19:I hate blokes, telling tasteless jokes

Damon:
-Boli, Boli, Boli-jęknąłem gdy Lissa skończyła opatrywać ranę. Siedziała obok mnie na moim łóżku, wyciągając co chwila inną rzecz z torby. Tym razem były to kajdanki.
-Nie jęcz jak baba-powiedziała otwierając dwie, jednakowe obejmy połączone łańcuchem.
-Wybacz....wsss...czy to konieczne? Nie mam humoru na seks
-...-spojrzała na mnie karcąco, nie komentując-...tak.
-...Ashton poszedł?
-Tak.
-To dobrze...jest irytujący-westchnąłem gdy poczułem metal na moim nadgarstku-jest irytujący...a ty dlaczego go nie cierpisz?
Miałem nadzieję, że dowiem się czegoś o tym chłopaku. Może jakąś pikantną lub wstydliwą przeszłość?
-Śledził mnie. Groził śmiercią moim rodzicom i gada, że jesteśmy razem, a nie jesteśmy.
-Brzmi jak standardowy psychopata...chyba mam z nim dużo wspólnego.
-Czemu?
-Bo właściwie oboje śledziliśmy...groziliśmy...myślałem, że jestem z Pierce dla, której oboje pracowaliśmy.-przyznałem się. Nie wiem dlaczego. Chyba przestało mi zależeć...i tak umrę, a jeśli nie...zawsze mogę ją zabić.
-Mhm....Dlaczego chciałeś ją odzyskać?
-Kogo?
-Katherine-odpowiedziała i nagle coś mnie skręciło na myśl o Herondale.
-Bo kojarzy mi się ze Stefanem
-Mhm...Śpij
Po myśleniu na temat Katherine, o tym jak ją męczono, czy żyje, zasnąłem, ale nie na długo. Chwilę później słońce wdarło się do pokoju zmuszając mnie do pobudki. Spojrzałem na okno mrużąc oczy. Czułem się świetnie. Odwróciłem głowę w drugą stronę. Tuż przy moich biodrze siedziała Herondale opierając głowę o swoje ręce.
-Kath
-Witaj Damonie-uśmiechnęła się szerzej-Chciałeś po mnie przyjść...to urocze.
-Gdyby nie ja...-przerwano mi. Położyła palec na moich wargach siadając na mnie, a potem łącząc nasze usta w namiętnym pocałunku.
Lissa:
Siedziałam przy Damonie od kiedy zasnął, opierając się o drewniany filar przy łóżku. Nie budził się już od dwóch godzin. Tak samo Ashton nie wracał. Przewróciłam kolejną kartkę jego książki co chwilę na niego zerkając. Nie wiedziałam, czy mam go obudzić...a jeśli już nie wstanie?
-Damon?-zaczęłam go lekko szturchać-Damon...Damon!!!
Zaczęłam naprawdę się bać. W tym momencie do pokoju wszedł Ashton
-Ej!-przekrzyczał mnie-Co się stało?
-Nie budzi się...Znalazłeś Katherine
-Nie-odpowiedział przykładając ucho i policzek do ust i nosa wampira jednocześnie patrząc na klatkę piersiową-...ale jestem blisko..śpi. Daj mu odpocząć.
Złapał mnie delikatnie za ramię kierując na dół. Zajęłam miejsce na kanapie, a Ashton na stoliku przede mną. Mierzyłam go wzrokiem jakbym próbowała zapamiętać, każdy każdy kawałek jego ciała.
-Coś nie tak?-spytał
-Nie...Myślę.
-Nad?
-Nad tym czemu mówisz, że ze sobą chodzimy choć się nie cierpimy.
-Tak jakoś-wruszył ramionami-Nie bierz tego do siebie.
-Przez Ciebie mogę nie znaleźć sobie chłopaka.
-Spokojnie...powiedziałem tylko Damonowi...chyba, że mówiąc "znaleźć sobie chłopaka" masz na myśli, naszego schorowanego wampira.
-Jest seksowny.
-Uuuuu.
-Tylko seksowny.
-Nie wypieraj się.
-Tylko-zaczęłam cedzić każde słowo-Seksowny.
-Jutro rano pójdę jeszcze poszukać Katherine. Tylko grzecznie mi tu.
-Ehe.
-Chyba, że nie możesz się powstrzymać-śmiał się złośliwie-wtedy mogę wam kupić jakiś lubrykant.
-Nie.
-Mam rozumieć, że już macie.
-Ash przestań.
-Wybacz-zrehabilitował się-tylko żartuję...zjesz coś?
-Nie, dziękuję.
-Okay. Ja zjem-poszedł do kuchni
-Okay...-mruknęłam pod nosem opierając się o oparcie kanapy. Chłopak wychylił się zza rogu
-Na pewno, nic nie chcesz?
-Nie..Chyba, że kawę. Jakbym mogła...
-Już robię. Mleko, cukier?
-Cukier. Dwie łyżeczki-powiedziałam, a gdy Ashton ponownie zniknął za rogiem uśmiechnęłam się do siebie. Po 10 minutach wrócił trzymając wszystko na tacy. Usiadł koło mnie biorąc swoją kanapkę-Dziękuję i smacznego.
-...Dziękuję.
-Nawzajem Lissa-powiedziałam za niego, po czym sobie odpowiedziałam-Dziękuję.
-Nie ma za co
Pokręciłam głową upijają łyka kawy gdy wilkołak wystawił do mnie swoją nadgryzioną kanapkę.
-Gryza?
-Nie-uśmiechnęłam się niemrawo-Dzięki...
-Okay
-A więc...O czymś rozmawiamy?-spytałam, a chłopak wstrzymał się od wzięcia kolejnego gryza mimo, że kanapka była już między jego zębami.
-Może dla odmiany ty coś zaproponujesz?-wziął kęs kanapki
-Wole byś ty coś wybrał
-Chyba mamy inne zdanie.
-Dawaj temat, nie gadaj.
-...Pysiek...mnie nie omamisz...ty wybierasz temat, albo milczymy.
-Hmmm-odpuściłam-Śledziłeś mnie tylko dlatego, że miałam twój portfel, czy z innego powodu?
-Mój portfel...dowód mojego istnienia...to chyba dobry powód, aby go szukać.
-I tak nic ciekawego tam nie masz.
-Kwestia gustu...pewnie wykułaś mój adres na pamięć, hmm?
-Żartujesz?! Pamiętam wszystko!
-Mam Stalkera?
-Stalkujemy się nawzajem.
-Nie...śledziłem cię bo miałaś mój portfel
-Groziłeś...
-Żeby utrzeć ci nosa.
-Zemszczę się...Zobaczysz-pokręciłam głową, a on powtórzył mój gest-Masz jakieś pytania?
-Co cię łączyło ze Stefanem?
-Przyjaźń
-Tsaaa
-A co miało? Ledwie się znaliśmy.-odpowiedziałam, a  on wzruszył ramionami-Wiesz, mógłbyś sobie kogoś znaleźć. Może dał byś mi spokój-upiłam łyk kawy
-Kotek. Ja. Się. Nie.Wiążę.
-Ehe...mogłam przypuszczać. Tylko zaliczasz i zostawiasz.
-Mogłaś, ale za dużo od siebie nie oczekuj.
-Co to ma znaczyć?!
-I tak weźmiesz to za co chcesz.
-....Dupek z Ciebie
-Dziękuję.
Wstałam  idąc w stronę schodów. Kiedy na nich byłam poczułam jak ktoś przypiera mnie do ściany. Przez koszulkę czułam zimno drewna na brzuchu.
-Co ty do cholery robisz Smith?
No bo przecież któż inny? Ledwo żywy Damon?
-Cicho..słuchaj.
-Nic nie słyszę-spojrzałam się w stronę schodów
-Nie zostało mi dużo czasu
-Jest przytomny?
-Nie, ale słyszę jego serce.
-...i?
-Myślałem...już nie ważne
-Ważne ważne...
-Czasami wampirom w tym stanie zdarzają się halucynacje. Są wtedy wyjątkowo niebezpieczne.
-Oj-westchnęłam-Martwisz się o mnie.
-Martwię się, że będę miał kolejną osobę na głowie-puścił mnie-Idę po Katherine...idź do domu.
-Nie
-Chcesz zostać sama z niepanującym nad sobą wampirem?
-Sądzę, że wstrzyknięty jak działa szybciej, a on nie ma siły nawet mrugać...
-Co ty możesz wiedzieć?
-Wiem więcej niż ci się zdaje.
-Dlaczego ma postępować szybciej?
-Igła wbija się głębiej, a przy ugryzieniu nie masz tak dużej dawki jak zapewne mu wstrzyknęła. Ona chciała go zabić od razu.
-Wygrałaś...
Uśmiechnęłam się poruszając brwiami.
-A teraz możesz się odsunąć zboku
-Błagam. Bez komplementów.-powiedział sarkastycznie, schodząc na dół.
-Skoro to dla Ciebie komplement.
-Niesamowity-przewrócił oczami
-Jesteś zwykłym idiotą.
-Seksownym idiotą.
-Po co ja to mówiłam?-zeszłam za nim odprowadzając go do drzwi
-Bo chciałaś, abym powiedział to co powiedziałem.
-Mogłam ugryźć się w język
-Mogę cię w tym wyręczyć-poruszył brwiami zakładając kurtkę.
-Nie. Nie chcę by twoje usta kiedykolwiek dotykały moich. Zrozumiano?
-Mogę się bez tego obejść-mrugnął do mnie znacząco, a ja przewróciłam oczami
-To samo dotyczy twojego kolegi.
-Tego kolegi?-spojrzał na swoje krocze-Spokojnie. Jest jeszcze mineta.
-Masz w ogóle mnie nie dotykać
-Chyba, że mnie poprosisz.
-Nie poproszę.
-Zobaczymy
-Zobaczymy-powtórzyłam
-Haha...zobaczymy-powiedział otwierając drzwi
-Pa Smith.
-Pa Ansel.
Zamknął za sobą drzwi, a ja odetchnęłam z ulgą.

18:But you treat me like a stranger

*1860*
Katherine stała przed wielkim lustrem w sypialni, znajdującej się w budynku stojącym przy jednej z zaludnionej, o tej porze, uliczek. Upięła swoje włosy chowając je pod kapeluszem.
-Mogłabym prosić o pomoc ?-spytała zasłaniając się swoją granatową suknię. Spojrzała na odbicie chłopaka leżącego w łóżku. Patrzył na nią chcąc zatrzymać tą chwilę dla siebie, podpierając się przy tym na łokciach, przykryty do pasa. Wstał odsłaniając swoją nagość. Podszedł do dziewczyny powoli zawiązując jej gorset-Pana ojciec chyba nie byłby zadowolony gdyby nas nakrył.
-Na szczęście pracuje od rana do wieczora. Dlatego, również spotykamy się u mnie-kończąc wiązanie położył ręce na jej biodrach składając pocałunki na jej szyi-Podobno zajmuje się czymś co nie powinno mnie interesować.
-Chyba nie szykuje zaręczyn?-Katherine spytała patrząc na chłopaka zmartwiona. Kochali się. Myśl o rozstaniu mogłaby być dla nich nie do zniesienia.
-Nie. Nie sądzę...Panienka wybaczy za to jak się wyrażę, ale byłaby pani moja gdyby nie nasi ojcowie.
-Czasami niczym się nie różnią od dzieci-uśmiechnęła się do odbicia Josha wplatając palce w jego włosy koloru ciemnego blondu. Brytyjski chłopak obrócił ją w swoją stronę.
-My Lady-pocałował delikatnie jej dłoń-Jest pani dla mnie wszystkim. Kocham Cię.
-Ja Pana również-uśmiechnęła się delikatnie.
Popołudniu była w domu, szczęśliwa jak zawsze po wyjściu tego rodzaju.
Po cichutku weszła do domu. Nie białymi drzwiami na ogród do, którego prowadziły drzwi z okienkami. Tymi podwójnymi, ciężkimi, frontowymi.
-Panienka Katherine pozwoli-podeszła do mnie jedna ze służących mojego ojca. Uśmiechnęła się do niej ciepło.
-Słucham.
-Pan Harondale chciałby z panienką porozmawiać-oznajmiła odwzajemniając gest
-Dziękuję-powiedziała Katherine z wymuszonym, zdenerwowanym uśmiechem patrząc jak służąca ukłoniła się odchodząc. Dziewczyna zdenerwowana poszła w stronę biura, znajdującego się na drugim piętrze, gdzie spodziewała się spotkać swojego ojca. Wysoki, elegancki mężczyzna siedział pochylony nad biurkiem, nie wyjmując nosa zza papierów do wypełnienia.-Wzywałeś mnie...
-Racja-odparł maczając pióro w bogato zdobionym kałamarzu. Jedną ręką pchając leżącą na stolę złotą szkatułkę z motywem roślinnym oraz z jaskółkami po bokach-To dla ciebie.
-Dziękuję. Naprawdę piękna szkatułka-powiedziała dziewczyna posyłając najładniejszy uśmiech na jaki było ją stać.
-..Nie wygłupiaj się Katherine. Otwórz-powiedział na co dziewczyna przełknęła cicho ślinę. Nie chciała tego robić, ale w końcu otworzyła pudełeczko.
-Ojej-uśmiechnęła się ponownie po chwili przerwy. Patrzyła w lekkiej tremie na kryształ odbijający od siebie promienie słońca wpadające przez okno.
-To pierścionek zaręczynowy
-...Nie zrobiłeś mi tego-jęknęła kręcąc powoli głową. Jej uśmiech zastąpiły lekko zaciśnięte usta.
-Sądziłem, że się ucieszysz. W końcu zegar tyka.
-Bez mojej wiedzy wybrałeś mi męża? Spodziewałabym się tego po każdym, ale nie po Tobie.
-Guiseppe mówił
-Przepraszam- przerwała nie będąc już w stanie nawet patrzeć mu w oczy-Wychodzę za Salvatore? Stefan jest młodszy...
-Nikt nie mówił o Stefanie.
-...Za Guiseppe?
-Nie udawaj głupszej niż jesteś...za Damona
-Ojcze...nie wiem co ci zrobiłam-powiedziała już łamiącym się głosem-, ale przepraszam. Zrobię wszystko jeśli tylko oddasz pierścionek i pozwolisz mi zerwać zaręczyny.
-Nie-odpowiedział beznamiętnie kontynuując pisanie w trakcie gdy po policzku jego córki już leciała łza. Podniósł wzrok-Oj Katherine, daj spokój...znam tą sztuczkę.
-Nienawidzę go i to ze wzajemnością-warknęła. Kolejne łzy poleciały po jej policzkach.
-Będziecie szczęśliwi...
-Nigdy nie będę szczęśliwa u jego boku. Damon o tym wie?
-Ojciec mu powie...



17:don't cry, Mistakes are part of life

***
Staliśmy przed drzwiami tej całej Lissy. Ashton pukał co chwilę nerwowo. Seryjka. Odchodził na krok. Ponownie seryjka. Przysięgam ,że dźwięk uderzenia jego pięści o drzwi odbijał się echem w moich uszach. Zastanawiałem się co mnie bardziej wkurza. Ten cholerny dźwięk czy jad, który niemal rozsadzał mój krwiobieg. Dzięki Bogu była noc więc światło nie powodowało migreny.
Wreszcie otworzyła. Zgrabna brunetka w bluzie stanęła w progu z miną jakby ktoś napluł na szczeniaczka.
-Smith-warknęła-co Ty tu robisz?
-Ah. Zanim zapomnę-odwrócił się w moją stronę, jakby dziewczyna nic nie słyszała-nienawidzi mnie-spojrzał ponownie na dziewczynę-Stefan nie żyje, a my potrzebujemy twojej pomocy, żeby odegrać się na osobach, które go zabiły.
-A ten to?-spytała pokazując na mnie.
-Jestem bratem Stefana.
-Okay...pomogę wam...dla Stefana-powiedziała. Mój brat był niezwykle dobrą osobą. Potrafił skraść serce każdego.
-Dziękuję-chciał ją przytulić, ale go odepchnęła
-Nadal cię nienawidzę kretynie.
-Zapamiętam-powiedział trochę zgaszony.
-To co robimy?
-Nie wiem, ale Damon ma maksimum dwa dni-podniósł moją koszulkę pokazując miejsce gdzie została wprowadzona trucizna. Wyglądało to jak wielki fioletowo, żółto, zielony siniak z niebieskimi żyłami.
-Oł-spojrzała na to z obrzydzeniem-Dobra. Potrzebuję czegoś co należało do niej i krwi osoby, która jest z nią spokrewniona lub z którą była blisko.
-Blisko mówisz?-spytał chłopak patrząc na mnie znacząco.
-Przyjaciela...chłopaka. Bo mówimy o osobach, które zabiły Stefana...wiecie kto to...prawda?
-Właściwie chcemy znaleźć Katherine Herondale...
Spojrzała na nas jak na idiotów.
-Mówiliście co innego!!-krzyknęła
-Chcemy ją znaleźć bo została przez nich porwana-powiedziałem-a żeby im odpłacić musimy ją odbić.
-Aha...a istnieje osoba z którą była blisko?
-Aktualnie wszystkie są martwe-oznajmił Ashton
-Ej-warknąłem na niego-mówiłeś, że z nią pracowałeś. Nie wiesz gdzie ona jest?
-Zmienia miejsce pracy...
-A ostatnia kryjówka?
-Opuszczony dom...poza miastem...
-Jedziemy tam-rozkazałem, a dziewczyna wróciła do środka po czym wyszła z kurtką w ręce
-Jadę z wami-weszła do samochodu
***
Gdy byliśmy pod domem Ashton zaczął obchodzić budynek. Posesja była dwupiętrowym budynkiem z płaskim dachem. Biała farba została gdzieniegdzie pokryta mchem, tak samo jak kraty w oknach. Przeszedłem kilka kroków w lewo od drzwi. Rosnąca pod domem werbena uniemożliwiała mi wyczucie czegokolwiek.
-Ej-krzyknął chłopak. Z czarownicą pobiegliśmy w jego stronę. Między drzewami była ukryta licha szopa, której drzwi już dawno zostały wyjęte z zawiasów przez Ashtona. W środku stał czarny samochód, którym zabrano Katherine-Dziwne-powiedział przyglądając się znalezisku z rękami w kieszeni-Lissa. Potrafiłabyś uśpić dom pełen wampirów? Czarami w woli ścisłości...nie gadką.
-Dam radę-westchnęła-, ale chwile to zajmie.
-Nie ważne-wtrąciłem-zrób to.
-Okay-stanęła przodem do budynku szepcząc coś pod nosem. Zerwał się silny wiatr rozwiewając jej włosy na wszystkie strony. Zmrużyłem oczy zadowolony. Już chciałem zobaczyć minę Katherine, gdy zobaczy, że jestem jej wybawcą.
-Już-czarownica odwróciła się do nas. Bez słowa ruszyłem do środka. Pierwsze co zauważyłem to zapach werbeny unoszący się w powietrzu. Po drugie kable wystające, dziury w ścianach i duża grupka wampirów leżąca na brzuchu. Ashton ominął mnie wchodząc do środka
-Uh-skomentował rozglądając się-Nie tak to wszystko zapamiętałem.
-Musimy ją znaleźć-powtórzyłem po raz kolejny.
-To chyba nie będzie trudne-powiedział sarkastycznie rozkładając ręce.
-Chodź, nie gadaj-przewróciłem oczami.
Po jakiś 10 minutach zostało nam jedno pomieszczenie. Dzięki Bogu. Od namiaru wdychanej werbeny musiałem opierać się o ścianę, aby nie skończyć na podłodze z resztą. Rana nie dała mi o sobie zapomnieć. Wilkołak szarpał drzwi, aż w końcu z rozpędu wleciał w nie. Głośny huk. Bez zastanowienia przekroczył próg. Pod ścianą leżało łóżko a na nim dziewczyna. Nie przywiązana. linki były zerwane, a ona leżała na brzuchu tak jak inni. Odwróciłem ją na plecy. Nie była to Katherine, ani nic co chciałbym w życiu zobaczyć. Na miejscu gdzie powinien znajdować się brzuch była wielka dziura z której ciągnęło się jelito. Ashton zasłonił usta podchodząc do okna. Wybił szybę wciągając świeże powietrze. Zacząłem rozglądać się po pomieszczeniu. Półki z lekami i inną chemią nie były otwarte. Wszystko było na swoim miejscu. Nawet narzędzia na stoliku obok nie były brudne, to samo z zielonymi ścianami. Nic. Nie było śladów, nie licząc ciała. Wyszedłem na korytarz, gdzie czekała Lissa
-I jak?-spytała, a ja bez słowa złapałem pierwsze lepsze ciało przy jej nogach obracając je na plecach. Znowu. Włożyłem rękę w ciało ku obrzydzeniu dziewczyny. Wampirowi zostało wyrwane serce.
-Nie wiem jak się wydostała-powiedział poważnie Ashton opierając się o framugę-ale jeśli sama zabiła ich wszystkich...to nie chcesz jej szukać.
-Jak to mo...-nie dokończyłem krzywiąc się z bólu
-Zawiozę cię do domu-powiedział. Miałem siłę tylko pokiwać głową.
Leżałem na tylnym siedzeniu samochodu. Lissa wycierała pot z mojego czoła. Starałem się oddychać, ale miałem wrażenie, że mam ograniczony dostęp powietrza.
-A więc-wydukałem do Ashtona, który kierował samochodem-jesteście razem, a ona...cię nienawidzi?
-Jak to jesteśmy razem?!-oburzyła się Lissa
-Nie dość, że nienawidzi to jeszcze nie wie-zaśmiał się Ashton.
-Nie jesteśmy razem!-wrzasnęła, a ja zamknąłem oczy krzywiąc się przez zbyt dużą ilość bodźców.
-Uspokój się Liss-jęknąłem, a ona jakby ogłuchła od swojego krzyku kontynuowała:
-Coś ty sobie ubzdurał kretynie?!
-Wsss-syknąłem- auć...wiecie co?...dopiero co się poznaliśmy...a ja już mam dość
-Będziesz musiał z nami jeszcze wytrzymać....ktoś musi cię pilnować-odparła spokojnie dziewczyna
-...nie wierzę, że Kath ich zabiła-szepnął wilkołak.
-Musimy zawieźć Lissę do domu-jęknąłem z bólu.
-Ej! Nie ma mowy. Nie wiem co się dzieje, ale wchodzę w to-ponownie się ożywiła
-I niby co zrobisz?-zaśmiał się Ashton
-Mogę wam pomóc. Potrafię sprawić ból osobie nadnaturalnej nawet jej nie dotykając. Przydam wam się.
-Na razie uśpiłaś zwłoki-powiedział bez aprobaty.
-Ty nie znalazłeś Katherine.
-Zrobię to tylko popilnuj wampirka.
-Dobra-uśmiechnęła się złośliwie jakby właśnie przyjęła jakieś zadanie.
 -I okay
-Kłócicie się jak stare małżeństwo-wtrąciłem się
-Nigdy nie będziemy małżeństwem
-A ja mówiłem, że będę z Pierce-powiedziałem zaciskając usta w prostą linię.
-Jest się z kimś kogo się kocha-powiedziała Liss mocniej naciskając chusteczką w moje czoło
-Nie kochasz mnie?
-Nie.
-Auć-odpowiedział sarkastycznie wilkołak
-...kochałem Pierce-mruknąłem pod nosem do siebie.
-Ale Ciebie nikt nie kocha-odpowiedział Ashton.
-Dziękuje to chce usłyszeć umierająca osoba.
-Nie ma za co.
-Nie przejmuj się-spojrzała na mnie Lissa
-Racja...-pokiwałem głową również na nią patrząc-I tak umrę znany jako dupek, który właściwie skazał na śmierć swojego braciszka i jego przyjaciółkę.
-Każdy popełnia błędy.-oznajmiła delikatniej wycierając pot.
-Zabijając przy tym?
-Stefan pewnie by ci to wybaczył.
-...to wszystko moja wina-powiedziałem zamykając oczy. Przestały do mnie dochodzić dźwięki, ale nadal czułem ból.

16: You made a fool out of you, Boy, she's bringing you down,

*18 Wrzesień 2015*
Katherine:

Piątkowy poranek. Siedziałam przy oknie w samochodzie Chrisa. Chłopak obudził mnie dziś rano słowami "Jedziemy. Zobaczymy gdzie, ale muszę cię mieć tylko dla siebie". Jechaliśmy w ciszy ciesząc się dopisującą pogodą. Omijaliśmy rzędy drzew. Chris uśmiechnął się w moją stronę po czym nacisnął przycisk, włączając radio.
-Mamy słoneczny dzień w Virgini-odezwał się mężczyzna w radiu-wygląda na to, że szykuje nam się wyjątkowo słoneczny weekend. Mamy wiadomość od widza. Simon przesyła pozdrowienia dla swojego przyjaciela. My również przesyłamy pozdrowienia i specjalnie dla was. Bad w wykonaniu Michaela Jacksona.
Uśmiechnęłam się do chłopaka i jakieś pięć minut później zaczęliśmy się wygłupiać do piosenki.
-Hej poczekaj-zaśmiałam się wyciągając telefon. Chris przyciszył radio-Mam wiadomość na poczcie głosowej
-Od kogo?
-Stefana...
-Przecież widzieliśmy go jeszcze 10 minut temu.
-Może zostawiliśmy torbę?
-Otwórz-powiedział, a ja włączyłam nagranie:
-Katherine-usłyszałam zdyszany głos Stefana. Musiał biedź. Słyszałam dźwięk łamanych gałęzi- Przyjaciele Pierce próbują mnie zabić-chwila przerwy wypełniona jego dyszeniem-Słuchaj. Wiem, że Damon to prosty dupek, ale...to mój brat...i kocham go...jeśli coś by się działo, pomóż mu. Choćby tylko jeden raz. On...on po prostu zabłądził-powiedział, a potem jęknął. Spojrzałam na siebie z Christianem i już mieliśmy zawracać gdy w naszą oponę trafił pocisk, a w tył wjechał bus. Żadne z nas nie widziało wcześniej pojazdu, albo nie zwróciliśmy na niego uwagi. Zaparłam się. Wszystko nagle w moich oczach zwolniło. Drzewo na które zostaliśmy naprowadzeni. Tłuczone szkło. Dźwięk łamanego karku Chrisa oraz przerwana piosenka. Zasłoniłam twarz przed odłamami szkła. Wszystko wróciło do normy gdy wystrzeliła poduszka powietrzna. Cisza. Przez chwilę tylko siedziałam wdychając gwałtownie powietrze. Moja chwila spokoju nie trwała jednak tyle ile oczekiwałam. zostałam złapana za ramię i wyciągnięta na asfalt. Z odchyloną do tyłu głową dałam się zaciągnąć do samochodu, który zabił Christiana. Już na niczym mi nie zależy.
Damon:
Patrzyłem szczęśliwy jak Katherine zostaje wleczona do samochodu. Od uśmiechu zaczęła boleć mnie twarz, a jednak nie mogłem przestać. Miałem rację co do Herondale. Szkoda, że Stefan nie przejrzał na oczy zanim jego "najlepsza przyjaciółka" go zabiła. Pojazd wjechał w las, a kilka innych osób zaczęło zajmować się autem Christiana, które pewnie wrzucą do rzeki. Odwróciłem się dumny z siebie obejmując uśmiechniętą wampirzycę na środku pustej drogi.
-Teraz możemy być razem-uśmiechnąłem się szczęśliwy.
-Oj kochanie-położyła rękę na moim policzku-...Jesteś bardziej naiwny niż się spodziewałam
-...nie umierasz-nagle zdałem sobie sprawę z tego jaki byłem głupi.
-...jestem bardziej żywa niż zwykle-wbiła mi strzykawkę w udo. Ostre ukłucie bólu. Nie musiałem się długo zastanawiać nad zawartością. Wstrzyknęła mi jad wyciągnięty siłą od jakiegoś nieszczęsnego wilkołaka-...w przeciwieństwie do ciebie.
-Zabiłaś Stefana-warknąłem kucając na ziemi, a ona odrzuciła włosy na plecy
-Nie chwaląc się-skręciła mi kark
***
-Koledze potrzebna pomoc?-usłyszałem nieznany głos. Powoli otworzyłem oczy. Było ciemno. Mogłem usłyszeć zwierzęta biegające między drzewami. Po tym wszystkim co tu zaszło nie było śladu.
-Kim ty niby do ch*lery jesteś?-mruknąłem patrząc na pochylającego się nade mną bruneta
-Ashton, a to nie wygląda najlepiej-wskazał na ugryzienie
-Znasz mnie?
-Nie, kolego...po co leżysz na ziemi?
-Sądzę, że to nie twoja sprawa
-Więc chcesz sobie jeszcze poleżeć?
-..Nie...
-Ehhh-teraz zauważyłem jak irytujące jest wzdychanie. Wziął mnie pod pachy wlekąc do swojego samochodu. Przez chwilę współczułem Herondale, a potem mi przeszło. Położył mnie na tylnym siedzeniu.
-Gdzie cię zawieźć Salvatore?
-Skąd mnie znasz?
-Podsłuchiwałem ciebie i Pierce...jakieś dwa tygodnie temu. Owinęła sobie ciebie wokół palca.
-Taaa
-A poza tym, to twój brat zarywa do mojej dziewczyny. To gdzie?
-...Zarywał..-powiedziałem smutno
-Co się stało?
-Nawaliłem.
-Widzę
-Widziałeś całą akcję?
-Ze szczegółami-spojrzał przez ramię ze złośliwym uśmiechem, a ja nagle poczułem chęć zemsty.
-Co zrobili z dziewczyną?
-Zawieźli na seryjkę badań-powiedział zapinając pasy i odpalając silnik po czym zaczął się poprawiać we wstecznym lusterku-Ty wymyśliłeś plan porwania dziewczyny?
-Yup...wiesz co robi Pierce?
-Nie powinienem wydawać byłych współpracowników. To nieetyczne.
-Mów-warknąłem. Miałem dość zwodzenia.
-...Stara się-powiedział sięgając do schowka i rzucając we mnie torebką krwi-pozbyć ograniczeń, które mają inne wampiry. Nie chce się palić na słoneczku itd. A jej pomocnicy naiwnie wierzą, że się z nimi podzieli swoimi efektami.
-No bywa
-Ty jesteś tego przykładem. To gdzie jedziemy?
-Muszę ją znaleźć...
-Po co ?
-...dla Stefana-przekonałem sam siebie
-...po co ? I tak umrzesz, a twój brat już jest martwy.
-Muszę. Ją. Znaleźć!
-Nie. Nie musisz. Podyskutujecie o tym w piekle.
-MUSZĘ JĄ ZNALEŹĆ!...Potrzebuję czarownicy. Znasz jakąś?
-Ona cię nie uleczy.
-Nie chcę tego...chcę wydostać Katherine.
-Lissa...mieszka niedaleko...-powiedział od niechcenia.
-Zabierz mnie tam!
-Zamknij ryj-warknął wjeżdżając na drogę

15: She is a stranger, You and I have history,

Damon:
Patrzyłem jak odchodzi. Byłem wdzięczny niebiosom, że nie muszę dłużej na nią patrzeć. To była jedna z nielicznych osób, które samą egzystencją podnosiły mi ciśnienie.
-I jak?-zapytała Pierce pojawiając się przede mną. Nie wiem po co zadała to pytanie, w końcu wszystko słyszała.
-Ma narzeczonego
-Nawet się nie starałeś-zmarszczyła brwi. Czasami potrafiła swoim zachowaniem przypominać dziecko, któremu mam nie dała cukierka, ale jak mogę jej nie kochać? Razem możemy być niezniszczalni, a nasza miłość będzie nieśmiertelna. Pochyliłem się, aby pocałować ją w czoło, a ona przejechała po moim policzku paznokciami-Miałeś ją w sobie rozkochać, a nie uciąć krótką pogawędkę.
-Ehhh
-Przestań wzdychać-warknęła-Nie umiesz się normalnie wysłowić?
Spojrzałem na nią wzrokiem wyrażającym złość i smutek.
-Eghh. Nie powinnam się denerwować-położyła rękę na swoim czole- Potrzebuję jej...jeśli naprawdę przeżyła prawie dwa wieki nie będąc wampirem...
-Po co ?
-Słucham?
-O niczym nie wiem. Chcę wiedzieć chociaż po co ci ta smarkula.
-Dowiesz się nie długo.
-Wolałbym wiedzieć teraz.
-...umieram-odpowiedziała patrząc mi w oczy
-...c.co?-zająknąłem się przytulając ją do siebie-Zrobię to. Daj mi czas.
-Czas o który prosisz ucieka...idź do niej.
-Już-powiedziałem biegnąc za Herondale, która przechodziła między drzewami omijając przeszkody typu gałęzie, pieńki, przewalone drzewa. Wyszła na piasek nad jeziorkiem.
-Hej!-krzyknąłem do niej.
-Serio?-jęknęła- znowu ty?
-Tak-dobiegając do niej. Szliśmy powoli ramię w ramię-Może opijemy twoje zaręczyny?
-Ummm po co ?
-Próbuję być miły
-Szok, zdziwienie, niedowierzanie-powiedziała sarkastycznie.
-To?
-Sądzę, że powinieneś spróbować być miły dla brata.
Nie chce mnie znać. Więc jak?
-Nie żeby co, ale pierwsze wrażenie jest bardzo ważne...a twoje nie należało do najlepszych.
-Można to naprawić.
-Słuchaj Salvatore-odwróciła się w moją stronę-Może jestem głupia, że ci to mówię, ale nikt nie wie, że tu jestem. Co by było gdyby Christian zobaczył nas razem na mieście?
-Na pewno byłoby zabawniej gdyby zobaczył nas razem w łóżku-powiedziałem powstrzymując się od wzdrygnięcia się na myśl, że mógłbym ją chociaż przytulić.-a tak na serio...kogo to obchodzi?
-Mnie obchodzi. Miłego dnia-warknęła
-...miłego...
Poszła, a ja poczułem za sobą obecność Pierce, która pojawiła się jak Katherine zniknęła za drzewami.
-Nie denerwuj się-powiedziała podchodząc bliżej-Gorzej ci wtedy idzie myślenie.
-Dostaniesz ją-warknąłem wściekły na Herondale.
-Musisz przyprowadzić ją siłą
-Zrobię to
-Stefan Cię znienawidzi-uśmiechnęła się kładąc ręce na mojej klatce piersiowej
-Liczysz się tylko ty. Nie chcę patrzeć jak umierasz
-A ja nie chcę abyś kłócił się z bratem-zrobiła smutną, niewinną minę.
-On to najmniejszy problem.
-Damonie, Znajdę inny sposób. Stefan nie będzie na ciebie zły, a ja nie będę umierać...Nie mogę pozwolić abyś miał złe stosunki z bratem
-Ile masz czasu?
-Wystarczająco. 

14: Truth be told I miss you. Truth be told I'm lying

Katherine:
Powinnam teraz siedzieć, w dużej klasie od biologii, na twardym krześle przy ławce ruszającej się przez chłopaka siedzącego obok mnie, który rysował coś w tajemnicy przed wszystkimi z wystawionym językiem, który pewnie w jakiś sposób mu pomagał. Zamiast tego postanowiłam założyć moje ocieplane leginsy, bluzę, zabrać torbę i pójść do lasu. Do tej części gdzie nie było żadnej ścieżki, wyznaczonej trasy i co ważniejsze ludzi. Zawiesiłam tarczę na drzewie po czym z małej kieszonki wyjęłam moją starą, ale nadal niezawodną, mp3. Włożyłam słuchawki do uszu szukając odpowiedniej piosenki. Padło na Fall Out Boy.
-Coming in unannoucend, drag my nails on the tile-zaśpiewałam cicho pod nosem wiążąc moje włosy w kitkę. Wyciągnęłam łuk oraz strzały.


Damon:


Wreszcie znalazłem Pierce. Leżała w moim domu na kanapie,niczym rzeźba etruska popijając mój bourbon.
-Znów cię widzę Damonie-powiedziała jakby było nietypowym to, że jestem w moim domu. Jednak jedyne o czym teraz myślałem to o tym czy uda mi się rozerwać jej ciuchy szybciej niż ostatnio-...ciężka noc?
-Kłótnia z bratem-odpowiedziałem tracąc ochotę na cokolwiek. Mój brat był okropnie uparty i na dodatek głupi. Podszedłem do stoliku biorąc czystą szklankę i nalewając do niej resztkę alkoholu.
-Bratem?-uśmiechnęła się szczerze. Zabolało. Mimo wszystko myślała również o Stefanie, a przecież to ja byłem na każde jej zawołanie. Spojrzałem na nią przez ramię, starając się zignorować jej reakcję na wspomnienie młodszego Salvatore.
-Tak...Nienawidzę jego koleżanki
-O to się pokłóciliście ?-powiedziała z obojętną miną patrząc na resztkę bourbonu w swojej szklance.
-Tak-spuściłem wzrok patrząc na swoją szklankę-Znają się od czasów dzieciństwa...
-Jest wampirem?-przerwała mi
-Nie...przynajmniej nic nie wyczułem.
-Jak się nazywa?
-Katherine Herondale. Nasze matki się przyjaźniły.
-To ona?
-Znaczy?-ponownie spojrzałem w jej stronę nie rozumiejąc.
-To ta Katherine, która przyjęła zaręczyny, które twój ojciec złożył w twoim imieniu-powiedziała naciskając na "twój" i "twoim"
-Skąd o tym wiesz?
-Słonko-wstała z uśmiechem po czym oplotła ręce wokół mojej szyi. Mógłbym wskoczyć dla niej pod pociąg, byle żeby zawsze patrzyła na mnie w ten sposób. Zaczęła szeptać mi do ucha niemal przykładając do niego swoje usta-ja wiem wszystko. Wiem, że pierścionek, który mi dałeś, zabrałeś z jej ręki i to właśnie go dostała na zaręczyny-pokazała mi pierścionek, którego oczko dawno zamieniła na lapis lazuli-Mam go bo świadczy o tym jak bardzo mnie kochasz.
-Jak szalony-pochyliłem się w jej stronę, a ona położyła palec na moich ustach
-Dlatego naprawdę boli mnie myśl o tym, że muszę się z kimś Tobą podzielić.
-Słucham?
-Katherine może nam się przydać. Musisz ją w sobie rozkochać.
-Wie o tym, że próbowałem ją zabić w 1861 roku...i nie tylko...
-Potrzebuję jej Damonie...poza tym...przyjęła Twoje zaręczyny. To coś znaczy.
-Nie chcę mieć z nią nic wspólnego.
-Damonie-warknęła Katherine przez zaciśnięte zęby-To sprawa życia lub śmierci. Potrzebuję jej.
-Ma chłopaka.
-Dasz radę-poklepała mnie po ramieniu odsuwając się.
-No dobrze-powiedziałem niechętnie
-Tak trzymaj.
*1851*
Stefan siedział na ulicy patrząc jak konnica przewozi kolejną parę. On sam czekał na swoją mamę, która robiła zakupy. Uderzając kijkiem o podłoże rozglądał się obserwując ludzi i wtedy ją zobaczył. Katherine stała po drugiej stronie ulicy ze swoją mamą. Trzymała na ręce motylka, który chodził po jej dłoni aby później odlecieć. Niebieska sukienka delikatnie powiewała na letnim wietrzyku. Jej włosy były splecione w warkocz, który podkreślał jej niewinność i dziewczęcą buzię.
-Dlaczego nie idziesz się pobawić z Katherine?-spytała Lilly pochylając się do swojego synka.
-Bo-zaczął chłopiec spuszczając wzrok-Bo Damon mówi, że dziewczynki nie powinny zachowywać się jak chłopcy.
-Oh daj spokój. Katherine jest bardzo dziewczęca, choć ma trochę nietypowe zainteresowania. Twój brat jest omamiony przez ojca, nie ważne jak długo by się tego wypierał i na pewno jest zazdrosny, bo on nie ma takiej przyjaciółki.
-Już nie mam.
-Wszystko da się naprawić.
-Naprawdę?-podniósł głowę z nadzieją w oczach.
-Tak-uśmiechnęła się do niego ciepło.              
Stefan wstał biegnąc do swojej przyjaciółki, która odwróciła wzrok w jego stronę ze smutkiem w oczach. On jednak dalej biegł w jej stronę pełen entuzjazmu.
-Witaj Katherine-zaczął lekko uśmiechając się do dziewczyny.
-Witaj-odpowiedziała nie patrząc mu w oczy
-Mama mówi, że Damon nie ma racji.-uśmiechnął się nie mogąc ustać w miejscu ze szczęścia.
-Cieszę się, ale sądzę, że twój brat jednak ma rację.
-Nie ma.
-Przepraszam, ale powinieneś znaleźć sobie normalnych znajomych-po jej policzku poleciała łza.
*2015*
Katherine:
Podeszłam do tarczy wyjmując strzały. Powiał zimny wiatr przez, który na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka. Wyjęłam słuchawki chowając je do kieszeni
-Błagam. Po prostu milcz. Nie mam dziś cierpliwości-powiedziałam odwracając się do Damona, który pojawił się za mną razem z wiatrem.
-Okay
-...Nie zamierzasz tu stać...prawda?-spytałam zmarnowana.
-Właściwie-wampir uśmiechnął się złośliwie-chciałbym spędzić z tobą czas.
-Błagam nie. Znajdź kogoś innego. Nie mam ochoty spędzać z Tobą czasu...nigdy...
-To nie miłe-zrobił obrażoną minę, a ja poczułam się jeszcze bardziej zmęczona.
-Co cię napadło?
-Nic.
-Więc co tu robisz?
-Chyba, źle zaczęliśmy.
-...Przypomniało ci się o tym 173 lata po fakcie ?
-Ale przypomniało-uśmiechnął się złośliwie
-Gratuluję.
-Nie ufasz mi?
-Nie to, że nie ufam. Zwyczajnie nie jestem głupia.
-...Stefan bardzo Cię lubi- powiedział, a ja ominęłam go siadając na trawie pod drzewem. Ku mojemu zdziwieniu on również usiadł- I wymaga ode mnie tego samego.
-Nie, słońce...On tylko chce, żebyś dał mi święty spokój. Nie musimy się dogadywać, wystarczy szacunek...albo nawet lepiej. Moglibyśmy nie wchodzić sobie w paradę. Jeśli to wszystko możesz iść.
-Chcę wiedzieć co Stefan widział w tej przyjaźni.
-Wsparcie.
-...aha
-No, a teraz łaskawie ssss-zaczęłam powstrzymując się od użycia słowa "spi*rdalaj". Zacisnęłam oczy marszcząc nos-super by było gdybyś zabrał stąd swoją osobę.
-Nie. Nie zamierzam
-Okay-pokiwałam głową wstając-To ja pójdę
-Nie!-poderwał się.
-...tak...
-Możemy się lepiej poznać.
-Bo nie chcę cię poznać.
-Jestem ciekawą i pociągającą osobą
-A ja mam pociągającego narzeczonego.-uniosłam brew przechylając głowę na bok.
-Co?
-Nie ważne-powiedziałam zabierając tarczę i idąc do torby-nie twój interes.
-Chris wie?-spytał idąc za mną, a ja odwróciłam się w jego stronę unosząc tym razem obie brwi.
-On nim jest-powiedziałam beznamiętnie.
-...Wie?
-Tak. Nie naćpałam go, żeby mi się oświadczył!
-Ile się znacie?
-Rok
-Mało
-Zdaje mi się, że to nie ty wychodzisz za mąż...ughh za dużo mówię.
-Byłaś kiedyś wampirem?
-...nie...
-To jak do ch*lery przeżyłaś 173 lata?
-To-wskazałam na niego palcem-to już absolutnie, nie jest Twoja sprawa.
-Chcę wiedzieć!
-Zachowujesz się jak dziecko-pokręciłam głową wracając do pakowania
-Mów.
-Nie twój interes.
-Słoneczko.
-Nie mów tak do mnie-powiedziałam przerzucając torbę przez ramię. Damon złapał mnie za rękę przyciągając i patrząc na delikatny pierścionek ze skupioną miną. Promienie słońca odbijały się od diamenciku okrągłego szlifu otoczonego mniejszymi kamieniami osadzonymi w białym złocie.
-Kiedy Ci się oświadczył?-spytał nagle
-Wczoraj.
-Jak?
-Kolacja-skłamałam nie chcąc się rozwijać. Choć właściwie kolacja też była częścią wieczoru.
-Klasycznie.
-Ale działa-uśmiechnęłam się. Wampir patrzył się jak zahipnotyzowany na pierścionek-Coś nie tak?...Damon!
-Potrzebujesz pomocy w wyborze sukni?
-Mam przyjaciół i rok do ślubu. Dlaczego się tak patrzysz?
-A nie mogę?-podniósł wzrok patrząc mi w oczy
-Możesz, ale dlaczego cię to tak pochłonęło?
-Powiedzmy, że lubię zbierać informacje-powiedział puszczając moją rękę
-...Zaczynam się bać...
-Ehhh
-I dlaczego ciągle wzdychasz?
-A dlaczego ty ciągle zadajesz pytania?
-Żeby wybadać na czym stoję.
-...-włożył ręce do kieszeni patrząc się w moje oczy
-...tsaa-zaczęłam iść w stronę domu

13: Even though I've got a broken heart At least I got my friends

Stefan:
Wściekły wyszedłem z domu. Damon mnie wkurzył. Bardzo! Wsiadłem na swój motor jadąc w miasto, bez celu. Tylko żeby czuć wiatr i usłyszeć ryk silnika, który zagłuszał pytania w mojej głowie: "Dlaczego Damon nienawidzi Katherine?". Gdy się zatrzymałem byłem już poza miastem. Odwróciłem głowę rozglądając się. Zobaczyłem dom trochę dalej. Podjechałem do niego niepewnie pukając. Była 23, a ja mogłem obudzić ją i całą jej rodzinę.
-Chwila-krzyknęła. Szybkie kroki zbiegania po schodach. Kilka w kierunku drzwi i otworzyła owinięta ręcznikiem
-Stefan? Co tu robisz?
-Em. Sam nie wiem..przepraszam
-Nic się nie stało. Wejdziesz?
-Jasne-uśmiechnąłem się przechodząc przez próg i wchodząc do korytarza po prawej znajdowały się schody, na przeciwko kuchnia, po lewej framuga oddzielająca salon od reszty domu. Tuż obok drzwi, po mojej prawej znajdowała się mała kanapa do założenia i schowania w niej butów-Przeszkadzam ?
-Trochę, ale trudno. Poczekaj chwilę.Usiądź w salonie
Pobiegła na górę, a ja zająłem miejsce na kanapie wsłuchując się w piękny wianuszek przekleństw jakich używała dziewczyna. Po wejściu do dużego salonu można było zobaczyć telewizor wiszący na przeciwnej ścianie, nad drewnianymi komodami. Beżowe ściany ocieplały wnętrze i współgrały z jasną kanapą, stojącą po mojej prawej i zestawem mebli. W pokoju odkryłem kolejny portal prowadzący do jadalni. Lissa 10 minutach zeszła w spodniach i bluzie
-Coś się stało?-spytała zajmując miejsce obok mnie
-Nie. Mamy z bratem inne poglądy na pewne sprawi i często się o to kłócimy, a u ciebie?
- Nic ciekawego odkąd wróciłam. Chcesz coś do picia?
-Nie, dziękuję.
-Okay...to ten..-zaczęła bawić się swoimi palcami.
-Może powinniśmy się umówić? Na spotkanie? W normalnej sytuacji i warunkach?
-Jasne-uśmiechnęła się, a ja odwzajemniłem gest-Co chcesz robić?
-Znaczy?
-Oglądać film? Jeść? Gadać?
-Nie chcę cię męczyć
-Okay to obejrzymy gwiezdne wojny. Nigdy nie widziałam.
Zaśmiałem się, a ona pociągnęła mnie na górę
****
Siedzieliśmy na jej łóżku jedząc ciastka i rozmawiając o wszystkim i nie zwracając uwagi na film. Tu kolorystyka była inna. Ciemnoszare ściany i biały zestaw nowoczesnych mebli. Od drzwi pod ścianą komoda, łóżko (leżące równolegle ze ścianą i stykające się równolegle z drugą). Obok poduszki stał stolik nocny, następnie biurko. Resztę pokoju zajmowały  poduszki do siedzenia i inne ozdoby.
-A więc skoro temat o twoim bracie mamy już za sobą chcę Ciebie poznać. Chcę wszystko wiedzieć-uśmiechnęła się siedząc po turecku i opierając na ramionach.
-Okay...zacznijmy od rodziny
-Moi rodzice nie żyją. Mam tylko brata. Potrafimy się tylko kłócić
-Jak każde rodzeństwo-wzruszyła ramionami
-O Kath
-Aaaa...jesteście w niej zakochani?
-Nie! To tylko przyjaźń, której on nie toleruje, bo Kath nie zachowywała się jak typowa dziewczynka. Lataliśmy za sobą z kijkami po lesie. On sam natomiast pomagał mamie w robótkach ręcznych. Ja też nie widzę tu logiki.
-Co złego w tym jak się bawiła? Mnie kuzyn nazywał małpą bo wspinałam się wyżej niż on.
-Nie wiem.
-I po tych kilkunastu latach jeszcze jej nie lubi?
-Yhym, a twój kuzyn..pewnie był zazdrosny, rozumiem go, ja nie potrafiłem się wspinać.
-Problem w tym-zaśmiała się-, że on jest dwa lata starszy. Kiedy miałam pięć lat wspinałam się wyżej niż 7 latek.
-I jeszcze byłaś dziewczyną, a wiem, że u większej ilości facetów...
-U Damona?-przerwała mi
-...Tak...dziewczyny mają tylko ładnie pachnieć.
Przewróciła oczami
-Niech zrozumie, że jest XXI wiek! Teraz dziewczyny nawet zajmują się boksem, a czasem są silniejsze niż dwóch napakowanych chłopaków
-Dokładnie...Katherine pokonałaby Damona. Powstrzymuje się ze względu na mnie, a Damon to wykorzystuje....Nawet nie wiem czy jest świadomy tego, że ona tylko się daje. Pyskuje mu...kiedyś coś w niej pęknie
-A Damonowi pęknie nos?
-Oby tylko-zaśmiałem się
-Hah...oprócz wkurzającego brata...powiesz coś jeszcze?
-Chyba właśnie zyskałem nową wartą uwagi przyjaciółkę
-Hmmm...Ciekawe kim ona może być-zaśmiała się
-To mój sekret
-A tak oprócz tego? Co możesz o sobie powiedzieć?
-Lubię strzelać...zwłaszcza z 19 wiecznej broni...choć nie była aż tak precyzyjna...a co Ty opowiesz o sobie?
-Mhm-uśmiechnęłam się lekko
-A co Ty opowiesz o sobie?
-Hmm...Nie mam wkurzającego rodzeństwa, ale za to mam rodziców, którzy mają mnie w dupie. Mam jedną przyjaciółkę oraz przyjaciela...Jakiegoś...Nie wiem kogo, ale nie chce się odwalić-wzruszyłam ramionami- I nie wiem co....
-Mówisz o mnie?
-Gdybym mówiła to byś tu nie siedział.
-Yhym...Rozumiem. Współczuję, ale dasz sobie radę
Uśmiechnęła się.
-Jasne
-Oczywiście-odwzajemniłem gest uśmiechając się szerzej niż przed chwilą
-...To...O czym teraz rozmawiamy?
-Nie wiem....ja nie wiem...
-Okay...
-...Może kiedyś uda nam się obejrzeć ten film.
-Może kiedyś
-Hah...
-Nie zręcznie się trochę zrobiło-zauważyła patrząc na mnie jakby próbowała wyczytać coś z mojej mowy ciała lub wzrokiem zmusić mnie do tematu.
-...Racja
-...Skąd wiedziałeś, że to ja siedzę z Kath na matmie? Nigdy mnie wcześniej nie widziałeś...
-Kath mówiła, że szkoła jest okropna, a dziewczyna siedząca obok niej, dodała, że chyba Lissa, zerka na nią jakby miała brodę.
-Oł...Przyglądałam się jej bo wydaje się być dziwna. Zamyślona. Jakby była w innym świecie...Nie zwraca jakoś uwagi na to co mówią nauczyciele...jest tajemnicza.
-No jest...
-Właśnie. Dlatego się na nią patrzę...a tak poza tym fajnie się też ubiera-wzruszyła ramionami
-Ty też-uśmiechnąłem się do niej, a ona ponownie wzruszyła ramionami
-Faceci patrzą na to inaczej niż dziewczyny.
-...okay, ale jak dla mnie ładnie się ubierasz...
-Dziś widziałeś mnie pierwszy raz. Skąd możesz to wiedzieć?-zaśmiała się co mnie trochę uspokoiło.
-...ładnie się dziś ubrałaś.
-ALe ty to zniszczyłeś oblewając mnie drinkiem, ale dziękuję
-Przepraszam, to był wypadek-chyba nigdy nie byłem tak spięty- na swoją obronę mam to, że odpłaciłem ci to podwózką oraz, mam nadzieję, miłą pogawędką.
-Niech ci będzie-odpowiedziała. Ta dziewczyna nie lubiła nie mieć racji. Na rozluźnienie atmosfery wykonałem trik mojego brata. Puściłem jej oczko i zadziałało. Lissa uśmiechnęła się lekko rumieniąc. Telefon na stoliku nocnym cicho zadzwonił. Wzięła go do ręki po czym przewracając oczami odłożyła go na swoje miejsce.
-Coś nie tak?
-To tylko Smith. Uparty pies. który nie chce się odczepić. Wspominałam o nim.
-Pies?-spytałem marszcząc brwi
-Emmmm...Tak go nazwałam-zaczęła kręcić, a ja przechyliłem głowę na bok nadal marszcząc brwi- Sama nie wiem czemu -ponownie wzruszyła ramionami-Wydawał się być okay, ale potem mnie śledził i...-urwała zastanawiając się nad zakończeniem zdania
-To nie dobrze-ułatwiłem jej zadanie
-Taaa
-Może zawiadom to policji
-Mój tata jest policjantem. Mam nadzieję, że odpuści, ale jeśli nie to na pewno powiem o tym tacie.
-Bardzo dobrze. Ten facet może być niebezpieczny.
-Jak będzie chciał mi coś zrobić dam sobie radę-powiedziała niezwykle pewna siebie.
-Mam nadzieję. Nie chcę aby coś stało się mojej nowej znajomej-uśmiechnął się
-Nie stanie-puściła mi oczko uśmiechając się
-Mam nadzieję-odwzajemniłem gest.
-Możesz być tego w 100 procentach pewny
-Cieszę się
-Ja też.