18:But you treat me like a stranger

*1860*
Katherine stała przed wielkim lustrem w sypialni, znajdującej się w budynku stojącym przy jednej z zaludnionej, o tej porze, uliczek. Upięła swoje włosy chowając je pod kapeluszem.
-Mogłabym prosić o pomoc ?-spytała zasłaniając się swoją granatową suknię. Spojrzała na odbicie chłopaka leżącego w łóżku. Patrzył na nią chcąc zatrzymać tą chwilę dla siebie, podpierając się przy tym na łokciach, przykryty do pasa. Wstał odsłaniając swoją nagość. Podszedł do dziewczyny powoli zawiązując jej gorset-Pana ojciec chyba nie byłby zadowolony gdyby nas nakrył.
-Na szczęście pracuje od rana do wieczora. Dlatego, również spotykamy się u mnie-kończąc wiązanie położył ręce na jej biodrach składając pocałunki na jej szyi-Podobno zajmuje się czymś co nie powinno mnie interesować.
-Chyba nie szykuje zaręczyn?-Katherine spytała patrząc na chłopaka zmartwiona. Kochali się. Myśl o rozstaniu mogłaby być dla nich nie do zniesienia.
-Nie. Nie sądzę...Panienka wybaczy za to jak się wyrażę, ale byłaby pani moja gdyby nie nasi ojcowie.
-Czasami niczym się nie różnią od dzieci-uśmiechnęła się do odbicia Josha wplatając palce w jego włosy koloru ciemnego blondu. Brytyjski chłopak obrócił ją w swoją stronę.
-My Lady-pocałował delikatnie jej dłoń-Jest pani dla mnie wszystkim. Kocham Cię.
-Ja Pana również-uśmiechnęła się delikatnie.
Popołudniu była w domu, szczęśliwa jak zawsze po wyjściu tego rodzaju.
Po cichutku weszła do domu. Nie białymi drzwiami na ogród do, którego prowadziły drzwi z okienkami. Tymi podwójnymi, ciężkimi, frontowymi.
-Panienka Katherine pozwoli-podeszła do mnie jedna ze służących mojego ojca. Uśmiechnęła się do niej ciepło.
-Słucham.
-Pan Harondale chciałby z panienką porozmawiać-oznajmiła odwzajemniając gest
-Dziękuję-powiedziała Katherine z wymuszonym, zdenerwowanym uśmiechem patrząc jak służąca ukłoniła się odchodząc. Dziewczyna zdenerwowana poszła w stronę biura, znajdującego się na drugim piętrze, gdzie spodziewała się spotkać swojego ojca. Wysoki, elegancki mężczyzna siedział pochylony nad biurkiem, nie wyjmując nosa zza papierów do wypełnienia.-Wzywałeś mnie...
-Racja-odparł maczając pióro w bogato zdobionym kałamarzu. Jedną ręką pchając leżącą na stolę złotą szkatułkę z motywem roślinnym oraz z jaskółkami po bokach-To dla ciebie.
-Dziękuję. Naprawdę piękna szkatułka-powiedziała dziewczyna posyłając najładniejszy uśmiech na jaki było ją stać.
-..Nie wygłupiaj się Katherine. Otwórz-powiedział na co dziewczyna przełknęła cicho ślinę. Nie chciała tego robić, ale w końcu otworzyła pudełeczko.
-Ojej-uśmiechnęła się ponownie po chwili przerwy. Patrzyła w lekkiej tremie na kryształ odbijający od siebie promienie słońca wpadające przez okno.
-To pierścionek zaręczynowy
-...Nie zrobiłeś mi tego-jęknęła kręcąc powoli głową. Jej uśmiech zastąpiły lekko zaciśnięte usta.
-Sądziłem, że się ucieszysz. W końcu zegar tyka.
-Bez mojej wiedzy wybrałeś mi męża? Spodziewałabym się tego po każdym, ale nie po Tobie.
-Guiseppe mówił
-Przepraszam- przerwała nie będąc już w stanie nawet patrzeć mu w oczy-Wychodzę za Salvatore? Stefan jest młodszy...
-Nikt nie mówił o Stefanie.
-...Za Guiseppe?
-Nie udawaj głupszej niż jesteś...za Damona
-Ojcze...nie wiem co ci zrobiłam-powiedziała już łamiącym się głosem-, ale przepraszam. Zrobię wszystko jeśli tylko oddasz pierścionek i pozwolisz mi zerwać zaręczyny.
-Nie-odpowiedział beznamiętnie kontynuując pisanie w trakcie gdy po policzku jego córki już leciała łza. Podniósł wzrok-Oj Katherine, daj spokój...znam tą sztuczkę.
-Nienawidzę go i to ze wzajemnością-warknęła. Kolejne łzy poleciały po jej policzkach.
-Będziecie szczęśliwi...
-Nigdy nie będę szczęśliwa u jego boku. Damon o tym wie?
-Ojciec mu powie...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz