Damon:
Siedziałem na drewnianym krześle przy długim drewnianym stole rozglądając się po pomieszczeniu. Za mną znajdowały się drzwi do, których nie mogłem się obrócić. Po prawej znajdował się kominek z powieszonym nad nim lustrem z bogato zdobioną ramą ze srebra. Na samym środku wysokiego sufitu wisiał duży żyrandol. Na mlecznych ścianach i suficie można było zobaczyć srebrne sztukaterie. Oprócz tego dużo porcelanowych, białych figurek. I coś co powinno pierwsze rzucić mi się w oczy. Nakryty stół z przerażająco dużą ilością świeżo przygotowanego jedzenia. Poczułem palce przejeżdżające po moim ramieniu. Katherine miała na sobie długą czarną sukienkę na ramiączkach. Spódnica była przecięta po bokach, do połowy uda co ułatwiło jej siadanie na mnie okrakiem. Założyła mi ręce na szyję i wtedy znów mogłem się ruszać. Położyłem jej ręce na talii. Jedną ręką zsunęła sobie ramiączko po czym przerzuciła sobie włosy na jedną stronę patrząc na mnie z przechyloną głową
-Katherine-powiedziałem, a ona spojrzała się jeszcze głębiej w moje oczy o ile to możliwe-To tylko sen...
-Jest w tym coś złego?-spytała z delikatnym uśmiechem
-Dlaczego ty w nim jesteś?
-Jestem tylko wytworem. Jeśli ty nie wiesz, ja tym bardziej...może chcesz mieć to czego nie możesz?
-Może...
-Umierasz... szukasz pocieszenia w kimś mniej...destrukcyjnym...bo przecież Pierce okazała się być, nie zasługującą na Ciebie, s*ką-powiedziała, a ja przyciągnąłem ją do siebie całując.
-Katherine-powiedziałem, a ona spojrzała się jeszcze głębiej w moje oczy o ile to możliwe-To tylko sen...
-Jest w tym coś złego?-spytała z delikatnym uśmiechem
-Dlaczego ty w nim jesteś?
-Jestem tylko wytworem. Jeśli ty nie wiesz, ja tym bardziej...może chcesz mieć to czego nie możesz?
-Może...
-Umierasz... szukasz pocieszenia w kimś mniej...destrukcyjnym...bo przecież Pierce okazała się być, nie zasługującą na Ciebie, s*ką-powiedziała, a ja przyciągnąłem ją do siebie całując.
Katherine:
Wszystko przestało wydawać się realne. Białe ściany sklepu całodobowego, piosenka "I will always love you" grająca z głośników, półki, produkty na nich, dżinsy lub nawet skórzana kurtka, którą miałam na sobie. Przechodzę między półkami szukając czegoś i sama nie wiem czego. Muszę przed sobą przyznać, że nie chcę wracać do domu bo wtedy dojdzie do mnie, że go tam nie ma i nigdy nie będzie. Zostały tylko wspomnienia po nim. Rzeczy w moim plecaku uderzały o siebie przy każdym kroku. Bez jakichkolwiek znaków poprawnego funkcjonowania mojej psychiki wyszłam na prawie pusty parking, powoli idąc w stronę drogi. Nagle usłyszałam dźwięk silnika. Lampy od, jedynego znajdującego się tu, samochodu zapaliły się oświetlając moją marną egzystencję. Zatrzymałam się spuszczając wzrok na moje stopy.
-Katherine?-ciemnowłosy chłopak wyszedł z samochodu idąc w moją stronę.
-Zależy-powiedziałam cicho nadal patrząc w jeden punkt
-Ashton...nowy kolega Damona.
-Nie...to nie ja...
-On umiera
-Strasznie mi z tego powodu wszytko jedno....
-To brat twojego przyjaciela-chłopak podszedł bliżej, a ja wyciągnęłam pistolet odbezpieczając go. Lufa znalazła się niedaleko twarzy chłopaka, który zatrzymał się gwałtownie, odchodząc kilka kroków w tył. Odwróciłam się w jego stronę.
-I to przez niego mój przyjaciel nie żyje...bo był zbyt tępy, żeby kogokolwiek posłuchać-warknęłam oddychając ciężko.
-Może inaczej...wiem co obiecałaś Stefanowi...
