Katherine:
Słońce powoli zachodziło. Stałam z Lukiem w środku lasu nad ceglanym mostkiem dzielącym miasto od cmentarza. Stanęłam na palcach chcąc zobaczyć jak woda obija się o kamienie. Na swoich biodrach poczułam pewne i silne dłonie.
-Nie wychylaj się-pouczył mnie ciepłym głosem, jakby naprawdę wierzył, że mogę coś sobie zrobić
-Spokojnie, nic mi nie będzie...
Bez uprzedzenia znalazłam się z nim po drugiej stronie. Na miejscu na którym wcześniej stał zaparkował samochód. Drzwi się otworzyły i wysiadł z niego Damon.
-Ej!-wampir obok mnie oburzył się jego nieodpowiedzialnym zachowaniem.
-Spokojnie, przecież masz zdolność regeneracji
-Ale Kath nie.
-Pffff nic jej nie jest
-Katherine daj nam podyskutować-warknął Luke
-Pozwolisz mu sobą pomiatać?-powiedział do mnie to wszystko jak żart.
-Traktuję ją lepiej od ciebie-zauważył, patrząc z zawiścią na Damona. Jedyne na co było mnie stać to westchnięcie "O matko". To nie było "o matko" typu "Znowu się kłócą" tylko "Oni mi się tu zaraz pozabijają"
-Właśnie widać
-Nadal jesteś nie złym dupkiem, co Salvatore?
-Wypraszam sobie, nie jestem dupkiem.
-Racja, za mało powiedziane
-Ej cichutko-wtrąciłam się szarpiąc go leciutko za koszulkę
-Kath...proszę, daj dokończyć-powiedział Luke
-Nie uciszaj jej
-Nie mów mi co mam robić. Za kogo się niby uważasz?
-Za kogoś lepszego od ciebie.
-Możecie, proszę, być cicho?-spytałam
-Nie-warknął Damon
-Nie mów tak do niej
-Powiedziałem tylko "Nie" pacanie!
-Jesteś nic niewartym degeneratem.
-Ja? A mówiłeś jej co zrobiłeś w 1950?
-Nie waż się
-Oh czyli nie?
-Damon...odjedź-warknęłam
-Dlaczego? To naprawde piękne historia....Był piękny słoneczny dzień.
-Nie próbuj-ostrzegł go Luke. Zrobił krok w stronę Salvatore, który tylko uśmiechnął się złośliwie
-Spokojnie. Katherine uratowała mi życie, chcę się tylko odwdzięczyć i ostrzec ją przed tobą. Poznałem go w karczmie....W której zabił twojego kuzyna. Wypatroszył go-zaczął gestykulować jakby opowiadał o procesie malowania obrazu-Flaki były wszędzie, to samo krew. Był nią wysmarowany. Przewiesił sobie jelito przez szyję jak najlepszą biżuterię, a ciało twojego krewniaka rzucił w kąt.
Położyłam rękę na ramieniu Luke'a, on jednak ją strzepnął. Nie odrywał wzroku od swojego wroga.
-Dobrze to zapamiętałeś co?-powiedział głosem pozbawionym uczuć
-Luke przestań-powiedziałam widząc co się właśnie stało
-Więc gwarantuję, że to też zapamiętasz-złapał mnie za szyję i pewnie złamał piszczel szybkim, mocnym kopnięciem. Potem krótki lot przez barierkę i wylądowałam w wodzie uderzając jeszcze złamaną nogą o kamień. Złapałam się kolejnego głazu nie dając się porwać strumieniowi. Chwilę potem do wody wylądowała głowa Luke'a. Patrzyłam na nią z szeroko otworzoną buzią.
-Chodź Kath-Damon wyciągnął mnie z wody i wziął na ręce-Teraz mi nie uciekniesz
Gdy posadził mnie w samochodzie spojrzałam na niego ze smutkiem i złością, które mówiły za mnie wszystko to, czego nie byłam w stanie z siebie wydusić.
-Ej, nie smuć się-pogłaskał mnie po policzku.
-Jesteś z siebie dumny?-szepnęłam zduszonym głosem.
-Należało mu się.
-Dlaczego mieszasz się w nieswoje sprawy?
-Bo one są najlepsze
-Mówiłam, że nie chcę, abyś był częścią mojego życia, w jakimkolwiek stopniu.
-Ale ja chcę nim być
-...Co tu robisz?
-Wyszedłem się przejść.
-Samochodem?
-...Okay, nie ufałem mu.
-...Sama sobie poradzę-wstałam zapominając o nodze i od razu znalazłam się na ziemi
-Pokraka z ciebie...Pomogę ci
-Podziękuję-powiedziałam wstając i opierając się o samochód. Pokuśtykałam, a właściwie rzuciłam się w stronę barierki.
-Tak będziesz szła parę godzin
-Jak najdalej od ciebie
-Przed chwilą prawie się wywaliłaś
-Sprawdzam stan grawitacji-warknęłam przez ramię
-Nie marudź kobieto-ponownie złapał mnie na ręce sadzając na miejscu koło kierowcy
-Nie wychylaj się-pouczył mnie ciepłym głosem, jakby naprawdę wierzył, że mogę coś sobie zrobić
-Spokojnie, nic mi nie będzie...
Bez uprzedzenia znalazłam się z nim po drugiej stronie. Na miejscu na którym wcześniej stał zaparkował samochód. Drzwi się otworzyły i wysiadł z niego Damon.
-Ej!-wampir obok mnie oburzył się jego nieodpowiedzialnym zachowaniem.
-Spokojnie, przecież masz zdolność regeneracji
-Ale Kath nie.
-Pffff nic jej nie jest
-Katherine daj nam podyskutować-warknął Luke
-Pozwolisz mu sobą pomiatać?-powiedział do mnie to wszystko jak żart.
-Traktuję ją lepiej od ciebie-zauważył, patrząc z zawiścią na Damona. Jedyne na co było mnie stać to westchnięcie "O matko". To nie było "o matko" typu "Znowu się kłócą" tylko "Oni mi się tu zaraz pozabijają"
-Właśnie widać
-Nadal jesteś nie złym dupkiem, co Salvatore?
-Wypraszam sobie, nie jestem dupkiem.
-Racja, za mało powiedziane
-Ej cichutko-wtrąciłam się szarpiąc go leciutko za koszulkę
-Kath...proszę, daj dokończyć-powiedział Luke
-Nie uciszaj jej
-Nie mów mi co mam robić. Za kogo się niby uważasz?
-Za kogoś lepszego od ciebie.
-Możecie, proszę, być cicho?-spytałam
-Nie-warknął Damon
-Nie mów tak do niej
-Powiedziałem tylko "Nie" pacanie!
-Jesteś nic niewartym degeneratem.
-Ja? A mówiłeś jej co zrobiłeś w 1950?
-Nie waż się
-Oh czyli nie?
-Damon...odjedź-warknęłam
-Dlaczego? To naprawde piękne historia....Był piękny słoneczny dzień.
-Nie próbuj-ostrzegł go Luke. Zrobił krok w stronę Salvatore, który tylko uśmiechnął się złośliwie
-Spokojnie. Katherine uratowała mi życie, chcę się tylko odwdzięczyć i ostrzec ją przed tobą. Poznałem go w karczmie....W której zabił twojego kuzyna. Wypatroszył go-zaczął gestykulować jakby opowiadał o procesie malowania obrazu-Flaki były wszędzie, to samo krew. Był nią wysmarowany. Przewiesił sobie jelito przez szyję jak najlepszą biżuterię, a ciało twojego krewniaka rzucił w kąt.
Położyłam rękę na ramieniu Luke'a, on jednak ją strzepnął. Nie odrywał wzroku od swojego wroga.
-Dobrze to zapamiętałeś co?-powiedział głosem pozbawionym uczuć
-Luke przestań-powiedziałam widząc co się właśnie stało
-Więc gwarantuję, że to też zapamiętasz-złapał mnie za szyję i pewnie złamał piszczel szybkim, mocnym kopnięciem. Potem krótki lot przez barierkę i wylądowałam w wodzie uderzając jeszcze złamaną nogą o kamień. Złapałam się kolejnego głazu nie dając się porwać strumieniowi. Chwilę potem do wody wylądowała głowa Luke'a. Patrzyłam na nią z szeroko otworzoną buzią.
-Chodź Kath-Damon wyciągnął mnie z wody i wziął na ręce-Teraz mi nie uciekniesz
Gdy posadził mnie w samochodzie spojrzałam na niego ze smutkiem i złością, które mówiły za mnie wszystko to, czego nie byłam w stanie z siebie wydusić.
-Ej, nie smuć się-pogłaskał mnie po policzku.
-Jesteś z siebie dumny?-szepnęłam zduszonym głosem.
-Należało mu się.
-Dlaczego mieszasz się w nieswoje sprawy?
-Bo one są najlepsze
-Mówiłam, że nie chcę, abyś był częścią mojego życia, w jakimkolwiek stopniu.
-Ale ja chcę nim być
-...Co tu robisz?
-Wyszedłem się przejść.
-Samochodem?
-...Okay, nie ufałem mu.
-...Sama sobie poradzę-wstałam zapominając o nodze i od razu znalazłam się na ziemi
-Pokraka z ciebie...Pomogę ci
-Podziękuję-powiedziałam wstając i opierając się o samochód. Pokuśtykałam, a właściwie rzuciłam się w stronę barierki.
-Tak będziesz szła parę godzin
-Jak najdalej od ciebie
-Przed chwilą prawie się wywaliłaś
-Sprawdzam stan grawitacji-warknęłam przez ramię
-Nie marudź kobieto-ponownie złapał mnie na ręce sadzając na miejscu koło kierowcy
***
Poderwałam się z łóżka z głośnym wciągnięciem powietrza. Połowa włosów opadła na lewą część mojej twarzy. Żadne ze świateł nie było zapalone i już prawie miałam dać upust emocjom. Zdążyłam zaszlochać i puścić jedną łzę.
-Płaczesz?-Damon wychylił się zza drzwi. Zaczęłam szybko przecierać polik.
-Wydaje ci się
-Czemu płaczesz?-usiadł na łóżku
-...Muszę to wszystko z siebie wyrzucić...wyjdź proszę.
-Dobrze.
-Możesz zajrzeć do szafki z alkoholami...
-Jesteś miła gdy musisz się wyżyć?-zaśmiał się, a ja przetarłam oko koszulką. Patrzyłam na nią chwilę marszcząc brwi.
-Przebrałeś mnie?
-Tylko do bielizny. Spokojnie, nie gapiłem się....za długo.
-...-patrzyłam się jeszcze chwilę na koszulkę trzymając ją w rękach
-Kath?-patrzył jak kładę bolącą nogę na ziemi i siadam na krańcu łóżka z miną wyrażającą nędzę i rozpacz-Może lepiej nie wstawaj
-Cichutko-szepnęłam i tak szybko jak wstałam tak szybko usiadłam z powrotem.
-A mówiłem...jeśli nie możesz wytrzymać w łóżku, mogę pomóc ci się przejść.
-Nie, chciałam tylko sprawdzić czy jest złamana
-Sprawdzałem, nic nie czuję
-Dziękuję, ale nie musisz się mną opiekować.
-Chcę. Potrzebujesz kogoś, a Stefana nie ma. Przyznaj, że potrzebujesz mojej pomocy
-Okay...jednorazowo
-Dobrze. Kuzyn będzie dziś rano. Będziemy cię pilnować.
-Jednak już mi lepiej.
-To wstań-powiedział, a ja spojrzałam na niego z szeroko otwartymi oczami podpierając się o miękki materac-...Nie dasz.
-Ale
-Ciiii-położył mi palec na ustach
***
-Płaczesz?-Damon wychylił się zza drzwi. Zaczęłam szybko przecierać polik.
-Wydaje ci się
-Czemu płaczesz?-usiadł na łóżku
-...Muszę to wszystko z siebie wyrzucić...wyjdź proszę.
-Dobrze.
-Możesz zajrzeć do szafki z alkoholami...
-Jesteś miła gdy musisz się wyżyć?-zaśmiał się, a ja przetarłam oko koszulką. Patrzyłam na nią chwilę marszcząc brwi.
-Przebrałeś mnie?
-Tylko do bielizny. Spokojnie, nie gapiłem się....za długo.
-...-patrzyłam się jeszcze chwilę na koszulkę trzymając ją w rękach
-Kath?-patrzył jak kładę bolącą nogę na ziemi i siadam na krańcu łóżka z miną wyrażającą nędzę i rozpacz-Może lepiej nie wstawaj
-Cichutko-szepnęłam i tak szybko jak wstałam tak szybko usiadłam z powrotem.
-A mówiłem...jeśli nie możesz wytrzymać w łóżku, mogę pomóc ci się przejść.
-Nie, chciałam tylko sprawdzić czy jest złamana
-Sprawdzałem, nic nie czuję
-Dziękuję, ale nie musisz się mną opiekować.
-Chcę. Potrzebujesz kogoś, a Stefana nie ma. Przyznaj, że potrzebujesz mojej pomocy
-Okay...jednorazowo
-Dobrze. Kuzyn będzie dziś rano. Będziemy cię pilnować.
-Jednak już mi lepiej.
-To wstań-powiedział, a ja spojrzałam na niego z szeroko otwartymi oczami podpierając się o miękki materac-...Nie dasz.
-Ale
-Ciiii-położył mi palec na ustach
***
Rano kulałam do łazienki. Byłam zła przez fakt, że muszę udawać sierotę. Nie mogę nic zrobić bo on ciągle jest gdzieś w pobliżu. Umyłam zęby, a potem dosłownie wleciałam pod prysznic modląc się abym nic sobie więcej nie zrobiła. Wytarłam się i ubrałam siedząc na podłogę. Poczołgałam się po kafelkach do parapetu o który mogłam się podeprzeć i wyjrzałam przez okno. Wrócił.
Ostatecznie oraz dosłownie w podskokach zeszłam po schodach stając na ostatnim . Można powiedzieć, że to co zobaczyłam w salonie, tuż przy drzwiach frontowych, zwaliło mnie z nóg. Patrzyłam na chłopaka o ciemnych włosach stojącego przy drzwiach frontowych. Chłonęłam go wzrokiem szukając jakiejkolwiek wady, która sprowadziłaby mnie na ziemię. Nic. Chodząca perfekcja. Zostało mi cieszyć się, że oddycha tym samym powietrzem i uśmiecha się w moją stronę. Uśmiecha. Wypadałoby odpowiedzieć tym samym, choć teraz pewnie wszystko co robię wydaje się wzywaniem o pomoc.
-Sama przeszłaś taki kawałek?-odezwał się nieznajomy
-Tak...można to tak ująć-teraz nie mogłam przestać się uśmiechać. Czułam się jak pięciolatka. Nie chciałam niczego więcej, niż tylko na niego patrzeć. Nie wierzę w drugą wielką miłość, reszta przy niej zawsze będzie miała jakieś mankamenty.
-Damon mówił, że potrzebna ci pomoc-wskazał na wampira, który właśnie wszedł do środka
-Troszeczkę histeryzuje-przyznałam
-A ty świetnie sobie radzisz- zmierzył mnie wzrokiem-Jak się przemieszczasz?
-Jedna noga wisi w powietrzu, a druga odwala brudną robotę.
-Może ci ją obejrzę?-zapytał. Nie odrywaliśmy od siebie wzroku. Damon patrzył raz na jedno raz na drugie z lekkim...obrzydzeniem?
-Znasz się na tym?
-Walczyłem z Damonem na froncie...Coś tam wiemy.
-Walczyliście razem?-oparłam się o poręcz zainteresowana.
-Tak, jestem jego mentorem-uderzył go, po przyjacielsku w ramię.
-Byłeś-mruknął Salvatore zdegustowany całą sytuacją.
-...Jak masz na imię?-powiedział olewając już zupełnie Damona
-Katherine Herondale
-Chyba cię znam.
-Skąd?-uśmiechnęłam się delikatnie
-Bawiłaś się w domu ze Stefanem, kiedy wychodziłem z Damonem na polowanie...kiedy cię przemieniono?
-Emmmm...W 1860...
-Nie jesteś wampirem...
-Już nie-odpowiedziałam, a Damon uśmiechnął się jakby odkrył tajemnicę powstania wszechświata.
Chłopak pomógł mi usiąść na fotelu po czym ukucnął przede mną obejmując delikatnie moją nogę i naciskając w kilku miejscach.
-Nie źle obita...co się stało?
-Upadłam...
-Wygląda jakbyś upadła, ale z 12 metrów
-Mniej więcej ...
-Boli?
-Mniej niż wczoraj.
-Wygląda na to, że obejdzie się bez gipsu..ii...chyba już wiem dlaczego Damon chciał ci pomóc. Jesteś uroczą młodą damą.
-Wątpię-bezskutecznie wtrącił Damon
-Dziękuję-uśmiechnęłam się do jego kuzyna-Na ile dni tu przyjechałeś?
-Tydzień...musimy się częściej spotykać
-Koniecznie-ożywiłam się-Może chcesz zostać na kawie?
-Pozwól, że dziś to ja ją zrobię-powiedział znikając w kuchni
-Nie wiedziałam, że masz kogoś porządnego w rodzinie-zwróciłam się do Damona
-Obraziłaś właśnie Stefana
-Hah...chodziło mi o tą żyjącą część rodziny
-Czyli obraziłaś mnie?-spojrzał na mnie z pretensją i zacisnął usta w wymuszonym uśmiechu.
-Nie przyzwyczaiłeś się jeszcze?-przyłożyłam rękę do ust udając zdziwienie
-Odpuść mi
-Kiedy ty mi odpuścisz?
-Nigdy-warknął
-Na spotkaniach z twoim kuzynem też będziesz mnie śledził?
-Może
Szybko złapałam się za głowę. Otworzyłam usta z zapartym tchem.
-Co się dzieje?-spojrzał na mnie lekko zmartwiony
-To Stefan
-Co?
-Próbuje się skontaktować...mówi...mówi...,że możesz spi*rdalać
-Głupia jesteś-pokręcił głową
-To po co ze mną dyskutujesz? Spójrz, kolejny argument dla którego możesz dać mi spokój. Istne szaleństwo co?
-Zobaczymy
-...-poprawiłam się na fotelu-Musisz mnie nienawidzić...dlaczego nie skorzystasz z okazji? Jestem sama i niepełnosprawna. Mogłabym spaść ze schodów i nabić się na nóż...z 10 razy.
-To tylko noga, ale nadal możesz mnie przemienić w człowieka.
-Powiedziała ci?
-Ehe
-Mogę, ale gdzie byłby w tym ubaw?...Właśnie mi uświadomiłeś, że nie musimy się znosić.
-Co to ma znaczyć?
-Zobaczysz
Ostatecznie oraz dosłownie w podskokach zeszłam po schodach stając na ostatnim . Można powiedzieć, że to co zobaczyłam w salonie, tuż przy drzwiach frontowych, zwaliło mnie z nóg. Patrzyłam na chłopaka o ciemnych włosach stojącego przy drzwiach frontowych. Chłonęłam go wzrokiem szukając jakiejkolwiek wady, która sprowadziłaby mnie na ziemię. Nic. Chodząca perfekcja. Zostało mi cieszyć się, że oddycha tym samym powietrzem i uśmiecha się w moją stronę. Uśmiecha. Wypadałoby odpowiedzieć tym samym, choć teraz pewnie wszystko co robię wydaje się wzywaniem o pomoc.
-Sama przeszłaś taki kawałek?-odezwał się nieznajomy
-Tak...można to tak ująć-teraz nie mogłam przestać się uśmiechać. Czułam się jak pięciolatka. Nie chciałam niczego więcej, niż tylko na niego patrzeć. Nie wierzę w drugą wielką miłość, reszta przy niej zawsze będzie miała jakieś mankamenty.
-Damon mówił, że potrzebna ci pomoc-wskazał na wampira, który właśnie wszedł do środka
-Troszeczkę histeryzuje-przyznałam
-A ty świetnie sobie radzisz- zmierzył mnie wzrokiem-Jak się przemieszczasz?
-Jedna noga wisi w powietrzu, a druga odwala brudną robotę.
-Może ci ją obejrzę?-zapytał. Nie odrywaliśmy od siebie wzroku. Damon patrzył raz na jedno raz na drugie z lekkim...obrzydzeniem?
-Znasz się na tym?
-Walczyłem z Damonem na froncie...Coś tam wiemy.
-Walczyliście razem?-oparłam się o poręcz zainteresowana.
-Tak, jestem jego mentorem-uderzył go, po przyjacielsku w ramię.
-Byłeś-mruknął Salvatore zdegustowany całą sytuacją.
-...Jak masz na imię?-powiedział olewając już zupełnie Damona
-Katherine Herondale
-Chyba cię znam.
-Skąd?-uśmiechnęłam się delikatnie
-Bawiłaś się w domu ze Stefanem, kiedy wychodziłem z Damonem na polowanie...kiedy cię przemieniono?
-Emmmm...W 1860...
-Nie jesteś wampirem...
-Już nie-odpowiedziałam, a Damon uśmiechnął się jakby odkrył tajemnicę powstania wszechświata.
Chłopak pomógł mi usiąść na fotelu po czym ukucnął przede mną obejmując delikatnie moją nogę i naciskając w kilku miejscach.
-Nie źle obita...co się stało?
-Upadłam...
-Wygląda jakbyś upadła, ale z 12 metrów
-Mniej więcej ...
-Boli?
-Mniej niż wczoraj.
-Wygląda na to, że obejdzie się bez gipsu..ii...chyba już wiem dlaczego Damon chciał ci pomóc. Jesteś uroczą młodą damą.
-Wątpię-bezskutecznie wtrącił Damon
-Dziękuję-uśmiechnęłam się do jego kuzyna-Na ile dni tu przyjechałeś?
-Tydzień...musimy się częściej spotykać
-Koniecznie-ożywiłam się-Może chcesz zostać na kawie?
-Pozwól, że dziś to ja ją zrobię-powiedział znikając w kuchni
-Nie wiedziałam, że masz kogoś porządnego w rodzinie-zwróciłam się do Damona
-Obraziłaś właśnie Stefana
-Hah...chodziło mi o tą żyjącą część rodziny
-Czyli obraziłaś mnie?-spojrzał na mnie z pretensją i zacisnął usta w wymuszonym uśmiechu.
-Nie przyzwyczaiłeś się jeszcze?-przyłożyłam rękę do ust udając zdziwienie
-Odpuść mi
-Kiedy ty mi odpuścisz?
-Nigdy-warknął
-Na spotkaniach z twoim kuzynem też będziesz mnie śledził?
-Może
Szybko złapałam się za głowę. Otworzyłam usta z zapartym tchem.
-Co się dzieje?-spojrzał na mnie lekko zmartwiony
-To Stefan
-Co?
-Próbuje się skontaktować...mówi...mówi...,że możesz spi*rdalać
-Głupia jesteś-pokręcił głową
-To po co ze mną dyskutujesz? Spójrz, kolejny argument dla którego możesz dać mi spokój. Istne szaleństwo co?
-Zobaczymy
-...-poprawiłam się na fotelu-Musisz mnie nienawidzić...dlaczego nie skorzystasz z okazji? Jestem sama i niepełnosprawna. Mogłabym spaść ze schodów i nabić się na nóż...z 10 razy.
-To tylko noga, ale nadal możesz mnie przemienić w człowieka.
-Powiedziała ci?
-Ehe
-Mogę, ale gdzie byłby w tym ubaw?...Właśnie mi uświadomiłeś, że nie musimy się znosić.
-Co to ma znaczyć?
-Zobaczysz
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz