wiem czy mam liczyć dwa shoty...
-Popadasz w alkoholizm
-Nie...chciałam spróbować nowej metody radzenia sobie z bólem.
-...-spojrzał na mnie analizując moje gesty i mimikę-dopij drinka. Nic tu po nas.
Pokiwałam głową szybko zerując napój. Wyszliśmy z klubu i chyba z przyzwyczajenia zaczęliśmy iść przez las. W pewnym momencie oparłam się czołem o drzewo
-Kath wszystko dobrze?
-Yhym-jęknęłam-daj mi chwilę...za dużo wypiłam...
-Ale już nie płaczesz...
-Nie będę przy tobie płakać...-powiedziałam opierając się tym razem plecami
-Wiem...wiem, że to był dla ciebie duży szok...i bardzo za nim tęsknisz....A to jest najgorsza chwila jaką mogłem sobie wybrać, ale nie myślę teraz o niczym innym-oparł się o pień całując mnie z zaskoczenia. Zrobił to tak szybko, że zdążyłam tylko drgnąć
-Luke-odsunęłam się nie oddając pocałunku
-Przepraszam...ale nie mogę się powstrzymać
-Chyba masz rację..za dużo wypiliśmy...-powiedziałam na chwilę odwracając wzrok na czarny punkt za jego ramieniem. Na gałęzi siedział czarny kruk. Patrzyłam się na niego chwilę, aż przypomniałam sobie, że muszę dokończyć zdanie-I..nie wiem co czuję...wiem, że nie mogę za długo żyć tym co się stało...
-Kath-przerwał mi-Dużo wypiłaś...plącze ci się język. Nie śpieszy mi się, przemyśl to...-przerwałam mu całując go tak jakbym chciała smakiem jego ust wymazać resztki wspomnień o Chrisie. Kilka łez poleciało po moich policzkach. Choć miałam wrażenie, że bez niego nie będę szczęśliwa nie chciałam sobie odbierać szansy na to szczęście. Oddał pocałunek i od tego momentu liczyło się to co czuję przy nim. Każde muśnięcie jego warg odejmowało mi bólu i zabierało mnie od wspomnień.
***
Pani od matematyki siedziała za biurkiem patrząc na dziewczynę stojącą przy tablicy jakby czekała na chociaż najmniejsze drgnięcie głowy uczennicy w stronę klasy, co mogłoby byś dobrym pretekstem aby wstawić jej jedynkę za ściąganie. Wreszcie lekcja dobiegła końca. Wstałam pakując beznamiętnie pakując rzeczy do torby.
-Hej-uśmiechnęła się do mnie czarownica-Katherine racja?
-...Tak-spojrzałam na nią próbując wyczuć cokolwiek z jej tonu głosu, postawy lub chociaż zdania-...a ty Miss?
-Liss
-...Racja-powiedziałam trochę skrępowana-A co powiedziałam?
-Miss-zaśmiała się, a ja automatycznie zrobiłam to samo
-Dziękuję za chęć pomocy-powiedziałam zarzucając torbę na ramię
-Nie ma za co. Wszystko w porządku?
-Szczerze?...-uśmiechnęłam się ponownie-Jak nigdy.
-Jesteś zdenerwowana-pochyliła się w moją stronę-...jak nigdy.
-Przed chwilą była matematyka...minie chwila zanim się odprężę-oznajmiłam wychodząc z sali. Lissa potruchtała za mną do mojej szafki
-Przespałaś się z kimś?
-...Rozmawiam z medium?-spytałam patrząc na nią ze zmarszczonymi brwiami.
-Spokojnie robienie tego to nic złego...
-...Dobrze...cieszę się...-poczułam się nieswojo. Nie odpowiedziała na pytanie o medium.
-Właśnie. Z Damonem znacie się przecież całkiem długo.
-O wiele za długo...chwila...nie przespałam się z nim-wzdrygnęłam się na samą myśl
-A z kim?-spytała zdziwiona-Nie mów, że z męską dziwką z ulicy...
-Nadal mówisz o Damonie.
-Haha...mówię o tej drugiej.
-Ashtonie? Nie...
-To z kim?
-Nie znasz
-Okay...a chociaż był dobry?-spytała cicho się śmiejąc.
-Słucham?
-Czy był dobry?
-A co chcesz go wpisać na jakąś listę?
-Nie-uśmiechnęła się
-...Za dobry...
-To się ciesz!
-Cieszę się
-To dlaczego jesteś spięta? Uuu to uzależnienie. Nie przestaniesz się denerwować aż nie dostaniesz tego czego chcesz-powiedziała, a ja oparłam się o szafkę-,ale spokojnie...seks jest dobry na zdrowie
-W takim razie to najlepsze uzależnienie na świecie-wzdychnęłam. Zrobiło mi się gorąco na myśl, że on czeka na mnie pod szkołą.
-I najprzyjemniejsze-powiedziała łapiąc się za ramiona i odchylając głowę na bok
-Nie wierzę, że wdaję się w tą dyskusję-zaśmiałam się. Naprawdę się otworzyłam.
-Czasami trzeba się wygadać komuś obcemu
-...Skoro tak to...jak tam z tobą?
-Ze mną czy życiem łóżkowym?
-Tym drugim.
-Nie istnieje od prawie dwóch miesięcy
-I od tamtego czasu pytasz ludzi o to co robili w nocy?
-Haha jasne...Nie mam chłopaka...a nie chcę tego zrobić z męską dziwką,
-Mówisz o Ashtonie?
-Tak...
-...A z przyjacielem?...
-Jeden ostatnio umarł...-spuściła głowę-a drugi jest w stanach.
Przez chwilę milczałam jakby wracając pamięcią do Christiana oraz Stefana. Czułam, że to nie w porządku, należy się im większe opłakiwanie za to jak oddani innym byli. Gdybym miała czas na wylew emocji nie wyszłabym przez miesiąc z domu.
-Więc poleć do Stanów...w jakiś wolny od sprawdzianów termin.
-I co mu powiem? "Hej chcę byś się ze mną pieprzył"?- a chłopak przy równoległej szafce na nas spojrzał. Zaśmiałam się pod nosem
-Podobno przyjaciołom się nie odmawia
-On ma dziewczynę Kath.
-...Więc może poszukamy po szkole nowych przyjaciół?
-Emmmm-zaczęła przelatywać oczami po korytarzu-To nie zabrzmiało miło
-Więc się piszesz? To oczywiście wymaga trochę czasu, ale chyba warto-zaśmiałam się. Potrzebowałam osoby która widzi we mnie kogoś normalnego. Nic ode mnie nie chce, nie boi się mnie. Teraz tylko trzeba będzie przybrać nową wiarygodną tożsamość, ale ona pokręciła głową.
-Łatwiej już by było się upić i iść z nie wiadomo kim
-Nie, to niebezpieczne i obrzydliwe. Jeśli naprawdę jesteś zdesperowana możesz zapytać kogoś ze swoich znajomych.
-Mam jednego który mógłby się zgodzić...ale boję się, że mnie zarazi.
-Hah...więc trzymaj się swojej wersji i się upij...tylko ostrożnie...żadnych szemranych gości.
-Haha, tak zrobię.
-Tak trzymaj
Uśmiechnęła się lekko bawiąc się długopisem, a jakąś chwilę później rozległ się dzwonek.
Z Lissą wyszłyśmy ze szkoły. Przeszłyśmy dosłownie kilka kroków gdy dziewczyna ścisnęła mnie za rękę.
-Co ten głąb tu robi?-szepnęła, a ja zaczęłam się rozglądać. Ashton opierał się o maskę auta szukając kogoś wzrokiem jakby pozował do magazynu, co chwilę spoglądał na zegarek, a potem spojrzał mi prosto w oczy. Jego wzrok powędrował ze mnie na gapiącą się na niego Lissę. Wyprostowałam się i uniosłam głowę przybierając pewną siebie postawę. Podszedł do nas z uśmiechem.
-Witam-odparł nie odrywając wzroku od czarownicy.
-Co ty tu robisz?-powiedziała z pogardą co tylko nasiliło uśmiech na jego twarzy.
-Znaleźliśmy ciało Stefana. Uważa, że powinnyście przyjść na pogrzeb
-Znaleźliście Chrisa?
-Nie-pokręcił głową-żadnego śladu...to jak?
-O której i kiedy?-powiedziałam z mniejszym zapałem
-Jutro, punk trzynasta, przy grobowcu rodziny Salvatore.
-Okay-powiedziała Lissa
-Jeśli to podstęp...-mruknęłam
-To nie podstęp
-Dziwne, Damonowi nie zdarza się chodzić na pogrzeby-powiedziałam myśląc o pogrzebie jego matki
-Ale to Stefan...
-Błagam skończmy dyskusję...-stał w ciszy z założonymi ramionami więc dodałam:-byłabym wdzięczna gdybyś nas opuścił.
-Aż tak mnie nie lubicie?
-A żebyś wiedział-czarownica warknęła. Gdybym nie wiedziała, że ma w sobie moc, zapewne potężną choć wygląda niepozornie zaczęłabym się śmiać z jej miny rozzłoszczonego lwiątka. Zamiast tego wydałam z siebie krótkie "hah". Dziewczyna spojrzała na mnie ze zmarszczonymi brwiami, a ja przyłożyłam pięść do ust udając, że to było tylko kaszlnięcie.
-Do jutra-powiedział odchodząc
-Miły chłopak-powiedziałam chcąc się z nią podroczyć-Pożegnał się
-Taaaa bardzo
-A nie?
-Nie.
-Dlaczego?
-Jest idiotą
Przeszłyśmy przez plac główny zmierzając w stronę małego parkingu. Myślałam, że puści mnie wolno ale ona szła ze mną za ramię
-Ciesz się, że się ciebie nie uczepił-powiedziała zupełnie jakby ją nękał.
-Cieszę się.
-Masz sukienkę na pogrzeb?
-Muszę sobie coś kupić...
-Ja ci mogę coś pożyczyć
-Nie, dziękuję...muszę mieć coś na przyszłość.
-Twoi bliscy często umierają?
-Zdarza się.
-Okay...jak się wydostałaś?-teraz zaczęłam wątpić czy na pewno nic o mnie nie wie. Może chce abym sama jej powiedziała.
-Coś zaatakowało ludzi którzy chcieli mnie przywiązać. Ja dosyć szybko biegam i zdążyłam uciec...zwłaszcza, że w tym...laboratorium było jeszcze pełno ludzi. Byłaś tam?-spytałam
-Tak. Masakra. Ashton i Damon mówili, że to ty...ale nie wyglądasz na silną.
-Nie jestem...-uśmiechnęłam się niewinnie podchodząc do mojego czarnego samochodu
-Ale...mówili też, że wiesz jak uzdrowić Damona...i rzeczywiście to zrobiłaś...jesteś czarownicą?
-Nie...ale moja babcia była zielarką i co nie co wiem...
-Łaaał-wsiadła ze mną jakby znała mnie od lat-Nauczysz mnie czegoś?
-Jeśli coś jeszcze sobie przypomnę.
-Wow super...chwila-nagle zrobiła wielkie oczy-To...Chevy Cruze Hatch..
-...tak
-Twoich rodziców?
-Nie mam rodziców...
-Stać cię na to?
-Dostałam duży spadek po wujku,który zmarł 5 lat temu. Oszczędzałam...-skłamałam
-...Jeszcze większe łaaaał...
-Pachnie nowością...
-Dbam o niego...
-Odpal silnik...nie wytrzymam
-Kiedyś dam ci poprowadzić
-Kiedy?
-Kiedy zobaczę jak jeździsz-zaśmiałam się

21: I'm still haunted by the memories.

*1860*
Dziewczyna stała na małym pomoście czekając na swoją mamę. Powóz już czekał aby zabrać ich na obiad do kuzynostwa. Katherine patrzyła na pierścień obracając go w palcach.
-Słonko-usłyszała spokojny ciepły głos swojej mamy. To była prawdziwa dama, która emanowała ciepłem i matczyną troską w ten sposób, że ogrzałaby nawet człowieka podczas hipotermii-Załóż pierścionek.
-Nie jest dla mnie. Nie mogę utrzymać równowagi gdy mam go na palcu. Przechylam się na jedną stronę.
-Proszę...nie rób mi tego-uśmiechnęła się do niej błagalnie. Panienka Herondale niechętnie założyła pierścień. Wszystko o tej porze było zielone, przez co pierścień przybrał ten kolor gdy tylko znajdował się w ogrodzie.
-Wiedziałaś o tym prawda?
-Oh Katherine
-Nie wierzę, że się na to zgodziłaś.
-Nasze dwory są niedaleko. Wyobraź sobie je złączone.
-Tak. Nasz duży ogród z willą z ich mała posiadłością. Popadną w kompleksy.
-Oj wcale nie jest taki mały.
-Mówi każda kobieta spowiadająca się swoim znajomym z nocy poślubnej.
*2015*
Katherine:
Siedziałam w salonie. Nie mogłam się powstrzymać od płaczu. Może to przez smutną piosenkę lecącą w tle. "say something i'm giving up on you", albo przez to, że nie było kąta w domu, który nie przypominał by mi o tym, że zniknął i nie wiem gdzie jest. Za to nie mogę przestać myśleć o tym, że jeszcze jakiś czas temu byliśmy razem w salonie śmiejąc się i obiecując sobie, że to wszystko jest na zawsze. Tańczenie do każdej piosenki w radiu, tyle wspólnych wspomnień i świadomość, że nie będzie następnych. Czuję się jakbym miała tak spędzić swoje życie. W drewnianym domku w środku lasu z zasłoniętymi oczami, w kompletnych ciemnościach z włączonym laptopem. Nowe powiadomienie na Facebooku. Nowe zaproszenie do znajomych ze sprytną nazwą "Damon Stivenson". Zaakceptowałam i nie musiałam długo czekać na konsekwencje
D.-Hej Kotek :*
D.-Ej masz zamiar się nie odezwać stokrotko?
D.-No weź <3
K.-Czego chcesz?
D.-Porozmawiać :3
K.-Jaki masz w tym cel?
D.- Żaden :)
K.-To przestań.
D.-Pisać dziubek? :)
K.-Istnieć.
D.-Ej >:C Byłaś miła.
K.-Zdarza mi się
D.-Intrygujesz mnie :)
K.-Szok
D.-Co aktualnie robisz? :)
K.-Dlaczego cię to interesuje ?
D.-Bo uważam, że wyjątkowo szybko poradziłaś sobie ze śmiercią swojego narzeczonego.
K.-Jasne.
K.-Masz rację
D.-Jak zawsze. Lukas chyba ci w tym pomógł.
D.-Śpi u ciebie?
D.- Spaliście ze sobą?
D.-Odpiszesz?
K.-Czy rozmawiam z moim seksuologiem?
D.-Może.
K.-Wątpię
D.-Bo nie masz? Może ja ci coś opowiem?
K.-Jak zaliczasz laski ?
D.-Dziś? Przed godziną? Nie. Nikogo nie miałem. Nie jestem w formie
K.-Widocznie nie jesteś tym samym Damonem na którego skarżył się Stefan.
D.-Hah
D.-Co słyszałaś?
K.-Ja nic. Stefan dużo.
D.-I co ci powiedział?
K.-Wiesz
K.-Dużo historii.
K.-Z których wynika, że jesteś alkoholikiem i nimfomanem
D.-Eghh
K.-Nawet przez fb wzdychasz?
D.-Załamuję się ludźmi.
K.-Czyli to wszystko to kłamstwo?
D.-Pfff jasne, że prawda. Lubię seks.
D.-A skoro już o tym piszemy. Jak mogłaś przespać się z kimś takim jak Luke?
D.-Wiem
D.-Z litości
K.-Mnie przynajmniej ktoś chce dotknąć
D.-Zaliczyłem więcej lasek niż ty facetów
K.-Jesteś żałosny. Boisz się, że ktoś może mieć lepsze życie od ciebie?
D.-Seksualne?
D.-Już to sobie wyobrażam
D.-Jesteś szarą myszką
D.-Nic sobą nie reprezentujesz
K.-Cóż. Nigdy się nie przekonasz
D.-Nie żałuję
D.-Jak nie ty to inna
K.-Więc obyś szybko jakąś znalazł.
Powiadomienia zostały wyłączone, a ja schowałam twarz w dłonie. W mojej pracy nie mogą pozwolić sobie na emocje. Jednak nie mogłam zdusić tego bólu mojego rozrywającego się serca, wypełnionego żałobą. Chyba gorsza była świadomość, że nie mogę go pochować oraz to, że w końcu wszyscy tak skończymy.

20: it's such a pity a boy so pretty with an ugly heart

Damon:
Siedziałem na drewnianym krześle przy długim drewnianym stole rozglądając się po pomieszczeniu. Za mną znajdowały się drzwi do, których nie mogłem się obrócić. Po prawej znajdował się kominek z powieszonym nad nim lustrem z bogato zdobioną ramą ze srebra. Na samym środku wysokiego sufitu wisiał duży żyrandol. Na mlecznych ścianach i suficie można było zobaczyć srebrne sztukaterie. Oprócz tego dużo porcelanowych, białych figurek. I coś co powinno pierwsze rzucić mi się w oczy. Nakryty stół z przerażająco dużą ilością świeżo przygotowanego jedzenia. Poczułem palce przejeżdżające po moim ramieniu. Katherine miała na sobie długą czarną sukienkę na ramiączkach. Spódnica była przecięta po bokach, do połowy uda co ułatwiło jej siadanie na mnie okrakiem. Założyła mi ręce na szyję i wtedy znów mogłem się ruszać. Położyłem jej ręce na talii. Jedną ręką zsunęła sobie ramiączko po czym przerzuciła sobie włosy na jedną stronę patrząc na mnie z przechyloną głową
-Katherine-powiedziałem, a ona spojrzała się jeszcze głębiej w moje oczy o ile to możliwe-To tylko sen...
-Jest w tym coś złego?-spytała z delikatnym uśmiechem
-Dlaczego ty w nim jesteś?
-Jestem tylko wytworem. Jeśli ty nie wiesz, ja tym bardziej...może chcesz mieć to czego nie możesz?
-Może...
-Umierasz... szukasz pocieszenia w kimś mniej...destrukcyjnym...bo przecież Pierce okazała się być, nie zasługującą na Ciebie,  s*ką-powiedziała, a ja przyciągnąłem ją do siebie całując.
Katherine:
Wszystko przestało wydawać się realne. Białe ściany sklepu całodobowego, piosenka "I will always love you" grająca z głośników, półki, produkty na nich, dżinsy lub nawet skórzana kurtka, którą miałam na sobie. Przechodzę między półkami szukając czegoś i sama nie wiem czego. Muszę przed sobą przyznać, że nie chcę wracać do domu bo wtedy dojdzie do mnie, że go tam nie ma i nigdy nie będzie. Zostały tylko wspomnienia po nim. Rzeczy w moim plecaku uderzały o siebie przy każdym kroku.  Bez jakichkolwiek znaków poprawnego funkcjonowania mojej psychiki wyszłam na prawie pusty parking, powoli idąc w stronę drogi. Nagle usłyszałam dźwięk silnika. Lampy od, jedynego znajdującego się tu, samochodu zapaliły się oświetlając moją marną egzystencję. Zatrzymałam się spuszczając wzrok na moje stopy.
-Katherine?-ciemnowłosy chłopak wyszedł z samochodu idąc w moją stronę.
-Zależy-powiedziałam cicho nadal patrząc w jeden punkt
-Ashton...nowy kolega Damona.
-Nie...to nie ja...
-On umiera
-Strasznie mi z tego powodu wszytko jedno....
-To brat twojego przyjaciela-chłopak podszedł bliżej, a ja wyciągnęłam pistolet odbezpieczając go. Lufa znalazła się niedaleko twarzy chłopaka, który zatrzymał się gwałtownie, odchodząc kilka kroków w tył. Odwróciłam się w jego stronę.
-I to przez niego mój przyjaciel nie żyje...bo był zbyt tępy, żeby kogokolwiek posłuchać-warknęłam oddychając ciężko.
-Może inaczej...wiem co obiecałaś Stefanowi...
-O czym mówisz?-Chłopak próbował złapać za pistolet. Nie udało mu się. Złapał powietrze, a ja zataczając ręką kółeczko nadal celowałam w jego głowę odchodząc trochę dalej. Uniósł ponownie ręce.
-Ehhh...O telefonie. Zostawiłaś gdy cię zabierali...Jestem ciekawski. Musiałem sprawdzić co ci zostawił Stefan.
-Niczego mu nie obiecywałam...
-Więc nie wykonasz ostatniej prośby Salvatore? Sądzę, że Stefan by tak nie postąpił.
-Bo na szczęście nie mam w rodzinie nieszczęśliwie zakochanych wampirów-powiedziałam odpuszczając. Zabezpieczyłam broń chowając ją-...pokaż mi go.
-Nie idziemy po lekarstwo?
-Wiem co robię, po prostu mnie tam zabierz...nie zabiję go, obiecuję.
-Okay...-powiedział otwierając drzwi od strony pasażera.
-Co właściwie będzie ci potrzebne?
-Nóż, bandaż i brak świadków-odpowiedziałam zapinając pas.
Damon:
Stałem w sypialni patrząc jak Katherine wyciąga w moją stronę złożone ubrania. Miałem na sobie tylko bieliznę. Ciepłe powietrze owiewało moje nogi.
-Umieram?-spytałem na co dziewczyna kiwnęła głową bez wyrazu-Dlaczego czarne? Trafię do piekła?
-W tych ubraniach byłeś gdy Pierce podała ci truciznę.
-...trafię do piekła...tak?
-Nie wiem.
-Racja. W końcu cię wymyśliłem. Prawdziwa Katherine prawdopodobnie nie żyje i to też mi wypomną-westchnąłem. Dziewczyna zaczęła mnie ubierać w skupieniu-Nie chcę umierać...Jak to będzie wyglądało?
-Już czas. Połóż się...
-Dlaczego Katherine? Dlaczego masz na imię Katherine? Pamiętam, że kiedyś twoja mama rozmawiała o tym z moją, ale...
-Ale widocznie-przerwała mi- To nie było dla ciebie istotne-powiedziała, a ja posłusznie położyłem się na łóżko, a oczy zamknęły mi się same gdy tylko moja głowa dotknęła poduszki. Nic ciemność. Czułem się jak w skorupce. Zmusiłem się do otworzenia oczu. Było jasno. Przez pierwsze kilka sekund wszystko było białe, a potem jakby z mgły zaczęły pojawiać się obiekty. Na raz obudziły się inne zmysły. Od tych wszystkich dźwięków i zapachów zrobiło mi się słabo. Szybko położyłem rękę na biodrze podciągając bluzkę. Nic. Żadnego śladu. Mój węch wytropił coś na stoliku nocnym. Szklanka krwi na którą rzuciłem się nie puszczając aż nie zobaczyłem swojego odbicia na dnie naczynia. Zegar w telefonie wskazywał 8:12. Obok na łóżku leżała Katherine czytając swoją książkę ze słuchawkami w uszach. Tym razem czułem jej zapach jakby mydła z zielonej herbaty. Spojrzała na mnie zamykając książkę i wsadzając ją do swojego plecaka  oraz mp3.
-Miło cię widzieć śnieżko-powiedziała z obojętną miną- jak się spało?
-Dobrze-uśmiechnąłem się ciesząc się, że jednak nie trafiłem do piekła. To miejsce było takie jak w mojej wizji. Teraz mogłem się cieszyć tym co tu mam aż coś się zawali-Jak nigdy-obróciłem się patrząc na nią. Moja ręka wylądowała na jej plecach i zaczęła jechać w dół, zatrzymując się na jej tyłku. Ku mojemu zdziwieniu dziewczyna wstała patrząc na mnie z wyczuwalnym obrzydzeniem. Obeszła łóżko podchodząc do mnie
-Słuchaj. Nie przyszłam tu, żebyś mnie macał. Miałam uratować ci zadek i to zrobiłam. Więc jakbyś mógł w zamian nigdy więcej nie pokazywać się mi na oczy...ale najpierw usiądź.
Podciągnąłem się, a ona uniosła moją bluzkę naciskając na miejsce ugryzienia.
-Boli?
-Nie-powiedziałem patrząc na jej ręce.
-Więc wszystko powinno być okay-wróciła po swój plecak po czym zgarnęła kurtkę z komody
-Stój-powiedziałem wstając za nią, a ona niechętnie obróciła się w moją stronę-Mam pytanie.
-Słucham-odparła nawet miłym głosem.
-Obudziłem się wcześniej?
-Podobno nie. Przyszłam tu w nocy. Spałeś od tamtej pory.
-Dlaczego Katherine?
-...Co proszę?
-Dlaczego nazywasz się Katherine?
-Bo nie Juliet...-po raz pierwszy jej wzrok i głos jednogłośnie dawał mi do zrozumienia, że jestem debilem, tak donośnie.
-Byłoby lepiej.
-Kwestia gustu-odwróciła się, a ja stanąłem przed nią
-Wiem, że z Twoim imieniem wiązała się jakaś historia
-Czy to naprawdę istotne?
Patrzyłem w jej oczy z lekkim uśmiechem. Była taka delikatna i bezbronna. Chciałem ją dla siebie na jedną noc. Beż żadnego nacisku lub ze względu na jakiś chory plan zakładający moją śmierć.
-Wiem, że mnie nienawidzisz i nie zdziwiłbym się gdybyś walnęła mnie w twarz-powiedziałem, a dziewczyna wyjęła kastet z kieszeni kurtki- co ty robisz?-zdążyłem powiedzieć gdy uderzyła mnie z całej pety w policzek. Upadłem na ziemię-...zasłużyłem...Lepiej ci?
-Nie...więc mam nadzieję, że już się nie spotkamy.
-Aż tak jest źle?
-Właściwie? Jedyne na co mam teraz ochotę to nafaszerować cię werbeną, a potem ćwiartować, kawałek po kawałku, zaczynając od nóg, tępym nożem, aż błagałbyś abym wbiła ci kołek w serce.
-To za Chrisa czy Stefana?
-To, akurat za Chrisa...za Stefana mam coś innego...
-Przepraszam. Byłem pod wpływem Pierce-szepnąłem i chyba sam się zdziwiłem, że użyłem słowa "przepraszam"
-Jak twoje przeprosiny zaczną wskrzeszać zmarłych to pogadamy
-....jak się wydostałaś?
-Wiesz...nie twoja sprawa...
-Nigdy więcej się nie zobaczymy?
-Mam nadzieję.-spojrzała na mnie smutno. Nie miała już nikogo.
-A jak ci coś zaproponuje?-wstałem.
-Nic od ciebie nie chcę-pokręciła głową zmuszając się do spojrzenia mi w oczy.
-Chris wróciłby do żywych. Czarownica może to załatwić.
-...słucham?-zmarszczyła brwi, a ja uśmiechnąłem się tryumfując.
-Czarownica może go przywrócić do żywych. Nie zawsze się udaje, ale...jeśli chcesz.
-Nic od ciebie nie chcę
-Idziesz zapytać Lisse?-uśmiechnąłem się-...Proszę. Kotek. Daj mi się odwdzięczyć.
-Nie musisz. Nie pomogłam Ci z dobrego serduszka.
-Wiem.
-Więc jesteśmy kwita.
-Ehhh jak wolisz.
-Ale dziękuję-uśmiechnęła się krótko odwracając wzrok
-Odwieźć Cię?
-Nie. Luke przyjedzie za pięć minut-westchnęła i nagle poczułem jak coś mnie skręca.
-Jaki Luke?-spytałem starając się aby mój głos zabrzmiał normalnie.
-Cartland-spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem
-Cartland?-powtórzyłem przypominając sobie wampira, który rozszarpał moich kilku znajomych oraz panienkę, która mi wtedy towarzyszyła.
-Znacie się?
-To nie ważne...skąd ty go znasz?
-Pomógł mi w 1942. Miły facet-oznajmiła na co ja parsknąłem śmiechem-Coś nie tak?
-Nic, nic kochanie-zaśmiałem się na co ona zmarszczyła brwi-ale nasza rozmowa może potrwać trochę dłużej. Mam więcej propozycji i pytań.
-Nie chcę ich słuchać.
-Dlaczego?
-Bo naprawdę nie mam ochoty cię już widzieć...albo...chcę wiedzieć tylko jedną rzecz
-Jaką?
-Co się z tobą działo?...Wiesz...gdy spałeś...
-Emm...czemu?...czemu chcesz wiedzieć?
-To mnie intryguje. Znam tylko teorię.
-Nie musisz tego wiedzieć.
-To musiało być okropne...
-Pewnie zastanawiasz się od kiedy znam Lissę-powiedziałem chcąc przedłużyć rozmowę
-Nie...
-Więc- kontynuowałem udając, że jej nie słyszałem-od dnia kiedy Pierce wstrzyknęła mi to gówno.
-Gratulacje-rozpromieniła się-Może wreszcie znalazłeś sobie porządną przyjaciółkę
-Wątpię. Pomogła mi ze względu na Stefana.
-Standard....mimo wszystko...nie psuj tego.
-Mówisz jakbyś umierała.
-Dla  ciebie właściwie będę martwa kiedy wyjdę....miłej zabawy-zeszła na dół zamykając za sobą drzwi. Dołączyłem do Lissy śpiącej na kanapie w salonie.
-Nudzi ci się?-spytałem budząc ją przy tym.
-nie-mruknęła przecierając oczy-Skoro już wszystko okay to ja pójdę.
-Na pewno? Możemy gdzieś wyjść...Kawa czy coś...gdzieś...
-Wszystko z Tobą okay?-spytała zdziwiona
-Nie. Tak!-poprawiłem się-...A jak u ciebie?
Wzruszyła ramionami
-Siedzę tu dość długo. Powinnam iść chyba do domu.
-Nie. Wymyślanie planów zostaw mi. Pójdziemy na miasto.
-Po co ?
-Ja stawiam.
-...A ja nadal zastanawiam się po co.
-Ehhh zwykle wystarczyło "ja płacę"-przewróciłem oczami-Właśnie dowiedziałem się, że przespałem nie wiem ile...i chcę udawać, że ktoś czekał aż się obudzę.
-...Okay...
-Dziękuję
-Stawiasz
-Tsaa-wstałem z kanapy-idziemy?
Pokiwała głową wstając i zakładając kurtkę
***
Jakiś czas później siedzieliśmy w knajpce przy piwie. Pomieszczenie było w kształcie litery L, ze ścianami pomalowanymi na kremowy kolor. Ustawienie stolików sprawiało, że pomieszczenie wydawało się ciasne. To miejsce nie sprawiało wrażenia jakby ktoś miał na nie pomysł, a raczej jakby go zmuszono do prowadzenia tego biznesu. Mimo wszystko jedzenie mieli dobre. Zamówiłem dziewczynie jedzenie, które wybrała z karty, a teraz po prostu siedzieliśmy w milczeniu. Lissa bawiła się widelcem
 -Więc...-zaczęła czekając aż zacznę
-Więc
-Dlaczego się nie odzywasz?-spytała patrząc jak obserwuję ludzi przechodzących za oknem
-Patrzę na widoki-odparłem nie odwracając wzroku od mojego punktu zainteresowania.
-Po co ja tu jestem?
-Udaję, że mam znajomych.
-Skoro tak, to to co ci się śniło musiało być okropne.
-Nie tak bardzo.
-Hah jasne. Nie wyglądałeś na osobę zadowoloną.
-Bo umierałem-spojrzałem jej w oczy ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy- a jak ty spędzałaś czas?
-Zajmując się tobą i kłócąc się z Ash'em
-Nie poszedł do domu?
-Przychodził co jakiś czas. Szukał Kath i w końcu ją znalazł-wzruszyła ramionami, a ja zakrztusiłem się popijanym piwem
-...Po co ją przyprowadził?
-Żebyś mógł mnie zabrać na jedzenie...
-Okay...mów dalej...o czym rozmawialiście?
-O tym ,że jest dupkiem i idiotą-ponownie wzruszyła ramionami
-I co mówił?
-..."Rar"
-Urocza z was para
-Nie jesteśmy parą! Kazałam mu mnie nie dotykać. Jest obleśny.
-Ta. Lecisz na niego. Oczka ci się świecą.
-To sam go sobie dotykaj.
-Nie...
-Właśnie.
-Nie wiem, naprawdę nie wiem co dziewczyny robią na spotkaniach.
-Gadają
-O czym?
-Zazwyczaj o facetach.
-To ty możesz nawijać o facetach, a ja o kobietach-uśmiechnąłem się do niej czarująco łapiąc przy tym wykałaczkę między zęby-Zacznij.
-Znaczy?
-Nie wiem. Jakiś twój ideał...umięśniony, przystojny?
-Nie wiem-wzruszyła ramionami-Nie interesuje mnie to. Kiedy wpadnę na tego jedynego to wtedy się zobaczy.
-Oh więc planujesz na niego wpaść?-zaśmiałem się wizualizując sobie jak dziewczyna wlatuje na pierwszego lepszego faceta.
-A twój ideał dziewczyny?
-Do pogadania.
-Z kim mnie widzisz?
-Z wysokim brunetem. Bez jajogniotów. Ma normalne spodnie...
-Co jest złego w rurkach?
-Nic jeśli facet lubi używać swoich jaj jako kuleczek analnych-powiedziałem, a dziewczyna się zaśmiała. Lubi żarty powiązane z seksem.
-Dzięki-uśmiechnęła się, a ja odwzajemniłem gest.
-Nie ma sprawy.
-Ja cię widzę z niską brunetką
-...-przypomniały mi się moje sny z Katherine.
-O kim myślisz?
-O niczym...
-Jasne...mogę o coś spytać?
-Zależy.
-To mogę?
-...Skoro musisz.
-Czemu tyle się kłóciłeś ze Stefanem?-super. Wspomniała mojego braciszka i ponownie w mojej głowie pojawiły się myśli "to twoja wina, że nie żyje" i to była prawda. Pierce robiła ze mną co chciała. Nigdy więcej nie oddam się tak żadnej kobiecie.
-Mieliśmy inne poglądy na...pewne sprawy
-Zazwyczaj szło o Kath?-spytała
-Nie tylko.
-To o co?
-Nie wnikaj.
-Co ci się śniło?
-A tobie?
-Nie spałam od 4 dni.
-..i jeszcze funkcjonujesz?
-Żyję na kawie.
-Chcesz się przespać?
-Z Tobą?-spytała zniesmaczona
-...Nieee-uniosłem brew-Chyba, że ładnie poprosisz
-Nie chcę.
-Może inaczej...mam odwieźć cię do domu żebyś mogła iść spać? Beze mnie.
-Tak
-To dopij kawę
-Okay. 

19:I hate blokes, telling tasteless jokes

Damon:
-Boli, Boli, Boli-jęknąłem gdy Lissa skończyła opatrywać ranę. Siedziała obok mnie na moim łóżku, wyciągając co chwila inną rzecz z torby. Tym razem były to kajdanki.
-Nie jęcz jak baba-powiedziała otwierając dwie, jednakowe obejmy połączone łańcuchem.
-Wybacz....wsss...czy to konieczne? Nie mam humoru na seks
-...-spojrzała na mnie karcąco, nie komentując-...tak.
-...Ashton poszedł?
-Tak.
-To dobrze...jest irytujący-westchnąłem gdy poczułem metal na moim nadgarstku-jest irytujący...a ty dlaczego go nie cierpisz?
Miałem nadzieję, że dowiem się czegoś o tym chłopaku. Może jakąś pikantną lub wstydliwą przeszłość?
-Śledził mnie. Groził śmiercią moim rodzicom i gada, że jesteśmy razem, a nie jesteśmy.
-Brzmi jak standardowy psychopata...chyba mam z nim dużo wspólnego.
-Czemu?
-Bo właściwie oboje śledziliśmy...groziliśmy...myślałem, że jestem z Pierce dla, której oboje pracowaliśmy.-przyznałem się. Nie wiem dlaczego. Chyba przestało mi zależeć...i tak umrę, a jeśli nie...zawsze mogę ją zabić.
-Mhm....Dlaczego chciałeś ją odzyskać?
-Kogo?
-Katherine-odpowiedziała i nagle coś mnie skręciło na myśl o Herondale.
-Bo kojarzy mi się ze Stefanem
-Mhm...Śpij
Po myśleniu na temat Katherine, o tym jak ją męczono, czy żyje, zasnąłem, ale nie na długo. Chwilę później słońce wdarło się do pokoju zmuszając mnie do pobudki. Spojrzałem na okno mrużąc oczy. Czułem się świetnie. Odwróciłem głowę w drugą stronę. Tuż przy moich biodrze siedziała Herondale opierając głowę o swoje ręce.
-Kath
-Witaj Damonie-uśmiechnęła się szerzej-Chciałeś po mnie przyjść...to urocze.
-Gdyby nie ja...-przerwano mi. Położyła palec na moich wargach siadając na mnie, a potem łącząc nasze usta w namiętnym pocałunku.
Lissa:
Siedziałam przy Damonie od kiedy zasnął, opierając się o drewniany filar przy łóżku. Nie budził się już od dwóch godzin. Tak samo Ashton nie wracał. Przewróciłam kolejną kartkę jego książki co chwilę na niego zerkając. Nie wiedziałam, czy mam go obudzić...a jeśli już nie wstanie?
-Damon?-zaczęłam go lekko szturchać-Damon...Damon!!!
Zaczęłam naprawdę się bać. W tym momencie do pokoju wszedł Ashton
-Ej!-przekrzyczał mnie-Co się stało?
-Nie budzi się...Znalazłeś Katherine
-Nie-odpowiedział przykładając ucho i policzek do ust i nosa wampira jednocześnie patrząc na klatkę piersiową-...ale jestem blisko..śpi. Daj mu odpocząć.
Złapał mnie delikatnie za ramię kierując na dół. Zajęłam miejsce na kanapie, a Ashton na stoliku przede mną. Mierzyłam go wzrokiem jakbym próbowała zapamiętać, każdy każdy kawałek jego ciała.
-Coś nie tak?-spytał
-Nie...Myślę.
-Nad?
-Nad tym czemu mówisz, że ze sobą chodzimy choć się nie cierpimy.
-Tak jakoś-wruszył ramionami-Nie bierz tego do siebie.
-Przez Ciebie mogę nie znaleźć sobie chłopaka.
-Spokojnie...powiedziałem tylko Damonowi...chyba, że mówiąc "znaleźć sobie chłopaka" masz na myśli, naszego schorowanego wampira.
-Jest seksowny.
-Uuuuu.
-Tylko seksowny.
-Nie wypieraj się.
-Tylko-zaczęłam cedzić każde słowo-Seksowny.
-Jutro rano pójdę jeszcze poszukać Katherine. Tylko grzecznie mi tu.
-Ehe.
-Chyba, że nie możesz się powstrzymać-śmiał się złośliwie-wtedy mogę wam kupić jakiś lubrykant.
-Nie.
-Mam rozumieć, że już macie.
-Ash przestań.
-Wybacz-zrehabilitował się-tylko żartuję...zjesz coś?
-Nie, dziękuję.
-Okay. Ja zjem-poszedł do kuchni
-Okay...-mruknęłam pod nosem opierając się o oparcie kanapy. Chłopak wychylił się zza rogu
-Na pewno, nic nie chcesz?
-Nie..Chyba, że kawę. Jakbym mogła...
-Już robię. Mleko, cukier?
-Cukier. Dwie łyżeczki-powiedziałam, a gdy Ashton ponownie zniknął za rogiem uśmiechnęłam się do siebie. Po 10 minutach wrócił trzymając wszystko na tacy. Usiadł koło mnie biorąc swoją kanapkę-Dziękuję i smacznego.
-...Dziękuję.
-Nawzajem Lissa-powiedziałam za niego, po czym sobie odpowiedziałam-Dziękuję.
-Nie ma za co
Pokręciłam głową upijają łyka kawy gdy wilkołak wystawił do mnie swoją nadgryzioną kanapkę.
-Gryza?
-Nie-uśmiechnęłam się niemrawo-Dzięki...
-Okay
-A więc...O czymś rozmawiamy?-spytałam, a chłopak wstrzymał się od wzięcia kolejnego gryza mimo, że kanapka była już między jego zębami.
-Może dla odmiany ty coś zaproponujesz?-wziął kęs kanapki
-Wole byś ty coś wybrał
-Chyba mamy inne zdanie.
-Dawaj temat, nie gadaj.
-...Pysiek...mnie nie omamisz...ty wybierasz temat, albo milczymy.
-Hmmm-odpuściłam-Śledziłeś mnie tylko dlatego, że miałam twój portfel, czy z innego powodu?
-Mój portfel...dowód mojego istnienia...to chyba dobry powód, aby go szukać.
-I tak nic ciekawego tam nie masz.
-Kwestia gustu...pewnie wykułaś mój adres na pamięć, hmm?
-Żartujesz?! Pamiętam wszystko!
-Mam Stalkera?
-Stalkujemy się nawzajem.
-Nie...śledziłem cię bo miałaś mój portfel
-Groziłeś...
-Żeby utrzeć ci nosa.
-Zemszczę się...Zobaczysz-pokręciłam głową, a on powtórzył mój gest-Masz jakieś pytania?
-Co cię łączyło ze Stefanem?
-Przyjaźń
-Tsaaa
-A co miało? Ledwie się znaliśmy.-odpowiedziałam, a  on wzruszył ramionami-Wiesz, mógłbyś sobie kogoś znaleźć. Może dał byś mi spokój-upiłam łyk kawy
-Kotek. Ja. Się. Nie.Wiążę.
-Ehe...mogłam przypuszczać. Tylko zaliczasz i zostawiasz.
-Mogłaś, ale za dużo od siebie nie oczekuj.
-Co to ma znaczyć?!
-I tak weźmiesz to za co chcesz.
-....Dupek z Ciebie
-Dziękuję.
Wstałam  idąc w stronę schodów. Kiedy na nich byłam poczułam jak ktoś przypiera mnie do ściany. Przez koszulkę czułam zimno drewna na brzuchu.
-Co ty do cholery robisz Smith?
No bo przecież któż inny? Ledwo żywy Damon?
-Cicho..słuchaj.
-Nic nie słyszę-spojrzałam się w stronę schodów
-Nie zostało mi dużo czasu
-Jest przytomny?
-Nie, ale słyszę jego serce.
-...i?
-Myślałem...już nie ważne
-Ważne ważne...
-Czasami wampirom w tym stanie zdarzają się halucynacje. Są wtedy wyjątkowo niebezpieczne.
-Oj-westchnęłam-Martwisz się o mnie.
-Martwię się, że będę miał kolejną osobę na głowie-puścił mnie-Idę po Katherine...idź do domu.
-Nie
-Chcesz zostać sama z niepanującym nad sobą wampirem?
-Sądzę, że wstrzyknięty jak działa szybciej, a on nie ma siły nawet mrugać...
-Co ty możesz wiedzieć?
-Wiem więcej niż ci się zdaje.
-Dlaczego ma postępować szybciej?
-Igła wbija się głębiej, a przy ugryzieniu nie masz tak dużej dawki jak zapewne mu wstrzyknęła. Ona chciała go zabić od razu.
-Wygrałaś...
Uśmiechnęłam się poruszając brwiami.
-A teraz możesz się odsunąć zboku
-Błagam. Bez komplementów.-powiedział sarkastycznie, schodząc na dół.
-Skoro to dla Ciebie komplement.
-Niesamowity-przewrócił oczami
-Jesteś zwykłym idiotą.
-Seksownym idiotą.
-Po co ja to mówiłam?-zeszłam za nim odprowadzając go do drzwi
-Bo chciałaś, abym powiedział to co powiedziałem.
-Mogłam ugryźć się w język
-Mogę cię w tym wyręczyć-poruszył brwiami zakładając kurtkę.
-Nie. Nie chcę by twoje usta kiedykolwiek dotykały moich. Zrozumiano?
-Mogę się bez tego obejść-mrugnął do mnie znacząco, a ja przewróciłam oczami
-To samo dotyczy twojego kolegi.
-Tego kolegi?-spojrzał na swoje krocze-Spokojnie. Jest jeszcze mineta.
-Masz w ogóle mnie nie dotykać
-Chyba, że mnie poprosisz.
-Nie poproszę.
-Zobaczymy
-Zobaczymy-powtórzyłam
-Haha...zobaczymy-powiedział otwierając drzwi
-Pa Smith.
-Pa Ansel.
Zamknął za sobą drzwi, a ja odetchnęłam z ulgą.

18:But you treat me like a stranger

*1860*
Katherine stała przed wielkim lustrem w sypialni, znajdującej się w budynku stojącym przy jednej z zaludnionej, o tej porze, uliczek. Upięła swoje włosy chowając je pod kapeluszem.
-Mogłabym prosić o pomoc ?-spytała zasłaniając się swoją granatową suknię. Spojrzała na odbicie chłopaka leżącego w łóżku. Patrzył na nią chcąc zatrzymać tą chwilę dla siebie, podpierając się przy tym na łokciach, przykryty do pasa. Wstał odsłaniając swoją nagość. Podszedł do dziewczyny powoli zawiązując jej gorset-Pana ojciec chyba nie byłby zadowolony gdyby nas nakrył.
-Na szczęście pracuje od rana do wieczora. Dlatego, również spotykamy się u mnie-kończąc wiązanie położył ręce na jej biodrach składając pocałunki na jej szyi-Podobno zajmuje się czymś co nie powinno mnie interesować.
-Chyba nie szykuje zaręczyn?-Katherine spytała patrząc na chłopaka zmartwiona. Kochali się. Myśl o rozstaniu mogłaby być dla nich nie do zniesienia.
-Nie. Nie sądzę...Panienka wybaczy za to jak się wyrażę, ale byłaby pani moja gdyby nie nasi ojcowie.
-Czasami niczym się nie różnią od dzieci-uśmiechnęła się do odbicia Josha wplatając palce w jego włosy koloru ciemnego blondu. Brytyjski chłopak obrócił ją w swoją stronę.
-My Lady-pocałował delikatnie jej dłoń-Jest pani dla mnie wszystkim. Kocham Cię.
-Ja Pana również-uśmiechnęła się delikatnie.
Popołudniu była w domu, szczęśliwa jak zawsze po wyjściu tego rodzaju.
Po cichutku weszła do domu. Nie białymi drzwiami na ogród do, którego prowadziły drzwi z okienkami. Tymi podwójnymi, ciężkimi, frontowymi.
-Panienka Katherine pozwoli-podeszła do mnie jedna ze służących mojego ojca. Uśmiechnęła się do niej ciepło.
-Słucham.
-Pan Harondale chciałby z panienką porozmawiać-oznajmiła odwzajemniając gest
-Dziękuję-powiedziała Katherine z wymuszonym, zdenerwowanym uśmiechem patrząc jak służąca ukłoniła się odchodząc. Dziewczyna zdenerwowana poszła w stronę biura, znajdującego się na drugim piętrze, gdzie spodziewała się spotkać swojego ojca. Wysoki, elegancki mężczyzna siedział pochylony nad biurkiem, nie wyjmując nosa zza papierów do wypełnienia.-Wzywałeś mnie...
-Racja-odparł maczając pióro w bogato zdobionym kałamarzu. Jedną ręką pchając leżącą na stolę złotą szkatułkę z motywem roślinnym oraz z jaskółkami po bokach-To dla ciebie.
-Dziękuję. Naprawdę piękna szkatułka-powiedziała dziewczyna posyłając najładniejszy uśmiech na jaki było ją stać.
-..Nie wygłupiaj się Katherine. Otwórz-powiedział na co dziewczyna przełknęła cicho ślinę. Nie chciała tego robić, ale w końcu otworzyła pudełeczko.
-Ojej-uśmiechnęła się ponownie po chwili przerwy. Patrzyła w lekkiej tremie na kryształ odbijający od siebie promienie słońca wpadające przez okno.
-To pierścionek zaręczynowy
-...Nie zrobiłeś mi tego-jęknęła kręcąc powoli głową. Jej uśmiech zastąpiły lekko zaciśnięte usta.
-Sądziłem, że się ucieszysz. W końcu zegar tyka.
-Bez mojej wiedzy wybrałeś mi męża? Spodziewałabym się tego po każdym, ale nie po Tobie.
-Guiseppe mówił
-Przepraszam- przerwała nie będąc już w stanie nawet patrzeć mu w oczy-Wychodzę za Salvatore? Stefan jest młodszy...
-Nikt nie mówił o Stefanie.
-...Za Guiseppe?
-Nie udawaj głupszej niż jesteś...za Damona
-Ojcze...nie wiem co ci zrobiłam-powiedziała już łamiącym się głosem-, ale przepraszam. Zrobię wszystko jeśli tylko oddasz pierścionek i pozwolisz mi zerwać zaręczyny.
-Nie-odpowiedział beznamiętnie kontynuując pisanie w trakcie gdy po policzku jego córki już leciała łza. Podniósł wzrok-Oj Katherine, daj spokój...znam tą sztuczkę.
-Nienawidzę go i to ze wzajemnością-warknęła. Kolejne łzy poleciały po jej policzkach.
-Będziecie szczęśliwi...
-Nigdy nie będę szczęśliwa u jego boku. Damon o tym wie?
-Ojciec mu powie...