-O czym mówisz?-Chłopak próbował złapać za pistolet. Nie udało mu się. Złapał powietrze, a ja zataczając ręką kółeczko nadal celowałam w jego głowę odchodząc trochę dalej. Uniósł ponownie ręce.
-Ehhh...O telefonie. Zostawiłaś gdy cię zabierali...Jestem ciekawski. Musiałem sprawdzić co ci zostawił Stefan.
-Niczego mu nie obiecywałam...
-Więc nie wykonasz ostatniej prośby Salvatore? Sądzę, że Stefan by tak nie postąpił.
-Bo na szczęście nie mam w rodzinie nieszczęśliwie zakochanych wampirów-powiedziałam odpuszczając. Zabezpieczyłam broń chowając ją-...pokaż mi go.
-Nie idziemy po lekarstwo?
-Wiem co robię, po prostu mnie tam zabierz...nie zabiję go, obiecuję.
-Okay...-powiedział otwierając drzwi od strony pasażera.
-Co właściwie będzie ci potrzebne?
-Nóż, bandaż i brak świadków-odpowiedziałam zapinając pas.
-Katherine?-ciemnowłosy chłopak wyszedł z samochodu idąc w moją stronę.
-Zależy-powiedziałam cicho nadal patrząc w jeden punkt
-Ashton...nowy kolega Damona.
-Nie...to nie ja...
-On umiera
-Strasznie mi z tego powodu wszytko jedno....
-To brat twojego przyjaciela-chłopak podszedł bliżej, a ja wyciągnęłam pistolet odbezpieczając go. Lufa znalazła się niedaleko twarzy chłopaka, który zatrzymał się gwałtownie, odchodząc kilka kroków w tył. Odwróciłam się w jego stronę.
-I to przez niego mój przyjaciel nie żyje...bo był zbyt tępy, żeby kogokolwiek posłuchać-warknęłam oddychając ciężko.
-Może inaczej...wiem co obiecałaś Stefanowi...
-O czym mówisz?-Chłopak próbował złapać za pistolet. Nie udało mu się. Złapał powietrze, a ja zataczając ręką kółeczko nadal celowałam w jego głowę odchodząc trochę dalej. Uniósł ponownie ręce.
-Ehhh...O telefonie. Zostawiłaś gdy cię zabierali...Jestem ciekawski. Musiałem sprawdzić co ci zostawił Stefan.
-Niczego mu nie obiecywałam...
-Więc nie wykonasz ostatniej prośby Salvatore? Sądzę, że Stefan by tak nie postąpił.
-Bo na szczęście nie mam w rodzinie nieszczęśliwie zakochanych wampirów-powiedziałam odpuszczając. Zabezpieczyłam broń chowając ją-...pokaż mi go.
-Nie idziemy po lekarstwo?
-Wiem co robię, po prostu mnie tam zabierz...nie zabiję go, obiecuję.
-Okay...-powiedział otwierając drzwi od strony pasażera.
-Co właściwie będzie ci potrzebne?
-Nóż, bandaż i brak świadków-odpowiedziałam zapinając pas.
Damon:
Stałem w sypialni patrząc jak Katherine wyciąga w moją stronę złożone ubrania. Miałem na sobie tylko bieliznę. Ciepłe powietrze owiewało moje nogi.
-Umieram?-spytałem na co dziewczyna kiwnęła głową bez wyrazu-Dlaczego czarne? Trafię do piekła?
-W tych ubraniach byłeś gdy Pierce podała ci truciznę.
-...trafię do piekła...tak?
-Nie wiem.
-Racja. W końcu cię wymyśliłem. Prawdziwa Katherine prawdopodobnie nie żyje i to też mi wypomną-westchnąłem. Dziewczyna zaczęła mnie ubierać w skupieniu-Nie chcę umierać...Jak to będzie wyglądało?
-Już czas. Połóż się...
-Dlaczego Katherine? Dlaczego masz na imię Katherine? Pamiętam, że kiedyś twoja mama rozmawiała o tym z moją, ale...
-Ale widocznie-przerwała mi- To nie było dla ciebie istotne-powiedziała, a ja posłusznie położyłem się na łóżko, a oczy zamknęły mi się same gdy tylko moja głowa dotknęła poduszki. Nic ciemność. Czułem się jak w skorupce. Zmusiłem się do otworzenia oczu. Było jasno. Przez pierwsze kilka sekund wszystko było białe, a potem jakby z mgły zaczęły pojawiać się obiekty. Na raz obudziły się inne zmysły. Od tych wszystkich dźwięków i zapachów zrobiło mi się słabo. Szybko położyłem rękę na biodrze podciągając bluzkę. Nic. Żadnego śladu. Mój węch wytropił coś na stoliku nocnym. Szklanka krwi na którą rzuciłem się nie puszczając aż nie zobaczyłem swojego odbicia na dnie naczynia. Zegar w telefonie wskazywał 8:12. Obok na łóżku leżała Katherine czytając swoją książkę ze słuchawkami w uszach. Tym razem czułem jej zapach jakby mydła z zielonej herbaty. Spojrzała na mnie zamykając książkę i wsadzając ją do swojego plecaka oraz mp3.
-Miło cię widzieć śnieżko-powiedziała z obojętną miną- jak się spało?
-Dobrze-uśmiechnąłem się ciesząc się, że jednak nie trafiłem do piekła. To miejsce było takie jak w mojej wizji. Teraz mogłem się cieszyć tym co tu mam aż coś się zawali-Jak nigdy-obróciłem się patrząc na nią. Moja ręka wylądowała na jej plecach i zaczęła jechać w dół, zatrzymując się na jej tyłku. Ku mojemu zdziwieniu dziewczyna wstała patrząc na mnie z wyczuwalnym obrzydzeniem. Obeszła łóżko podchodząc do mnie
-Słuchaj. Nie przyszłam tu, żebyś mnie macał. Miałam uratować ci zadek i to zrobiłam. Więc jakbyś mógł w zamian nigdy więcej nie pokazywać się mi na oczy...ale najpierw usiądź.
Podciągnąłem się, a ona uniosła moją bluzkę naciskając na miejsce ugryzienia.
-Boli?
-Nie-powiedziałem patrząc na jej ręce.
-Więc wszystko powinno być okay-wróciła po swój plecak po czym zgarnęła kurtkę z komody
-Stój-powiedziałem wstając za nią, a ona niechętnie obróciła się w moją stronę-Mam pytanie.
-Słucham-odparła nawet miłym głosem.
-Obudziłem się wcześniej?
-Podobno nie. Przyszłam tu w nocy. Spałeś od tamtej pory.
-Dlaczego Katherine?
-...Co proszę?
-Dlaczego nazywasz się Katherine?
-Bo nie Juliet...-po raz pierwszy jej wzrok i głos jednogłośnie dawał mi do zrozumienia, że jestem debilem, tak donośnie.
-Byłoby lepiej.
-Kwestia gustu-odwróciła się, a ja stanąłem przed nią
-Wiem, że z Twoim imieniem wiązała się jakaś historia
-Czy to naprawdę istotne?
Patrzyłem w jej oczy z lekkim uśmiechem. Była taka delikatna i bezbronna. Chciałem ją dla siebie na jedną noc. Beż żadnego nacisku lub ze względu na jakiś chory plan zakładający moją śmierć.
-Wiem, że mnie nienawidzisz i nie zdziwiłbym się gdybyś walnęła mnie w twarz-powiedziałem, a dziewczyna wyjęła kastet z kieszeni kurtki- co ty robisz?-zdążyłem powiedzieć gdy uderzyła mnie z całej pety w policzek. Upadłem na ziemię-...zasłużyłem...Lepiej ci?
-Nie...więc mam nadzieję, że już się nie spotkamy.
-Aż tak jest źle?
-Właściwie? Jedyne na co mam teraz ochotę to nafaszerować cię werbeną, a potem ćwiartować, kawałek po kawałku, zaczynając od nóg, tępym nożem, aż błagałbyś abym wbiła ci kołek w serce.
-To za Chrisa czy Stefana?
-To, akurat za Chrisa...za Stefana mam coś innego...
-Przepraszam. Byłem pod wpływem Pierce-szepnąłem i chyba sam się zdziwiłem, że użyłem słowa "przepraszam"
-Jak twoje przeprosiny zaczną wskrzeszać zmarłych to pogadamy
-....jak się wydostałaś?
-Wiesz...nie twoja sprawa...
-Nigdy więcej się nie zobaczymy?
-Mam nadzieję.-spojrzała na mnie smutno. Nie miała już nikogo.
-A jak ci coś zaproponuje?-wstałem.
-Nic od ciebie nie chcę-pokręciła głową zmuszając się do spojrzenia mi w oczy.
-Chris wróciłby do żywych. Czarownica może to załatwić.
-...słucham?-zmarszczyła brwi, a ja uśmiechnąłem się tryumfując.
-Czarownica może go przywrócić do żywych. Nie zawsze się udaje, ale...jeśli chcesz.
-Nic od ciebie nie chcę
-Idziesz zapytać Lisse?-uśmiechnąłem się-...Proszę. Kotek. Daj mi się odwdzięczyć.
-Nie musisz. Nie pomogłam Ci z dobrego serduszka.
-Wiem.
-Więc jesteśmy kwita.
-Ehhh jak wolisz.
-Ale dziękuję-uśmiechnęła się krótko odwracając wzrok
-Odwieźć Cię?
-Nie. Luke przyjedzie za pięć minut-westchnęła i nagle poczułem jak coś mnie skręca.
-Jaki Luke?-spytałem starając się aby mój głos zabrzmiał normalnie.
-Cartland-spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem
-Cartland?-powtórzyłem przypominając sobie wampira, który rozszarpał moich kilku znajomych oraz panienkę, która mi wtedy towarzyszyła.
-Znacie się?
-To nie ważne...skąd ty go znasz?
-Pomógł mi w 1942. Miły facet-oznajmiła na co ja parsknąłem śmiechem-Coś nie tak?
-Nic, nic kochanie-zaśmiałem się na co ona zmarszczyła brwi-ale nasza rozmowa może potrwać trochę dłużej. Mam więcej propozycji i pytań.
-Nie chcę ich słuchać.
-Dlaczego?
-Bo naprawdę nie mam ochoty cię już widzieć...albo...chcę wiedzieć tylko jedną rzecz
-Jaką?
-Co się z tobą działo?...Wiesz...gdy spałeś...
-Emm...czemu?...czemu chcesz wiedzieć?
-To mnie intryguje. Znam tylko teorię.
-Nie musisz tego wiedzieć.
-To musiało być okropne...
-Pewnie zastanawiasz się od kiedy znam Lissę-powiedziałem chcąc przedłużyć rozmowę
-Nie...
-Więc- kontynuowałem udając, że jej nie słyszałem-od dnia kiedy Pierce wstrzyknęła mi to gówno.
-Gratulacje-rozpromieniła się-Może wreszcie znalazłeś sobie porządną przyjaciółkę
-Wątpię. Pomogła mi ze względu na Stefana.
-Standard....mimo wszystko...nie psuj tego.
-Mówisz jakbyś umierała.
-Dla ciebie właściwie będę martwa kiedy wyjdę....miłej zabawy-zeszła na dół zamykając za sobą drzwi. Dołączyłem do Lissy śpiącej na kanapie w salonie.
-Nudzi ci się?-spytałem budząc ją przy tym.
-nie-mruknęła przecierając oczy-Skoro już wszystko okay to ja pójdę.
-Na pewno? Możemy gdzieś wyjść...Kawa czy coś...gdzieś...
-Wszystko z Tobą okay?-spytała zdziwiona
-Nie. Tak!-poprawiłem się-...A jak u ciebie?
Wzruszyła ramionami
-Siedzę tu dość długo. Powinnam iść chyba do domu.
-Nie. Wymyślanie planów zostaw mi. Pójdziemy na miasto.
-Po co ?
-Ja stawiam.
-...A ja nadal zastanawiam się po co.
-Ehhh zwykle wystarczyło "ja płacę"-przewróciłem oczami-Właśnie dowiedziałem się, że przespałem nie wiem ile...i chcę udawać, że ktoś czekał aż się obudzę.
-...Okay...
-Dziękuję
-Stawiasz
-Tsaa-wstałem z kanapy-idziemy?
Pokiwała głową wstając i zakładając kurtkę
-Umieram?-spytałem na co dziewczyna kiwnęła głową bez wyrazu-Dlaczego czarne? Trafię do piekła?
-W tych ubraniach byłeś gdy Pierce podała ci truciznę.
-...trafię do piekła...tak?
-Nie wiem.
-Racja. W końcu cię wymyśliłem. Prawdziwa Katherine prawdopodobnie nie żyje i to też mi wypomną-westchnąłem. Dziewczyna zaczęła mnie ubierać w skupieniu-Nie chcę umierać...Jak to będzie wyglądało?
-Już czas. Połóż się...
-Dlaczego Katherine? Dlaczego masz na imię Katherine? Pamiętam, że kiedyś twoja mama rozmawiała o tym z moją, ale...
-Ale widocznie-przerwała mi- To nie było dla ciebie istotne-powiedziała, a ja posłusznie położyłem się na łóżko, a oczy zamknęły mi się same gdy tylko moja głowa dotknęła poduszki. Nic ciemność. Czułem się jak w skorupce. Zmusiłem się do otworzenia oczu. Było jasno. Przez pierwsze kilka sekund wszystko było białe, a potem jakby z mgły zaczęły pojawiać się obiekty. Na raz obudziły się inne zmysły. Od tych wszystkich dźwięków i zapachów zrobiło mi się słabo. Szybko położyłem rękę na biodrze podciągając bluzkę. Nic. Żadnego śladu. Mój węch wytropił coś na stoliku nocnym. Szklanka krwi na którą rzuciłem się nie puszczając aż nie zobaczyłem swojego odbicia na dnie naczynia. Zegar w telefonie wskazywał 8:12. Obok na łóżku leżała Katherine czytając swoją książkę ze słuchawkami w uszach. Tym razem czułem jej zapach jakby mydła z zielonej herbaty. Spojrzała na mnie zamykając książkę i wsadzając ją do swojego plecaka oraz mp3.
-Miło cię widzieć śnieżko-powiedziała z obojętną miną- jak się spało?
-Dobrze-uśmiechnąłem się ciesząc się, że jednak nie trafiłem do piekła. To miejsce było takie jak w mojej wizji. Teraz mogłem się cieszyć tym co tu mam aż coś się zawali-Jak nigdy-obróciłem się patrząc na nią. Moja ręka wylądowała na jej plecach i zaczęła jechać w dół, zatrzymując się na jej tyłku. Ku mojemu zdziwieniu dziewczyna wstała patrząc na mnie z wyczuwalnym obrzydzeniem. Obeszła łóżko podchodząc do mnie
-Słuchaj. Nie przyszłam tu, żebyś mnie macał. Miałam uratować ci zadek i to zrobiłam. Więc jakbyś mógł w zamian nigdy więcej nie pokazywać się mi na oczy...ale najpierw usiądź.
Podciągnąłem się, a ona uniosła moją bluzkę naciskając na miejsce ugryzienia.
-Boli?
-Nie-powiedziałem patrząc na jej ręce.
-Więc wszystko powinno być okay-wróciła po swój plecak po czym zgarnęła kurtkę z komody
-Stój-powiedziałem wstając za nią, a ona niechętnie obróciła się w moją stronę-Mam pytanie.
-Słucham-odparła nawet miłym głosem.
-Obudziłem się wcześniej?
-Podobno nie. Przyszłam tu w nocy. Spałeś od tamtej pory.
-Dlaczego Katherine?
-...Co proszę?
-Dlaczego nazywasz się Katherine?
-Bo nie Juliet...-po raz pierwszy jej wzrok i głos jednogłośnie dawał mi do zrozumienia, że jestem debilem, tak donośnie.
-Byłoby lepiej.
-Kwestia gustu-odwróciła się, a ja stanąłem przed nią
-Wiem, że z Twoim imieniem wiązała się jakaś historia
-Czy to naprawdę istotne?
Patrzyłem w jej oczy z lekkim uśmiechem. Była taka delikatna i bezbronna. Chciałem ją dla siebie na jedną noc. Beż żadnego nacisku lub ze względu na jakiś chory plan zakładający moją śmierć.
-Wiem, że mnie nienawidzisz i nie zdziwiłbym się gdybyś walnęła mnie w twarz-powiedziałem, a dziewczyna wyjęła kastet z kieszeni kurtki- co ty robisz?-zdążyłem powiedzieć gdy uderzyła mnie z całej pety w policzek. Upadłem na ziemię-...zasłużyłem...Lepiej ci?
-Nie...więc mam nadzieję, że już się nie spotkamy.
-Aż tak jest źle?
-Właściwie? Jedyne na co mam teraz ochotę to nafaszerować cię werbeną, a potem ćwiartować, kawałek po kawałku, zaczynając od nóg, tępym nożem, aż błagałbyś abym wbiła ci kołek w serce.
-To za Chrisa czy Stefana?
-To, akurat za Chrisa...za Stefana mam coś innego...
-Przepraszam. Byłem pod wpływem Pierce-szepnąłem i chyba sam się zdziwiłem, że użyłem słowa "przepraszam"
-Jak twoje przeprosiny zaczną wskrzeszać zmarłych to pogadamy
-....jak się wydostałaś?
-Wiesz...nie twoja sprawa...
-Nigdy więcej się nie zobaczymy?
-Mam nadzieję.-spojrzała na mnie smutno. Nie miała już nikogo.
-A jak ci coś zaproponuje?-wstałem.
-Nic od ciebie nie chcę-pokręciła głową zmuszając się do spojrzenia mi w oczy.
-Chris wróciłby do żywych. Czarownica może to załatwić.
-...słucham?-zmarszczyła brwi, a ja uśmiechnąłem się tryumfując.
-Czarownica może go przywrócić do żywych. Nie zawsze się udaje, ale...jeśli chcesz.
-Nic od ciebie nie chcę
-Idziesz zapytać Lisse?-uśmiechnąłem się-...Proszę. Kotek. Daj mi się odwdzięczyć.
-Nie musisz. Nie pomogłam Ci z dobrego serduszka.
-Wiem.
-Więc jesteśmy kwita.
-Ehhh jak wolisz.
-Ale dziękuję-uśmiechnęła się krótko odwracając wzrok
-Odwieźć Cię?
-Nie. Luke przyjedzie za pięć minut-westchnęła i nagle poczułem jak coś mnie skręca.
-Jaki Luke?-spytałem starając się aby mój głos zabrzmiał normalnie.
-Cartland-spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem
-Cartland?-powtórzyłem przypominając sobie wampira, który rozszarpał moich kilku znajomych oraz panienkę, która mi wtedy towarzyszyła.
-Znacie się?
-To nie ważne...skąd ty go znasz?
-Pomógł mi w 1942. Miły facet-oznajmiła na co ja parsknąłem śmiechem-Coś nie tak?
-Nic, nic kochanie-zaśmiałem się na co ona zmarszczyła brwi-ale nasza rozmowa może potrwać trochę dłużej. Mam więcej propozycji i pytań.
-Nie chcę ich słuchać.
-Dlaczego?
-Bo naprawdę nie mam ochoty cię już widzieć...albo...chcę wiedzieć tylko jedną rzecz
-Jaką?
-Co się z tobą działo?...Wiesz...gdy spałeś...
-Emm...czemu?...czemu chcesz wiedzieć?
-To mnie intryguje. Znam tylko teorię.
-Nie musisz tego wiedzieć.
-To musiało być okropne...
-Pewnie zastanawiasz się od kiedy znam Lissę-powiedziałem chcąc przedłużyć rozmowę
-Nie...
-Więc- kontynuowałem udając, że jej nie słyszałem-od dnia kiedy Pierce wstrzyknęła mi to gówno.
-Gratulacje-rozpromieniła się-Może wreszcie znalazłeś sobie porządną przyjaciółkę
-Wątpię. Pomogła mi ze względu na Stefana.
-Standard....mimo wszystko...nie psuj tego.
-Mówisz jakbyś umierała.
-Dla ciebie właściwie będę martwa kiedy wyjdę....miłej zabawy-zeszła na dół zamykając za sobą drzwi. Dołączyłem do Lissy śpiącej na kanapie w salonie.
-Nudzi ci się?-spytałem budząc ją przy tym.
-nie-mruknęła przecierając oczy-Skoro już wszystko okay to ja pójdę.
-Na pewno? Możemy gdzieś wyjść...Kawa czy coś...gdzieś...
-Wszystko z Tobą okay?-spytała zdziwiona
Wzruszyła ramionami
-Siedzę tu dość długo. Powinnam iść chyba do domu.
-Nie. Wymyślanie planów zostaw mi. Pójdziemy na miasto.
-Po co ?
-Ja stawiam.
-...A ja nadal zastanawiam się po co.
-Ehhh zwykle wystarczyło "ja płacę"-przewróciłem oczami-Właśnie dowiedziałem się, że przespałem nie wiem ile...i chcę udawać, że ktoś czekał aż się obudzę.
-...Okay...
-Dziękuję
-Stawiasz
-Tsaa-wstałem z kanapy-idziemy?
Pokiwała głową wstając i zakładając kurtkę
***
Jakiś czas później siedzieliśmy w knajpce przy piwie. Pomieszczenie było w kształcie litery L, ze ścianami pomalowanymi na kremowy kolor. Ustawienie stolików sprawiało, że pomieszczenie wydawało się ciasne. To miejsce nie sprawiało wrażenia jakby ktoś miał na nie pomysł, a raczej jakby go zmuszono do prowadzenia tego biznesu. Mimo wszystko jedzenie mieli dobre. Zamówiłem dziewczynie jedzenie, które wybrała z karty, a teraz po prostu siedzieliśmy w milczeniu. Lissa bawiła się widelcem
-Więc...-zaczęła czekając aż zacznę
-Więc
-Dlaczego się nie odzywasz?-spytała patrząc jak obserwuję ludzi przechodzących za oknem
-Patrzę na widoki-odparłem nie odwracając wzroku od mojego punktu zainteresowania.
-Po co ja tu jestem?
-Udaję, że mam znajomych.
-Skoro tak, to to co ci się śniło musiało być okropne.
-Nie tak bardzo.
-Hah jasne. Nie wyglądałeś na osobę zadowoloną.
-Bo umierałem-spojrzałem jej w oczy ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy- a jak ty spędzałaś czas?
-Zajmując się tobą i kłócąc się z Ash'em
-Nie poszedł do domu?
-Przychodził co jakiś czas. Szukał Kath i w końcu ją znalazł-wzruszyła ramionami, a ja zakrztusiłem się popijanym piwem
-...Po co ją przyprowadził?
-Żebyś mógł mnie zabrać na jedzenie...
-Okay...mów dalej...o czym rozmawialiście?
-O tym ,że jest dupkiem i idiotą-ponownie wzruszyła ramionami
-I co mówił?
-..."Rar"
-Urocza z was para
-Nie jesteśmy parą! Kazałam mu mnie nie dotykać. Jest obleśny.
-Ta. Lecisz na niego. Oczka ci się świecą.
-To sam go sobie dotykaj.
-Nie...
-Właśnie.
-Nie wiem, naprawdę nie wiem co dziewczyny robią na spotkaniach.
-Gadają
-O czym?
-Zazwyczaj o facetach.
-To ty możesz nawijać o facetach, a ja o kobietach-uśmiechnąłem się do niej czarująco łapiąc przy tym wykałaczkę między zęby-Zacznij.
-Znaczy?
-Nie wiem. Jakiś twój ideał...umięśniony, przystojny?
-Nie wiem-wzruszyła ramionami-Nie interesuje mnie to. Kiedy wpadnę na tego jedynego to wtedy się zobaczy.
-Oh więc planujesz na niego wpaść?-zaśmiałem się wizualizując sobie jak dziewczyna wlatuje na pierwszego lepszego faceta.
-A twój ideał dziewczyny?
-Do pogadania.
-Z kim mnie widzisz?
-Z wysokim brunetem. Bez jajogniotów. Ma normalne spodnie...
-Co jest złego w rurkach?
-Nic jeśli facet lubi używać swoich jaj jako kuleczek analnych-powiedziałem, a dziewczyna się zaśmiała. Lubi żarty powiązane z seksem.
-Dzięki-uśmiechnęła się, a ja odwzajemniłem gest.
-Nie ma sprawy.
-Ja cię widzę z niską brunetką
-...-przypomniały mi się moje sny z Katherine.
-O kim myślisz?
-O niczym...
-Jasne...mogę o coś spytać?
-Zależy.
-To mogę?
-...Skoro musisz.
-Czemu tyle się kłóciłeś ze Stefanem?-super. Wspomniała mojego braciszka i ponownie w mojej głowie pojawiły się myśli "to twoja wina, że nie żyje" i to była prawda. Pierce robiła ze mną co chciała. Nigdy więcej nie oddam się tak żadnej kobiecie.
-Mieliśmy inne poglądy na...pewne sprawy
-Zazwyczaj szło o Kath?-spytała
-Nie tylko.
-To o co?
-Nie wnikaj.
-Co ci się śniło?
-A tobie?
-Nie spałam od 4 dni.
-..i jeszcze funkcjonujesz?
-Żyję na kawie.
-Chcesz się przespać?
-Z Tobą?-spytała zniesmaczona
-...Nieee-uniosłem brew-Chyba, że ładnie poprosisz
-Nie chcę.
-Może inaczej...mam odwieźć cię do domu żebyś mogła iść spać? Beze mnie.
-Tak
-To dopij kawę
-Okay.
-Więc...-zaczęła czekając aż zacznę
-Więc
-Dlaczego się nie odzywasz?-spytała patrząc jak obserwuję ludzi przechodzących za oknem
-Patrzę na widoki-odparłem nie odwracając wzroku od mojego punktu zainteresowania.
-Po co ja tu jestem?
-Udaję, że mam znajomych.
-Skoro tak, to to co ci się śniło musiało być okropne.
-Nie tak bardzo.
-Hah jasne. Nie wyglądałeś na osobę zadowoloną.
-Bo umierałem-spojrzałem jej w oczy ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy- a jak ty spędzałaś czas?
-Zajmując się tobą i kłócąc się z Ash'em
-Nie poszedł do domu?
-Przychodził co jakiś czas. Szukał Kath i w końcu ją znalazł-wzruszyła ramionami, a ja zakrztusiłem się popijanym piwem
-...Po co ją przyprowadził?
-Żebyś mógł mnie zabrać na jedzenie...
-Okay...mów dalej...o czym rozmawialiście?
-O tym ,że jest dupkiem i idiotą-ponownie wzruszyła ramionami
-I co mówił?
-..."Rar"
-Urocza z was para
-Nie jesteśmy parą! Kazałam mu mnie nie dotykać. Jest obleśny.
-Ta. Lecisz na niego. Oczka ci się świecą.
-To sam go sobie dotykaj.
-Nie...
-Właśnie.
-Nie wiem, naprawdę nie wiem co dziewczyny robią na spotkaniach.
-Gadają
-O czym?
-Zazwyczaj o facetach.
-To ty możesz nawijać o facetach, a ja o kobietach-uśmiechnąłem się do niej czarująco łapiąc przy tym wykałaczkę między zęby-Zacznij.
-Znaczy?
-Nie wiem. Jakiś twój ideał...umięśniony, przystojny?
-Nie wiem-wzruszyła ramionami-Nie interesuje mnie to. Kiedy wpadnę na tego jedynego to wtedy się zobaczy.
-Oh więc planujesz na niego wpaść?-zaśmiałem się wizualizując sobie jak dziewczyna wlatuje na pierwszego lepszego faceta.
-A twój ideał dziewczyny?
-Do pogadania.
-Z kim mnie widzisz?
-Z wysokim brunetem. Bez jajogniotów. Ma normalne spodnie...
-Co jest złego w rurkach?
-Nic jeśli facet lubi używać swoich jaj jako kuleczek analnych-powiedziałem, a dziewczyna się zaśmiała. Lubi żarty powiązane z seksem.
-Dzięki-uśmiechnęła się, a ja odwzajemniłem gest.
-Nie ma sprawy.
-Ja cię widzę z niską brunetką
-...-przypomniały mi się moje sny z Katherine.
-O kim myślisz?
-O niczym...
-Jasne...mogę o coś spytać?
-Zależy.
-To mogę?
-...Skoro musisz.
-Czemu tyle się kłóciłeś ze Stefanem?-super. Wspomniała mojego braciszka i ponownie w mojej głowie pojawiły się myśli "to twoja wina, że nie żyje" i to była prawda. Pierce robiła ze mną co chciała. Nigdy więcej nie oddam się tak żadnej kobiecie.
-Mieliśmy inne poglądy na...pewne sprawy
-Zazwyczaj szło o Kath?-spytała
-Nie tylko.
-To o co?
-Nie wnikaj.
-Co ci się śniło?
-A tobie?
-Nie spałam od 4 dni.
-..i jeszcze funkcjonujesz?
-Żyję na kawie.
-Chcesz się przespać?
-Z Tobą?-spytała zniesmaczona
-...Nieee-uniosłem brew-Chyba, że ładnie poprosisz
-Nie chcę.
-Może inaczej...mam odwieźć cię do domu żebyś mogła iść spać? Beze mnie.
-Tak
-To dopij kawę
-Okay.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz