Katherine:
Powinnam teraz siedzieć, w dużej klasie od biologii, na twardym krześle przy ławce ruszającej się przez chłopaka siedzącego obok mnie, który rysował coś w tajemnicy przed wszystkimi z wystawionym językiem, który pewnie w jakiś sposób mu pomagał. Zamiast tego postanowiłam założyć moje ocieplane leginsy, bluzę, zabrać torbę i pójść do lasu. Do tej części gdzie nie było żadnej ścieżki, wyznaczonej trasy i co ważniejsze ludzi. Zawiesiłam tarczę na drzewie po czym z małej kieszonki wyjęłam moją starą, ale nadal niezawodną, mp3. Włożyłam słuchawki do uszu szukając odpowiedniej piosenki. Padło na Fall Out Boy.
-Coming in unannoucend, drag my nails on the tile-zaśpiewałam cicho pod nosem wiążąc moje włosy w kitkę. Wyciągnęłam łuk oraz strzały.
-Coming in unannoucend, drag my nails on the tile-zaśpiewałam cicho pod nosem wiążąc moje włosy w kitkę. Wyciągnęłam łuk oraz strzały.
Damon:
Wreszcie znalazłem Pierce. Leżała w moim domu na kanapie,niczym rzeźba etruska popijając mój bourbon.
-Znów cię widzę Damonie-powiedziała jakby było nietypowym to, że jestem w moim domu. Jednak jedyne o czym teraz myślałem to o tym czy uda mi się rozerwać jej ciuchy szybciej niż ostatnio-...ciężka noc?
-Kłótnia z bratem-odpowiedziałem tracąc ochotę na cokolwiek. Mój brat był okropnie uparty i na dodatek głupi. Podszedłem do stoliku biorąc czystą szklankę i nalewając do niej resztkę alkoholu.
-Bratem?-uśmiechnęła się szczerze. Zabolało. Mimo wszystko myślała również o Stefanie, a przecież to ja byłem na każde jej zawołanie. Spojrzałem na nią przez ramię, starając się zignorować jej reakcję na wspomnienie młodszego Salvatore.
-Tak...Nienawidzę jego koleżanki
-O to się pokłóciliście ?-powiedziała z obojętną miną patrząc na resztkę bourbonu w swojej szklance.
-Tak-spuściłem wzrok patrząc na swoją szklankę-Znają się od czasów dzieciństwa...
-Jest wampirem?-przerwała mi
-Nie...przynajmniej nic nie wyczułem.
-Jak się nazywa?
-Katherine Herondale. Nasze matki się przyjaźniły.
-To ona?
-Znaczy?-ponownie spojrzałem w jej stronę nie rozumiejąc.
-To ta Katherine, która przyjęła zaręczyny, które twój ojciec złożył w twoim imieniu-powiedziała naciskając na "twój" i "twoim"
-Skąd o tym wiesz?
-Słonko-wstała z uśmiechem po czym oplotła ręce wokół mojej szyi. Mógłbym wskoczyć dla niej pod pociąg, byle żeby zawsze patrzyła na mnie w ten sposób. Zaczęła szeptać mi do ucha niemal przykładając do niego swoje usta-ja wiem wszystko. Wiem, że pierścionek, który mi dałeś, zabrałeś z jej ręki i to właśnie go dostała na zaręczyny-pokazała mi pierścionek, którego oczko dawno zamieniła na lapis lazuli-Mam go bo świadczy o tym jak bardzo mnie kochasz.
-Jak szalony-pochyliłem się w jej stronę, a ona położyła palec na moich ustach
-Dlatego naprawdę boli mnie myśl o tym, że muszę się z kimś Tobą podzielić.
-Słucham?
-Katherine może nam się przydać. Musisz ją w sobie rozkochać.
-Wie o tym, że próbowałem ją zabić w 1861 roku...i nie tylko...
-Potrzebuję jej Damonie...poza tym...przyjęła Twoje zaręczyny. To coś znaczy.
-Nie chcę mieć z nią nic wspólnego.
-Damonie-warknęła Katherine przez zaciśnięte zęby-To sprawa życia lub śmierci. Potrzebuję jej.
-Ma chłopaka.
-Dasz radę-poklepała mnie po ramieniu odsuwając się.
-No dobrze-powiedziałem niechętnie
-Tak trzymaj.
Stefan siedział na ulicy patrząc jak konnica przewozi kolejną parę. On sam czekał na swoją mamę, która robiła zakupy. Uderzając kijkiem o podłoże rozglądał się obserwując ludzi i wtedy ją zobaczył. Katherine stała po drugiej stronie ulicy ze swoją mamą. Trzymała na ręce motylka, który chodził po jej dłoni aby później odlecieć. Niebieska sukienka delikatnie powiewała na letnim wietrzyku. Jej włosy były splecione w warkocz, który podkreślał jej niewinność i dziewczęcą buzię.
-Dlaczego nie idziesz się pobawić z Katherine?-spytała Lilly pochylając się do swojego synka.
-Bo-zaczął chłopiec spuszczając wzrok-Bo Damon mówi, że dziewczynki nie powinny zachowywać się jak chłopcy.
-Oh daj spokój. Katherine jest bardzo dziewczęca, choć ma trochę nietypowe zainteresowania. Twój brat jest omamiony przez ojca, nie ważne jak długo by się tego wypierał i na pewno jest zazdrosny, bo on nie ma takiej przyjaciółki.
-Już nie mam.
-Wszystko da się naprawić.
-Naprawdę?-podniósł głowę z nadzieją w oczach.
-Tak-uśmiechnęła się do niego ciepło.
Stefan wstał biegnąc do swojej przyjaciółki, która odwróciła wzrok w jego stronę ze smutkiem w oczach. On jednak dalej biegł w jej stronę pełen entuzjazmu.
-Witaj Katherine-zaczął lekko uśmiechając się do dziewczyny.
-Witaj-odpowiedziała nie patrząc mu w oczy
-Mama mówi, że Damon nie ma racji.-uśmiechnął się nie mogąc ustać w miejscu ze szczęścia.
-Cieszę się, ale sądzę, że twój brat jednak ma rację.
-Nie ma.
-Przepraszam, ale powinieneś znaleźć sobie normalnych znajomych-po jej policzku poleciała łza.
Wreszcie znalazłem Pierce. Leżała w moim domu na kanapie,niczym rzeźba etruska popijając mój bourbon.-Znów cię widzę Damonie-powiedziała jakby było nietypowym to, że jestem w moim domu. Jednak jedyne o czym teraz myślałem to o tym czy uda mi się rozerwać jej ciuchy szybciej niż ostatnio-...ciężka noc?
-Kłótnia z bratem-odpowiedziałem tracąc ochotę na cokolwiek. Mój brat był okropnie uparty i na dodatek głupi. Podszedłem do stoliku biorąc czystą szklankę i nalewając do niej resztkę alkoholu.
-Bratem?-uśmiechnęła się szczerze. Zabolało. Mimo wszystko myślała również o Stefanie, a przecież to ja byłem na każde jej zawołanie. Spojrzałem na nią przez ramię, starając się zignorować jej reakcję na wspomnienie młodszego Salvatore.
-Tak...Nienawidzę jego koleżanki
-O to się pokłóciliście ?-powiedziała z obojętną miną patrząc na resztkę bourbonu w swojej szklance.
-Tak-spuściłem wzrok patrząc na swoją szklankę-Znają się od czasów dzieciństwa...
-Jest wampirem?-przerwała mi
-Nie...przynajmniej nic nie wyczułem.
-Jak się nazywa?
-Katherine Herondale. Nasze matki się przyjaźniły.
-To ona?
-Znaczy?-ponownie spojrzałem w jej stronę nie rozumiejąc.
-To ta Katherine, która przyjęła zaręczyny, które twój ojciec złożył w twoim imieniu-powiedziała naciskając na "twój" i "twoim"
-Skąd o tym wiesz?
-Słonko-wstała z uśmiechem po czym oplotła ręce wokół mojej szyi. Mógłbym wskoczyć dla niej pod pociąg, byle żeby zawsze patrzyła na mnie w ten sposób. Zaczęła szeptać mi do ucha niemal przykładając do niego swoje usta-ja wiem wszystko. Wiem, że pierścionek, który mi dałeś, zabrałeś z jej ręki i to właśnie go dostała na zaręczyny-pokazała mi pierścionek, którego oczko dawno zamieniła na lapis lazuli-Mam go bo świadczy o tym jak bardzo mnie kochasz.
-Jak szalony-pochyliłem się w jej stronę, a ona położyła palec na moich ustach
-Dlatego naprawdę boli mnie myśl o tym, że muszę się z kimś Tobą podzielić.
-Słucham?
-Katherine może nam się przydać. Musisz ją w sobie rozkochać.
-Wie o tym, że próbowałem ją zabić w 1861 roku...i nie tylko...
-Potrzebuję jej Damonie...poza tym...przyjęła Twoje zaręczyny. To coś znaczy.
-Nie chcę mieć z nią nic wspólnego.
-Damonie-warknęła Katherine przez zaciśnięte zęby-To sprawa życia lub śmierci. Potrzebuję jej.
-Ma chłopaka.
-Dasz radę-poklepała mnie po ramieniu odsuwając się.
-No dobrze-powiedziałem niechętnie
-Tak trzymaj.
*1851*
Stefan siedział na ulicy patrząc jak konnica przewozi kolejną parę. On sam czekał na swoją mamę, która robiła zakupy. Uderzając kijkiem o podłoże rozglądał się obserwując ludzi i wtedy ją zobaczył. Katherine stała po drugiej stronie ulicy ze swoją mamą. Trzymała na ręce motylka, który chodził po jej dłoni aby później odlecieć. Niebieska sukienka delikatnie powiewała na letnim wietrzyku. Jej włosy były splecione w warkocz, który podkreślał jej niewinność i dziewczęcą buzię.-Dlaczego nie idziesz się pobawić z Katherine?-spytała Lilly pochylając się do swojego synka.
-Bo-zaczął chłopiec spuszczając wzrok-Bo Damon mówi, że dziewczynki nie powinny zachowywać się jak chłopcy.
-Oh daj spokój. Katherine jest bardzo dziewczęca, choć ma trochę nietypowe zainteresowania. Twój brat jest omamiony przez ojca, nie ważne jak długo by się tego wypierał i na pewno jest zazdrosny, bo on nie ma takiej przyjaciółki.
-Już nie mam.
-Wszystko da się naprawić.
-Naprawdę?-podniósł głowę z nadzieją w oczach.
-Tak-uśmiechnęła się do niego ciepło.
Stefan wstał biegnąc do swojej przyjaciółki, która odwróciła wzrok w jego stronę ze smutkiem w oczach. On jednak dalej biegł w jej stronę pełen entuzjazmu.
-Witaj Katherine-zaczął lekko uśmiechając się do dziewczyny.
-Witaj-odpowiedziała nie patrząc mu w oczy
-Mama mówi, że Damon nie ma racji.-uśmiechnął się nie mogąc ustać w miejscu ze szczęścia.
-Cieszę się, ale sądzę, że twój brat jednak ma rację.
-Nie ma.
-Przepraszam, ale powinieneś znaleźć sobie normalnych znajomych-po jej policzku poleciała łza.
*2015*
Katherine:
Katherine:
Podeszłam do tarczy wyjmując strzały. Powiał zimny wiatr przez, który na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka. Wyjęłam słuchawki chowając je do kieszeni
-Błagam. Po prostu milcz. Nie mam dziś cierpliwości-powiedziałam odwracając się do Damona, który pojawił się za mną razem z wiatrem.
-Okay
-...Nie zamierzasz tu stać...prawda?-spytałam zmarnowana.
-Właściwie-wampir uśmiechnął się złośliwie-chciałbym spędzić z tobą czas.
-Błagam nie. Znajdź kogoś innego. Nie mam ochoty spędzać z Tobą czasu...nigdy...
-To nie miłe-zrobił obrażoną minę, a ja poczułam się jeszcze bardziej zmęczona.
-Co cię napadło?
-Nic.
-Więc co tu robisz?
-Chyba, źle zaczęliśmy.
-...Przypomniało ci się o tym 173 lata po fakcie ?
-Ale przypomniało-uśmiechnął się złośliwie
-Gratuluję.
-Nie ufasz mi?
-Nie to, że nie ufam. Zwyczajnie nie jestem głupia.
-...Stefan bardzo Cię lubi- powiedział, a ja ominęłam go siadając na trawie pod drzewem. Ku mojemu zdziwieniu on również usiadł- I wymaga ode mnie tego samego.
-Nie, słońce...On tylko chce, żebyś dał mi święty spokój. Nie musimy się dogadywać, wystarczy szacunek...albo nawet lepiej. Moglibyśmy nie wchodzić sobie w paradę. Jeśli to wszystko możesz iść.
-Chcę wiedzieć co Stefan widział w tej przyjaźni.
-Wsparcie.
-...aha
-No, a teraz łaskawie ssss-zaczęłam powstrzymując się od użycia słowa "spi*rdalaj". Zacisnęłam oczy marszcząc nos-super by było gdybyś zabrał stąd swoją osobę.
-Nie. Nie zamierzam
-Okay-pokiwałam głową wstając-To ja pójdę
-Nie!-poderwał się.
-...tak...
-Możemy się lepiej poznać.
-Bo nie chcę cię poznać.
-Jestem ciekawą i pociągającą osobą
-A ja mam pociągającego narzeczonego.-uniosłam brew przechylając głowę na bok.
-Co?
-Nie ważne-powiedziałam zabierając tarczę i idąc do torby-nie twój interes.
-Chris wie?-spytał idąc za mną, a ja odwróciłam się w jego stronę unosząc tym razem obie brwi.
-On nim jest-powiedziałam beznamiętnie.
-...Wie?
-Tak. Nie naćpałam go, żeby mi się oświadczył!
-Ile się znacie?
-Rok
-Mało
-Zdaje mi się, że to nie ty wychodzisz za mąż...ughh za dużo mówię.
-Byłaś kiedyś wampirem?
-...nie...
-To jak do ch*lery przeżyłaś 173 lata?
-To-wskazałam na niego palcem-to już absolutnie, nie jest Twoja sprawa.
-Chcę wiedzieć!
-Zachowujesz się jak dziecko-pokręciłam głową wracając do pakowania
-Mów.
-Nie twój interes.
-Słoneczko.
-Nie mów tak do mnie-powiedziałam przerzucając torbę przez ramię. Damon złapał mnie za rękę przyciągając i patrząc na delikatny pierścionek ze skupioną miną. Promienie słońca odbijały się od diamenciku okrągłego szlifu otoczonego mniejszymi kamieniami osadzonymi w białym złocie.
-Kiedy Ci się oświadczył?-spytał nagle
-Wczoraj.
-Jak?
-Kolacja-skłamałam nie chcąc się rozwijać. Choć właściwie kolacja też była częścią wieczoru.
-Klasycznie.
-Ale działa-uśmiechnęłam się. Wampir patrzył się jak zahipnotyzowany na pierścionek-Coś nie tak?...Damon!
-Potrzebujesz pomocy w wyborze sukni?
-Mam przyjaciół i rok do ślubu. Dlaczego się tak patrzysz?
-A nie mogę?-podniósł wzrok patrząc mi w oczy
-Możesz, ale dlaczego cię to tak pochłonęło?
-Powiedzmy, że lubię zbierać informacje-powiedział puszczając moją rękę
-...Zaczynam się bać...
-Ehhh
-I dlaczego ciągle wzdychasz?
-A dlaczego ty ciągle zadajesz pytania?
-Żeby wybadać na czym stoję.
-...-włożył ręce do kieszeni patrząc się w moje oczy
-...tsaa-zaczęłam iść w stronę domu
-Błagam. Po prostu milcz. Nie mam dziś cierpliwości-powiedziałam odwracając się do Damona, który pojawił się za mną razem z wiatrem.
-Okay
-...Nie zamierzasz tu stać...prawda?-spytałam zmarnowana.
-Właściwie-wampir uśmiechnął się złośliwie-chciałbym spędzić z tobą czas.
-Błagam nie. Znajdź kogoś innego. Nie mam ochoty spędzać z Tobą czasu...nigdy...
-To nie miłe-zrobił obrażoną minę, a ja poczułam się jeszcze bardziej zmęczona.
-Co cię napadło?
-Nic.
-Więc co tu robisz?
-Chyba, źle zaczęliśmy.
-...Przypomniało ci się o tym 173 lata po fakcie ?
-Ale przypomniało-uśmiechnął się złośliwie
-Gratuluję.
-Nie ufasz mi?
-Nie to, że nie ufam. Zwyczajnie nie jestem głupia.
-...Stefan bardzo Cię lubi- powiedział, a ja ominęłam go siadając na trawie pod drzewem. Ku mojemu zdziwieniu on również usiadł- I wymaga ode mnie tego samego.
-Nie, słońce...On tylko chce, żebyś dał mi święty spokój. Nie musimy się dogadywać, wystarczy szacunek...albo nawet lepiej. Moglibyśmy nie wchodzić sobie w paradę. Jeśli to wszystko możesz iść.
-Chcę wiedzieć co Stefan widział w tej przyjaźni.
-Wsparcie.
-...aha
-No, a teraz łaskawie ssss-zaczęłam powstrzymując się od użycia słowa "spi*rdalaj". Zacisnęłam oczy marszcząc nos-super by było gdybyś zabrał stąd swoją osobę.
-Nie. Nie zamierzam
-Okay-pokiwałam głową wstając-To ja pójdę
-Nie!-poderwał się.
-...tak...
-Możemy się lepiej poznać.
-Bo nie chcę cię poznać.
-Jestem ciekawą i pociągającą osobą
-A ja mam pociągającego narzeczonego.-uniosłam brew przechylając głowę na bok.
-Co?
-Nie ważne-powiedziałam zabierając tarczę i idąc do torby-nie twój interes.
-Chris wie?-spytał idąc za mną, a ja odwróciłam się w jego stronę unosząc tym razem obie brwi.
-On nim jest-powiedziałam beznamiętnie.
-...Wie?
-Tak. Nie naćpałam go, żeby mi się oświadczył!
-Ile się znacie?
-Rok
-Mało
-Zdaje mi się, że to nie ty wychodzisz za mąż...ughh za dużo mówię.
-Byłaś kiedyś wampirem?
-...nie...
-To jak do ch*lery przeżyłaś 173 lata?
-To-wskazałam na niego palcem-to już absolutnie, nie jest Twoja sprawa.
-Chcę wiedzieć!
-Zachowujesz się jak dziecko-pokręciłam głową wracając do pakowania
-Mów.
-Nie twój interes.
-Słoneczko.
-Nie mów tak do mnie-powiedziałam przerzucając torbę przez ramię. Damon złapał mnie za rękę przyciągając i patrząc na delikatny pierścionek ze skupioną miną. Promienie słońca odbijały się od diamenciku okrągłego szlifu otoczonego mniejszymi kamieniami osadzonymi w białym złocie.
-Kiedy Ci się oświadczył?-spytał nagle
-Wczoraj.
-Jak?
-Kolacja-skłamałam nie chcąc się rozwijać. Choć właściwie kolacja też była częścią wieczoru.
-Klasycznie.
-Ale działa-uśmiechnęłam się. Wampir patrzył się jak zahipnotyzowany na pierścionek-Coś nie tak?...Damon!
-Potrzebujesz pomocy w wyborze sukni?
-Mam przyjaciół i rok do ślubu. Dlaczego się tak patrzysz?
-A nie mogę?-podniósł wzrok patrząc mi w oczy
-Możesz, ale dlaczego cię to tak pochłonęło?
-Powiedzmy, że lubię zbierać informacje-powiedział puszczając moją rękę
-...Zaczynam się bać...
-Ehhh
-I dlaczego ciągle wzdychasz?
-A dlaczego ty ciągle zadajesz pytania?
-Żeby wybadać na czym stoję.
-...-włożył ręce do kieszeni patrząc się w moje oczy
-...tsaa-zaczęłam iść w stronę domu

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz