31: Hold me tight or don't

***
Poszłam do sklepu całodobowego. O 23 byłam w nim sama, a przynajmniej tak mi się wydawało.  Przez słuchawki w moich uszach nie usłyszałam podkradającego się do mnie Damona. Przez pewną chwilę nadal sprawdzałam ile mięsa jest w mięsie.Wpadłam na niego odwracając się
-Wyglądasz jak wystraszony kociak-uśmiechnął się.
-Dziękuję, kotki są urocze.-odpowiedziałam zdezorientowana. Oparł się o półkę zamykając mnie między jego ramionami.
-Nie powinnaś być w domu?
-Nie powinieneś się odsunąć? Znów mnie śledzisz?
-Możliwe-złapał mnie za brodę.
-Nie mam już siły, wygrałeś. Możesz iść ze świadomością, że udało ci się mnie złamać.
-Nie. I powiem Ci, że złamanie cię nie było moim głównym celem.
-Czego ty chcesz?
-Czegoś-przerwał na chwilę aby kontynuować-ale po co mam mówić skoro w końcu sama się dowiesz. Jeśli przyjmiesz moje zaproszenie.
-Jakie zaproszenie?
-Do mnie-uśmiechnął się-Na drinka.
-Nie, dziękuję. Odsuń się-ściągnęłam jego rękę z mojej brody.
-Czemu nie?
-Bo nie mam zamiaru udawać, że cię lubię.
***
Damon:
Nie pamiętam kiedy zasnąłem, ale to musiał być sen.
-Damon-powiedział Stefan stojąc w salonie naszego ojca. Wszystko było wyciągnięte z czasu gdy ja i on byliśmy jeszcze dziećmi. Jedynym nie zgadzającym się elementem były nasze ubrania.
Mój brat wskazał mi miejsce które miałem zająć. Zamiast tego szybkim krokiem pokonałem dzielącą nas odległość przytulając go do siebie.
-Stefan-szepnąłem
-Spokojnie.
-Przepraszam.
-Nie wiń się. Jest dobrze.
-Co tu robisz?
-Chcę ci powiedzieć, że masz dać spokój dziewczynom. Wiem, że potrzebujesz kogoś kim będziesz mógł się opiekować, przez do, że bierzesz na siebie odpowiedzialność za moją śmierć, ale nie możesz ich traktować tak jak traktujesz. Dajesz sprzeczne sygnały.
-Jeśli to zmienię, będą chciały to wykorzystać.
-Nikt nie chce cię wykorzystać. Pomogą ci jeśli cię polubią. Sam wiesz.
-Pomagały mi ze względu na Ciebie.
-Więc zrób coś żeby robiły to ze względu na Ciebie.
-Wątpię aby kiedyś do tego doszło.
-Nie dadzą ci szansy jeśli sam jej sobie nie dasz. Sam się skreślasz. Idź do nich.
-I co mam powiedzieć? Liss jest gotowa mi coś zrobić.
-Wytłumacz im wszystko.
-Nie uwierzą.
-Jeśli chcesz się poddać nie dam rady zmienić twojego zdania. Ale jeśli dasz za wygraną, bardzo dużo stracisz-odsunął się ode mnie zakładając płaszcz-powodzenia braciszku-wyszedł zamykając za sobą drzwi.
W tym momencie otworzyłem oczy i ujrzałem moją sypialnię. Zegar wybił pierwszą w nocy. Zerwałem się na równe nogi ubierając się.
-Cholerny Stefan, jego cholerne przyjaciółki, ten cholerny zegar-mruczałem walcząc z paskiem.
***
Będąc pod domem Lissy poszedłem na tyły gdzie miała pokój. Miała zapalone światło. Wskoczyłem na parapet stukając w okno, które po chwili się otworzyło
-Damon? Czego ty chcesz?
-Mogę wejść?
-Po co?
-Bo dziwnie wyglądam balansując na parapecie, a to co chcę powiedzieć może trochę zająć.
-Możesz mówić tu.
-Dobrze. Wiem, że przepraszam nic nie da, ale sądzę, że powinnaś wiedzieć o tym, że...-odetchnąłem zbierając słowa-Że cieszę się, że Stefan miał taką przyjaciółkę, jestem ci wdzięczny za pomoc. Nie jestem dobrą osobą. Nigdy nie będę jak Stefan, o czym przypominam na każdym kroku.
-I na dodatek wszędzie jest cię pełno.
-Nie obroniłem Stefana. Chcę chociaż mieć na oku jego przyjaciółki.
-Odkupujesz tak swoje winy?
-Tak, przynajmniej taki był zamysł, choć zraziłem do siebie bardzo dużo osób.
-Racja.
-Pewnie chcesz żebym się gonił. Wiem, nie zasługuję na łaskę.
-Każdy zasługuje na przebaczenie, ale ty przesadzasz często.
-To...chyba już pójdę.
-Dobry pomysł.
Zeskoczyłem wracając do auta.
-Mówiłem Stefan to nie wypali-mruknąłem trzaskając drzwiami-Żebyś nie myślał, że po tym pojadę do Katherine. Nie będę się przed nią płaszczył-warknąłem
***
Katherine otworzyła drzwi okryta szarym kocem. Patrzyła na mnie z przymrużonymi oczami i włosami w nieładzie.
-Damon-ziewnęła-Wiesz, która jest godzina?
-Tak, wiem.
-Tyle dobrego.
-Mogę wejść?
Pokiwała głową otwierając szerzej drzwi. Usiedliśmy razem na kanapie. Zacząłem powoli zwierzać się z tego jak bardzo jej nienawidziłem, ale chciałbym zacząć od nowa gdy zobaczyłem, że powoli zamykają jej się oczy.
-Kath słuchasz?
-Yhym-otworzyła oczy-Mów dalej
-Może idź spać. Jutro porozmawiamy.
-Nie, nie. Słucham.
-Na pewno?
-Yhym
-Okay. Wiem ile razy cię skrzywdziłem. Wiem jak musiałaś to przeżywać.
-Bez przesady.
-Słucham?-zdziwiłem się patrząc jak ponownie zamyka oczy
-Wszystko jest okay
-Nie, nie jest. Nienawidzicie mnie, a ja...ja nie chcę być kompletnie sam...znowu...
-Wszystko jest w porządku
-Żartujesz sobie.
-Jestem absolutnie poważna.
-Dziękuję-uśmiechnąłem się
-Czego chciałeś w sklepie?
-Pogadać. O tym.
-To dobrze.
Wstała z zamkniętymi oczami
-Odnieść cię do łóżka?-spytałem
-Nie, chcesz zostać na noc? Możesz spać na kanapie.
-Jasne.
-Przyniosę ci kołdrę...i tak dalej
***
Rano otworzyłem oczy. Minęła chwila zanim przypomniałem sobie gdzie jestem. Podniosłem się rozglądając po pomieszczeniu. Katherine była w kuchni robiąc bóg wie co z patelnią.
-Katherine?
-Tak?
-Co ty robisz?
-Naleśniki-stanęła w progu-Jesz ludzkie jedzenie czy jesteś ponad to?
-Niestety musisz zjeść je sama-uśmiechnąłem się
-Nie ma problemu-ponownie stanęła przy patelni
-Jakieś plany na wieczór?
-Ognisko, a twoje?
-Myślałem, że będziesz chciała wyskoczyć ze mną do baru.
-Nie tym razem.
-Z kim idziesz na ognisko?
-Z Lissą, Ashtonem i jego dziewczyną.
-Ash ma dziewczynę?
-Tak.
-Mogę iść z wami?
-Zapytaj Lissę.
-Dobrze-wyciągnąłem telefon
-Masz jej numer?
-Przepisałem z telefonu Stefana.
-Hmmm?-odebrała zaspana Lissa po 4 sygnałach
-Hej-przez chwilę milczałem-Czy mógłbym prosić przepiękną panią o możliwość uczestniczenia w waszym dzisiejszym ognisku?
Spojrzałem na Katherine siadającą z naleśnikami w fotelu. Patrzyła na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
-Co ty dziś brałeś, Damonie?
-Chciałbym powiedzieć, że jakąś piękną niewiastę, ale niestety.
Katherine z uśmiechem pokręciła głową.
-Hah, możesz iść, ale spytaj jeszcze Kath.
-Zabawne, ona kazała mi spytać Ciebie.
-Mhm, to możesz iść
-Dziękuję.
-Spoko-rozłączyła się
-Dlaczego nagle chcesz zakopać topór wojenny?-spytała Herondale
-Nie chcę być sam.
-Ojej to było urocze, aż mogłabym cię przytulić.
-Możesz.
-Nie chcę-pokręciła głową ze złośliwym uśmiechem.
-Oj chcesz.
-No dobra, ale dlatego, że nalegasz-odłożyła talerz na stolik. Stanęła przede mną gestem ręki karząc mi wstać.
-Jak oficjalnie-podniosłem się i przez chwilę nie mogliśmy się dogadać. Robiliśmy te same ruchy jakby jedno z nas było odbiciem w lustrze.
-Chwilę-zatrzymała mnie w jednej pozycji dopasowując się do niej, aż wreszcie udało jej się mnie przytulić.
-Nie poznaję cię-powiedziałem oddając uścisk
-Bo nigdy mnie nie poznałeś
-No tak-przewróciłem oczami
-No tak, tak.

30: Now that she's back from that soul vacation

Katherine:
W następnym tygodniu ponownie spotkałam się z Lissą. W parku odbywało się przywitanie jesieni. Znalazłyśmy dwa drzewa wystarczająco blisko siebie, abyśmy mogły rozwiesić hamak. Gdy byłyśmy już pewne, że nic się nie rozwiąże usiadłyśmy na po przeciwnych stronach przykrywając się jednym ciepłym kocem. Rozlałam nam do kubków gorącą czekoladę którą przywiozłam w termosie. Na scenie odbywał się pokaz talentów. Na scenie stała dość wysoka dziewczyna śpiewając "you the one that i want". Zaczęłam śpiewać razem z nią z ręką uniesioną do góry. Ruszałam biodrami w prawo i lewo powodując lekkie chwianie się nas obu. 
-Kath, już spokojnie.
-Już już-uśmiechnęłam się.
-Promieniejesz.
-Od tygodnia mam spokój. Nie widzę Damona, a wampiry nie panoszą się po mieście. Cieszę się wolnym.
-Cieszę się.
-...Nie widać-przestałam się uśmiechać-Coś się stało?
-Nie, wszystko jest po staremu...Oprócz tego, że przez większość dnia słyszę od Ash'a "Miranda to...Miranda tamto..."rzygać można. Ma bzika na jej punkcie.
-Lissa...lubisz Ashtona?-uśmiechnęłam się znacząco, a ona podniosła wzrok pijąc ze swojego kubka aby uniknąć odpowiedzi
-Jest moim przyjacielem.
-Iiii?
-I nic więcej.
-Niedawno nie był nawet przyjacielem.
-Ale go lepiej poznałam i się nim stał.
-Nie długo możesz poznać go jeszcze lepiej-uśmiechnęłam się tuptając nogami. Uwielbiam historie miłosne. Te moich znajomych, wydają mi się bardziej realne od książek czy filmów.
-Kath błagam Cię. Między mną, a nim nic nie będzie.
-Jaaasne-nadal uśmiechałam się do kubka.
-On kocha Mirandę geniuszu. Daj spokój Kath-przewróciła oczami- To tak jakbym mówiła, że masz być z...z kim ty byś mogła tu być.
-Aż tak trudno kogoś mi poświęcić?-zaśmiałam się
-Zamknij oczy i wyobraź sobie osobę której nie cierpisz.
-Już-zaczęłam wyobrażać sobie sylwetkę, która zaczęła przybierać dane rysy.
-Na pewno z nim będziesz!- krzyknęła, a ja otworzyłam szybko oczy podskakując.
-Co to było?
-Za głośno.
-Bardzo za głośno.
-Sorka. Coś ci się dziś śniło?
-Że czytałam gazetę w której były zdjęcia potraw. Mogłam włożyć widelec do obrazka i posmakować poszczególnych dań.
-Ale super. Gdyby tak było w prawdziwym świecie jadłabym rano naleśniki z syropek klonowym.
-Prawda? To by było cudowne, a Tobie się coś śniło?
-Damon jest na pikniku.
-Dziwny sen-zmarszczyłam brwi
-Nie sen, ale jak na razie nas nie widział. Wracając do pytania, Stefan mi się śnił. Byliśmy na łące, opowiadał mi, że jest mu teraz lepiej, że tęskni za Tobą i Damonem, ale odkąd tam jest jego życie jest lepsze. Jest szczęśliwy. Wie, że sobie dobrze radzimy i cieszy się, że mamy kontakt.
Łza  spłynęła mi po policzku.
-Piękny sen. Tęsknię za nim.
-Ja też. Może znałam go dzień, ale strasznie go polubiłam.  Można powiedzieć, że pokochałam. Żałuję, że wtedy go nie powstrzymałam jak chciał iść.
-To nie twoja wina. Zabili go następnego dnia. Dobrze, że ciebie wtedy nie było, ciebie też mogliby zabić.
-Byłoby nawet lepiej-wzruszyła ramionami-Przynajmniej nie słuchałabym jak chcesz, żebym była z Ashem.
-Ej przecież mnie lubisz-posłałam jej uśmiech przechylając głowę.
-Lubię...ale czasem jesteś denerwująca.
-Oj tam zaraz-powiedziałam gdy przykryła mnie kocem
-Śpij....Czego ty jeszcze chcesz?-warknęła po chwili do chyba domyślam się kogo.
-Może milej?
-Nie sądzę.
-W każdym razie-odetchnął-Zostaliśmy sami. Wszyscy inni nie żyją. Nie mam zamiaru cię przepraszać. Zwyczajnie nie przejdzie mi to przez gardło. Przejdźmy do momentu po pogodzeniu...Przepraszam, to ta Sophie?
-Tak, ale zasnęła więc nie waż się jej budzić.
-Nie wiem, chętnie bym ją poznał. Mogę jednak poczekać jeśli mi wybaczysz.
-A jak nie to co? Obudzisz ją? Zabijesz? Wiesz, że się zemszczę. Radziłabym sobie iść.
-Zemsta nie przywróciłaby jej życia. Zabawne, że rzeczywiście pachnie jak Katherine.
-Jeśli ją tkniesz nic nie przywróci życia tobie. Idź szukać sobie innych przyjaciół.
-Lissa przecież byliśmy przyjaciółmi.
-Byliśmy! Dokładnie! Ale pokazałeś, że jesteś dziecinnym, egoistycznym, apodyktycznym, dupkiem, który potrafi tylko krzywdzić innych w tym swojego brata.
Wampir zamilkł, a ja otworzyłam buzię w szoku.
-Chciałbym żeby obyło się bez grożenia, ale mnie do niego zmuszasz.
-Odejdź, bo nie będę patrzeć na świadków i coś ci zrobię.
-Stefan by nie odpuszczał-wystawił argument
-Stefan nie musiałby przepraszać.
-Nie był święty-warknął
-Nikt nie jest, ale on rozumiał swoje błędy, ty ich nie rozumiesz.
-Więc mnie oświeć.
-Było ich za dużo, Damon
-Oh na pewno coś uda ci się wydukać.
-Jesteś zapatrzony w siebie. Nie patrzysz na dobro innych, niczyje życie się nie liczy, tylko twoje.
-Uhhh mocne słowa, ale trafne. Szkoda, że odrzuciłaś moją propozycję. Ja poszukałbym sobie żywych przyjaciół...podobno Katherine nie żyje-warknął odchodząc, a Lissa kopnęła mnie w stopę.
-To była groźba?-spytałam
-Nie wiem, przepraszam, nie udało się. Nie dał się nabrać na Sophie.
-Naprawdę świetnie ci szło. Dziękuję....Wiedziałaś, że go nie oszukamy prawda?
Uśmiechnęła się dając mi do zrozumienia, że się rozumiemy.
-Przynajmniej miałaś ten tydzień spokoju.
-Było świetnie, dziękuję. Chciałabyś może jutro przyjść na ognisko? O 18.
-Jasne
-Kupię bułki do hot-dogów...i kiełbaski
-Ok
-...Fajnie nie?
-Mhm

29: Sucker for pain

Lissa:
*16:30*
Siedziałyśmy w kawiarni, przy oknie patrząc na ludzi przechodzących obok
-Gdzie byłaś?-odezwałam się wreszcie skupiając na sobie, na chwilę jej wzrok. Odłożyła filiżankę na talerzyk z cichym westchnięciem.
-Jak najdalej stąd-uśmiechnęła się szybko mieszając wymieszaną kawę.
-Czyli?
-Nie ważne. Jak tam u Ciebie?-spytała oblizując łyżeczkę. Jej łokcie ani razu nie dotknęły stołu.
Wzruszyłam ramionami.
-Więcej czasu spędzam z Ash'em. Tyle się zmieniło.
-To dobrze, cieszę się-spojrzała ponownie skupia na mnie swoje spojrzenie-Chyba.
-Nie jest taki zły, gdy nie jest dupkiem.
-Jak fajny jak nie jest nie fajny...a grunt to ziemia.
-Noo...Wiesz, że gdyby  nie Pierce, nigdy byśmy go nie poznały i może miałby teraz narzeczoną.
-Pierce rozbija związki? Ktoś jej za to płaci czy to tylko hobby?
-Fajnie wiedzieć, że tylko mi nic nie zrobiła
-Cieszę się słońce, ale chyba zapomniałaś o Stefanie.
-No tak-napiłam się kawy-Ale też go długo nie znałam.
-Racja, miło wiedzieć, że kogoś nie skrzywdziła.
Uśmiechnęłam się blado szykując kolejne niewygodne pytanie.
-Co ci zrobił Damon?
-Myślałam, że wszystko już wiesz.
-Nie wiem co teraz zrobić?
-...Z nim?
-Co teraz zrobić, żeby się ukryć, bo właśnie wysiada z samochodu-spojrzała na samochód postawiony niedaleko od drzwi kawiarni.  Szybko wzięła kartę zasłaniając nią swoją twarz. Śledziłam wzrokiem wampira aż zniknął mi z pola widzenia-Przeszedł. Będziesz tak cały czas?
-Tak. Przynajmniej się postaram-odłożyła kartę-Wracając do Ashtona. Kiedy to się zaczęło?
-W dzień kiedy poszliśmy do klubu. Kiedy wróciłam po tym wszystkim do domu, a on siedział pod drzwiami z winem i przeprosinami. Wtedy to się jakoś zaczęło-wzruszyłam ramionami-Jesteśmy przyjaciółmi. Niczym więcej.
-Mimo wszystko. To było urocze, prawda?
-Tak trochę. Z tego co mi opowiadał był romantykiem, ale zmienił się po śmierci miłości jego życia.
-Może z tego będzie coś więcej
-Przyjaźń damsko męska
-Nie istnieje-dokończyła- Chyba, że jedno z dwójki przyjaciół jest homo lub w związku.
-To jak niby ty przyjaźniłaś się ze Stefanem?
-Byliśmy dziećmi, przez długi okres czasu się nie widzieliśmy i ponownie spotkaliśmy się gdy byłam z Chrisem.
-...Ale ja i Ash. Wątpię
-Przepraszam, ale chyba tylko ty.
-...Więc o czym gadamy?
-Nie wiem.
-Damon wszedł do kawiarni. Nie chce ci się przypadkiem skorzystać z toalety?
-Rzeczywiście, potwornie-uśmiechnęła się do mnie idąc w stronę drzwi z kółkiem. Szkoda tylko, że zapomniała torebki. Było już za późno, Damon odwrócił się w moją stronę, aby po chwili podejść i usiąść na miejscu Kath.
-To torebka Katherine?
-Nie, mojej koleżanki Sophie.
-Używają tych samych perfum?
-Widocznie, nie wiem, nie wącham swoich koleżanek. Co tu robisz?
-Siedzę.
-Dlaczego nie w barze?
-Wolę kawę
-Kawę? Od kiedy?
-Od zawsze.
-Więc napij się kawy z laską, którą przed chwilą wyrywałeś.
-Oj nie bądź zazdrosna. To, że do kogoś nieraz się uśmiechnę nie znaczy, że flirtuję.
-Nie jestem. Jestem zła bo wyraziłam się jasno, że masz się trzymać ode mnie z dala.
-I co mi zrobisz za to, że tu usiadłem?
-Mogę sprawić, że za sekundę zaczniesz się palić.
-W kawiarni?-uniósł brew-Przy świadkach?-uniósł kolejną-Czarownice jednak nie myślą.
-Idź stąd. Już. Irytujesz mnie. Powinnam zniknąć tak samo jak Kath.
Pochylił się w moją stronę opierając się łokciami o stół.
-Wiesz jak zniknęła?
-Co cię to obchodzi? Stało się dokładnie to czego oczekiwałeś.
-Nie chciałem.
-Najpierw się myśli potem robi. Idź już.
-...Wiesz coś o Katherine. Umarła czy zniknęła?
-Umarła-oznajmiłam- Już możesz iść. Nie chcę cię widzieć.
-..Rozumiem-wstał wychodząc, po pięciu minutach Kath wróciła na miejsce.
-Dziękuję, ratujesz mi życie. Wracając do Asha i Ciebie-przysunęła sobie krzesełko do stolika-Pasujecie do siebie
-Ehhh-przewróciłam oczami na co ona uśmiechnęła się do mnie delikatnie-Nie.
-"Ehhh" tak.
-"Ehhh" nie.
-Co nie?-spytał Ashton  siadając obok mnie. Wziął moją kawę i upił z niej łyka.
-Rozmawiamy o butach. Uznałam, że pluszowe szpilki z główkami króliczków są słodkie-uśmiechnęła się ponownie Kath.
-Mmmm nie są-oznajmił Ashton zdezorientowany. Ze zmarszczonymi brwiami patrzył raz na mnie raz na Katherine.
-Lissa też tak twierdzi.
-Wielkie umysły myślą podobnie-uśmiechnął się do mnie ciepło kradnąc mi kolejny łyk-Rozmawialiście z Damonem? Zastanawiałem się dlaczego był zły. Nawet powiedział "daj mi spokój pchlarzu". Myślałem, że to jego normalny stan, ale zobaczyłem was przez okno i...
-Ja z nim rozmawiałam-przerwałam mu.
-A z Kath ma ciche dni.
-Myśli, że nie żyje.
-Dlaczego?
-Bo to sk*rwiel i ma jej dać spokój.
-Oł, mocne słowa. O mnie też tak mówicie?
-Nie-Katherine wstała biorąc swoją torebkę-Podobno jesteś sympatyczny. Muszę już iść. Dziękuję za miły czas. Już zostawiam was samych.
A to wredna jędza- pomyślałam odprowadzając ją wzrokiem do drzwi. Ashton zajął jej miejsce siadając na przeciwko mnie z uśmiechem.
-Jak tam?
Wzruszyłam ramionami.
-Tak jak ostatnio. A jak u Ciebie?- starałam się wysłać mu szczery uśmiech, ale wyszedł mi grymas lub szczękościsk. Trudno mi to opisać.

-Okaaaay-przeciągnął wysyłając mi zmieszany uśmiech.
-Co tu robisz? Miałeś dziś jakąś randkę z tego co pamiętam. O 17, a jest 16:49.
-Odwołana. Ma grypę. Przyszedł bym do niej, ale jej mama nie pozwala jej sprowadzać mężczyzn do domu. Zwłaszcza, że nie noszę sweterka na koszuli więc muszę ściągać same kłopoty.
-Hah. Mogłeś raz założyć.
-Na ślub też bym musiał.
-Uuuuu od razu ślub planujesz?-zaśmiałam się
-I dzieci, będziemy mieli małą drużynę do siatkówki.
-Na pewno będą mistrzami świata.
-Tak, w bieganiu dookoła stołu i irytowaniu taty.
-Zawsze coś
-Hah-uśmiechnął się-A ty jakie masz plany?
-Nie wiem. Nie myślałam o tym...za bardzo.
-Za bardzo?
-Kiedy miałam pięć lat myślałam, że jak będę dorosła życie będzie łatwiejsze. Marzyłam o księciu na białym koniu, gromadce dzieci i pięknym domu z ogrodem...a potem zdałam sobie sprawę, że życie nie jest tak piękne jak się wydaje. Wytłumaczyła mi to babcia i na drugi dzień zmarła.
-Wyrobiła się w terminie-zaśmiał się po czym spuścił wzrok uświadamiając sobie, że było to nie na miejscu. Napiłam się ponownie kawy.
Moja mama przy tym była. Szła z babcią przez pasy, a na torach ją potrąciło.
-O matko. Przepraszam-zaczął się śmiać, aby ponownie wyjść na pewnego siebie "badboya".
-Czemu się śmiejesz?
-Odebrała dziecku marzenia, a potem za to wpadła pod tramwaj.
-To nie śmieszne. Poza tym, miała rację, nie istnieje książę na białym koniu.
-Racja, teraz używa się innego środka transportu.
-Nie chodzi o to na czym się jeździ-przewróciłam oczami-Tylko o to, że taki książę jest idealny dla swojej księżniczki, a ja mam dość duże wymagania, więc wiesz...
-Więc mam spadać? Zdradzę ci sekret. Wystarczy, żebyś przy facecie czuła się jak księżniczka żeby stał się twoim księciem.
-Tylko, że mój książę mnie rzucił. Wątpię by był jeszcze jeden taki.
-Skoro cię rzucił to po co chcesz drugiego takiego? Żeby znowu cię rzucił? Odtrącasz innych bo nadal jesteś zapatrzona w kogoś z kim już najprawdopodobniej nigdy nie będziesz. To głupie. Trzeba żyć dalej.
-Ale żeś mnie pocieszył-szepnęłam biorąc łyka już letniego napoju.
-Nie chciałem cię pocieszyć, tylko uświadomić w pewnych kwestiach.
-Wolę być sama, niż cierpieć przez facetów, ale jak znajdzie się ktoś taki to będzie super. Jak nie to nie...Moim mężem będzie gromada kotów.
-Jak oryginalnie-powiedział sarkastycznie-Odstaw tą kawę, tam są jakieś depresanty.
-Taaaa
-Ja mam zamiar znaleźć dziewczynę. Najbardziej obiecująca kandydatka leży w łóżku i kaszle.
-Hah, życie Ash'uś.
-I cieszę się, że mogę je przeżyć.
Zaśmiałam się kręcąc głową
-Ale wiesz, że musisz coś do niej czuć? Bo co po tym jak będzie twoja skoro nie będzie tego czegoś.
-...Kocham ją.
-To fajnie-pokiwałam głową.
-A ty masz kogoś na oku? Mężczyznę, nie kota.
-Miałam
-ah...-uśmiechnął się zmieszany
-Nom
-Taaaa

28: Sometimes I scrape and sink so low

Damon:
Następnego dnia już jej nie było. Zostawiła wszystko, samochód, rzeczy, pieniądze. Jakby rozpłynęła się w powietrzu. Zadzwoniłem do Lissy
-Hej Damon
-Widziałaś Katherine?
-Nie, a co?
-Zniknęła.
-Jak zniknęła?
-Zostawiła wszystko i jej nie ma
-Zadzwonię do niej
-Daj mi znać czy odebrała
Po 20 minutach Lissa oddzwoniła
-Co jej zrobiłeś?-wypaliła
-Ja?
-Tak ty!
-Nic!
-Bo ci uwierzę. Gadaj!
-Co ci powiedziała?
-Jeśli chodzi o ucieczkę to nic, dlatego sądzę, że to twoja wina...
-Co ci powiedziała...
-Że Luke został zabity, nie chcesz jej dać spokoju i powoli przeginasz pałę.
-Ale...
-Daj jej wreszcie spokój, nie musiałeś jej nachodzić. Stefan nie byłby z tego zadowolony.
Coś we mnie pękło. Teraz wszyscy będą mówić "Stefan to, Stefan tamto", żeby mnie ustawić tak jak im się podoba?
-...Skąd ty możesz to wiedzieć?
-Byłam jego przyjaciółką...a poza tym mówił mi o twoich wybrykach...i o tym jak wielkie uprzedzenia masz do Kath.
-Znałaś go przez dzień!
-Więc musiał mieć cię naprawdę dość skoro mi o tym powiedział. Dlaczego jej tak nie lubisz?
-Nie twoja sprawa.
-Okay, daj spokój mi i jej. Bo inaczej pożałujesz. Do widzenia -rozłączyła się.
Zacząłem myśleć dlaczego Kath mi tak przeszkadza. Brat wolał ją ode mnie, to po pierwsze. Po drugie, nie chciała mi powiedzieć jak przeżyła 155 lat. Była wampirem, ktoś dał jej lekarstwo i teraz jest człowiekiem, czy to była tak wielka tajemnica?...Po trzecie, nie mam nad nią kontroli. Ch*lera, jestem jeszcze większym dupkiem niż myślałem.
Katherine:
Szybkim krokiem przemierzałam jeden z jasnych korytarzy zamku. Po lewej stronie między filarami można było zobaczyć ogród z fontanną na środku, a po prawej drzwi do pomieszczeń o których na razie nie chce mi się mówić. Wszystko, filary, cegła pokrywająca ściany, sufit były w jasnym odcieniu szarości. Po ścianach pięły się różnorodne rośliny. Po mojej prawej, w moim tempie, kroczyła biała pantera. Stawiała swoje ciężkie łapy z gracją na marmurowych płytkach. Duże drzwi z mosiądzu z detalami się otworzyły.
-Co tak długo stokrotko?-spytała moja mama stojąc w swojej czarnej sukni z włosami spiętymi w niski kok.
-Miałam problemy z nogą.
-Po co ci jestem potrzebna?
-Chciałabym tu zostać przez tydzień, aż brat Stefana się odczepi. Potem znów będę latać i zabijać wampiry.
-Opuściłaś się w tym.
-Nikt nie zabija w moim obszarze, tylko Damon...z genialnym wyczuciem czasu, nagle pojawia się i uznaje, że moi znajomi są dla mnie zagrożeniem. Nie jest niebezpieczny tylko...głupi-uśmiechnęłam się do niej.
-Mam wrażenie, że skoro jest "głupi" jest też niebezpieczny. Zabij go Katherine.
-Obiecałam coś Stefanowi.
-On nie żyje.
-...Wiem...i nadal mam wrażenie, że żyje...tylko znowu nie mogę go znaleźć.
-Byliście ze sobą blisko co się dziwić?
-Wiem, ale nie będę się przejmować. Nie mogę, ktoś może to wykorzystać
-Rzeczywiście nie możesz się załamać, ale...możesz sobie pozwolić na chwilę skruchy i nie traktuj świata jakby miał cię tylko krzywdzić.
-Nie, nie...Chodzę do szkoły...poznaję normalnych ludzi...Naprawdę.

***
W domu zdążyłam się położyć na kanapie i zamknąć oczy gdy mój telefon zaczął wibrować. Złapałam to małe draństwo odbierając
-Heeeem?-jęknęłam przecierając oczy
-Boże dlaczego nie odbierasz?
-..Kto mówi?
-Lissa!
-O, hej.
-No Hej!
-Wszystko okay?
-Możesz się spotkać?
-Która godzina?
-Piętnasta.
-okay...Gdzie chcesz?
-Do kawiarni.

27: How fast the night changes?


Katherine:
Słońce powoli zachodziło. Stałam z Lukiem w środku lasu nad ceglanym mostkiem dzielącym miasto od cmentarza. Stanęłam na palcach chcąc zobaczyć jak woda obija się o kamienie. Na swoich biodrach poczułam pewne i silne dłonie.
-Nie wychylaj się-pouczył mnie ciepłym głosem, jakby naprawdę wierzył, że mogę coś sobie zrobić
-Spokojnie, nic mi nie będzie...
Bez uprzedzenia znalazłam się z nim po drugiej stronie. Na miejscu na którym wcześniej stał zaparkował samochód. Drzwi się otworzyły i wysiadł z niego Damon.
-Ej!-wampir obok mnie oburzył się jego nieodpowiedzialnym zachowaniem.
-Spokojnie, przecież masz zdolność regeneracji
-Ale Kath nie.
-Pffff nic jej nie jest
-Katherine daj nam podyskutować-warknął Luke
-Pozwolisz mu sobą pomiatać?-powiedział do mnie to wszystko jak żart.
-Traktuję ją lepiej od ciebie-zauważył, patrząc z zawiścią na Damona. Jedyne na co było mnie stać to westchnięcie "O matko". To nie było "o matko" typu "Znowu się kłócą" tylko "Oni mi się tu zaraz pozabijają"
-Właśnie widać
-Nadal jesteś nie złym dupkiem, co Salvatore?
-Wypraszam sobie, nie jestem dupkiem.
-Racja, za mało powiedziane
-Ej cichutko-wtrąciłam się szarpiąc go leciutko za koszulkę
-Kath...proszę, daj dokończyć-powiedział Luke
-Nie uciszaj jej
-Nie mów mi co mam robić. Za kogo się niby uważasz?
-Za kogoś lepszego od ciebie.
-Możecie, proszę, być cicho?-spytałam
-Nie-warknął Damon
-Nie mów tak do niej
-Powiedziałem tylko "Nie" pacanie!
-Jesteś nic niewartym degeneratem.
-Ja? A mówiłeś jej co zrobiłeś w 1950?
-Nie waż się
-Oh czyli nie?
-Damon...odjedź-warknęłam
-Dlaczego? To naprawde piękne historia....Był piękny słoneczny dzień.
-Nie próbuj-ostrzegł go Luke. Zrobił krok w stronę Salvatore, który tylko uśmiechnął się złośliwie
-Spokojnie. Katherine uratowała mi życie, chcę się tylko odwdzięczyć i ostrzec ją  przed tobą. Poznałem go w karczmie....W której zabił twojego kuzyna. Wypatroszył go-zaczął gestykulować jakby opowiadał o procesie malowania obrazu-Flaki były wszędzie, to samo krew. Był nią wysmarowany. Przewiesił sobie jelito przez szyję jak najlepszą biżuterię, a ciało twojego krewniaka rzucił w kąt.
Położyłam rękę na ramieniu Luke'a, on jednak ją strzepnął. Nie odrywał wzroku od swojego wroga.
-Dobrze to zapamiętałeś co?-powiedział głosem pozbawionym uczuć
-Luke przestań-powiedziałam widząc co się właśnie stało
-Więc gwarantuję, że to też zapamiętasz-złapał mnie za szyję i pewnie złamał piszczel szybkim, mocnym kopnięciem. Potem krótki lot przez barierkę i wylądowałam w wodzie uderzając jeszcze złamaną nogą o kamień. Złapałam się kolejnego głazu nie dając się porwać strumieniowi. Chwilę potem do wody wylądowała głowa Luke'a. Patrzyłam na nią z szeroko otworzoną buzią.
-Chodź Kath-Damon wyciągnął mnie z wody i wziął na ręce-Teraz mi nie uciekniesz
Gdy posadził mnie w samochodzie spojrzałam na niego ze smutkiem i złością, które mówiły za mnie wszystko to, czego nie byłam w stanie z siebie wydusić.
-Ej, nie smuć się-pogłaskał mnie po policzku.
-Jesteś z siebie dumny?-szepnęłam zduszonym głosem.
-Należało mu się.
-Dlaczego mieszasz się w nieswoje sprawy?
-Bo one są najlepsze
-Mówiłam, że nie chcę, abyś był częścią mojego życia, w jakimkolwiek stopniu.
-Ale ja chcę nim być
-...Co tu robisz?
-Wyszedłem się przejść.
-Samochodem?
-...Okay, nie ufałem mu.
-...Sama sobie poradzę-wstałam zapominając o nodze i od razu znalazłam się na ziemi
-Pokraka z ciebie...Pomogę ci
-Podziękuję-powiedziałam wstając i opierając się o samochód. Pokuśtykałam, a właściwie rzuciłam się w stronę barierki.
-Tak będziesz szła parę godzin
-Jak najdalej od ciebie
-Przed chwilą prawie się wywaliłaś
-Sprawdzam stan grawitacji-warknęłam przez ramię
-Nie marudź kobieto-ponownie złapał mnie na ręce sadzając na miejscu koło kierowcy
***
Poderwałam się z łóżka z głośnym wciągnięciem powietrza. Połowa włosów opadła na lewą część mojej twarzy. Żadne ze świateł nie było zapalone i już prawie miałam dać upust emocjom. Zdążyłam zaszlochać i puścić jedną łzę.
-Płaczesz?-Damon wychylił się zza drzwi. Zaczęłam szybko przecierać polik.
-Wydaje ci się
-Czemu płaczesz?-usiadł na łóżku
-...Muszę to wszystko z siebie wyrzucić...wyjdź proszę.
-Dobrze.
-Możesz zajrzeć do szafki z alkoholami...
-Jesteś miła gdy musisz się wyżyć?-zaśmiał się, a ja przetarłam oko koszulką. Patrzyłam na nią chwilę marszcząc brwi.
-Przebrałeś mnie?
-Tylko do bielizny. Spokojnie, nie gapiłem się....za długo.
-...-patrzyłam się jeszcze chwilę na koszulkę trzymając ją w rękach
-Kath?-patrzył jak kładę bolącą nogę na ziemi i siadam na krańcu łóżka z miną wyrażającą nędzę i rozpacz-Może lepiej nie wstawaj
-Cichutko-szepnęłam i tak szybko jak wstałam tak szybko usiadłam z powrotem.
-A mówiłem...jeśli nie możesz wytrzymać w łóżku, mogę pomóc ci się przejść.
-Nie, chciałam tylko sprawdzić czy jest złamana
-Sprawdzałem, nic nie czuję
-Dziękuję, ale nie musisz się mną opiekować.
-Chcę. Potrzebujesz kogoś, a Stefana nie ma. Przyznaj, że potrzebujesz mojej pomocy
-Okay...jednorazowo
-Dobrze. Kuzyn będzie dziś rano. Będziemy cię pilnować.
-Jednak już mi lepiej.
-To wstań-powiedział, a ja spojrzałam na niego z szeroko otwartymi oczami podpierając się o miękki materac-...Nie dasz.
-Ale
-Ciiii-położył mi palec na ustach
***
Rano kulałam do łazienki. Byłam zła przez fakt, że muszę udawać sierotę. Nie mogę nic zrobić bo on ciągle jest gdzieś w pobliżu. Umyłam zęby, a potem dosłownie wleciałam pod prysznic modląc się abym nic sobie więcej nie zrobiła. Wytarłam się i ubrałam siedząc na podłogę. Poczołgałam się po kafelkach do parapetu o który mogłam się podeprzeć i wyjrzałam przez okno. Wrócił.
Ostatecznie oraz dosłownie w podskokach zeszłam po schodach stając na ostatnim . Można powiedzieć, że to co zobaczyłam w salonie, tuż przy drzwiach frontowych, zwaliło mnie z nóg. Patrzyłam na chłopaka o ciemnych włosach stojącego przy drzwiach frontowych. Chłonęłam go wzrokiem szukając jakiejkolwiek wady, która sprowadziłaby mnie na ziemię. Nic. Chodząca perfekcja. Zostało mi cieszyć się, że oddycha tym samym powietrzem i uśmiecha się w moją stronę. Uśmiecha. Wypadałoby odpowiedzieć tym samym, choć teraz pewnie wszystko co robię wydaje się wzywaniem o pomoc.
-Sama przeszłaś taki kawałek?-odezwał się nieznajomy
-Tak...można to tak ująć-teraz nie mogłam przestać się uśmiechać. Czułam się jak pięciolatka. Nie chciałam niczego więcej, niż tylko na niego patrzeć. Nie wierzę w drugą wielką miłość, reszta przy niej zawsze będzie miała jakieś mankamenty.
-Damon mówił, że potrzebna ci pomoc-wskazał na wampira, który właśnie wszedł do środka
-Troszeczkę histeryzuje-przyznałam
-A ty świetnie sobie radzisz- zmierzył mnie wzrokiem-Jak się przemieszczasz?
-Jedna noga wisi w powietrzu, a druga odwala brudną robotę.
-Może ci ją obejrzę?-zapytał. Nie odrywaliśmy od siebie wzroku. Damon patrzył raz na jedno raz na drugie z lekkim...obrzydzeniem?
-Znasz się na tym?
-Walczyłem z Damonem na froncie...Coś tam wiemy.
-Walczyliście razem?-oparłam się o poręcz zainteresowana.
-Tak, jestem jego mentorem-uderzył go, po przyjacielsku w ramię.
-Byłeś-mruknął Salvatore zdegustowany całą sytuacją.
-...Jak masz na imię?-powiedział olewając już zupełnie Damona
-Katherine Herondale
-Chyba cię znam.
-Skąd?-uśmiechnęłam się delikatnie
-Bawiłaś się w domu ze Stefanem, kiedy wychodziłem z Damonem na polowanie...kiedy cię przemieniono?
-Emmmm...W 1860...
-Nie jesteś wampirem...
-Już nie-odpowiedziałam, a Damon uśmiechnął się jakby odkrył tajemnicę powstania wszechświata.
Chłopak pomógł mi usiąść na fotelu po czym ukucnął przede mną obejmując delikatnie moją nogę i naciskając w kilku miejscach.
-Nie źle obita...co się stało?
-Upadłam...
-Wygląda jakbyś upadła, ale z 12 metrów
-Mniej więcej ...
-Boli?
-Mniej niż wczoraj.
-Wygląda na to, że obejdzie się bez gipsu..ii...chyba już wiem dlaczego Damon chciał ci pomóc. Jesteś uroczą młodą damą.
-Wątpię-bezskutecznie wtrącił Damon
-Dziękuję-uśmiechnęłam się do jego kuzyna-Na ile dni tu przyjechałeś?
-Tydzień...musimy się częściej spotykać
-Koniecznie-ożywiłam się-Może chcesz zostać na kawie?
-Pozwól, że dziś to ja ją zrobię-powiedział znikając w kuchni
-Nie wiedziałam, że masz kogoś porządnego w rodzinie-zwróciłam się do Damona
-Obraziłaś właśnie Stefana
-Hah...chodziło mi o tą żyjącą część rodziny
-Czyli obraziłaś mnie?-spojrzał na mnie z pretensją i zacisnął usta w wymuszonym uśmiechu.
-Nie przyzwyczaiłeś się jeszcze?-przyłożyłam rękę do ust udając zdziwienie
-Odpuść mi
-Kiedy ty mi odpuścisz?
-Nigdy-warknął
-Na spotkaniach z twoim kuzynem też będziesz mnie śledził?
-Może
Szybko złapałam się za głowę. Otworzyłam usta z zapartym tchem.
-Co się dzieje?-spojrzał na mnie lekko zmartwiony
-To Stefan
-Co?
-Próbuje się skontaktować...mówi...mówi...,że możesz spi*rdalać
-Głupia jesteś-pokręcił głową
-To po co ze mną dyskutujesz? Spójrz, kolejny argument dla którego możesz dać mi spokój.  Istne szaleństwo co?
-Zobaczymy
-...-poprawiłam się na fotelu-Musisz mnie nienawidzić...dlaczego nie skorzystasz z okazji? Jestem sama i niepełnosprawna. Mogłabym spaść ze schodów i nabić się na nóż...z 10 razy.
-To tylko noga, ale nadal możesz mnie przemienić w człowieka.
-Powiedziała ci?
-Ehe
-Mogę, ale gdzie byłby w tym ubaw?...Właśnie mi uświadomiłeś, że nie musimy się znosić.
-Co to ma znaczyć?
-Zobaczysz

26: These are the words but the words aren’t coming out They burn ‘cause they are hard to say

Kiedy przyjechałam do domu, w kuchni siedział Ashton.
-Zabijesz mnie-powiedziałam kładąc kawy i ciasto na blacie.
-Nie, dopiero co umyłem ręce.
-Powiedziałam Tomowi, że jesteś moim bratem. Mogłam powiedzieć, że chłopakiem, może by się odczepił.
-Brat pasuje
-Ehhh on chyba nie da mi spokoju-powiedziałam siadając na blacie i biorąc swoją kawę.
-Powiedział ci "cześć" na ulicy, a to stalker
Prychnęłam słysząc jego sarkastyczną wypowiedź
-Powiedział do zobaczenia. Chciałam tylko...Kogoś zaliczyć?...Mogłam iść do ciebie. Miałabym chociaż spokój.
-...Ej a może ja nie chcę?
Spojrzałam na niego
-Powiedziałam mogłam idioto.
-Masz rację...jestem łatwy.
-Wystarczy, ze ci stanie. Jemu załatwiłam erekcję w 3 minuty. Tobie mogłabym w pięć.
-Załatwiła? To brzmi jakbyś obcięła ją tasakiem.
-Co?
-Nic nic...a co do mnie...umiem się powstrzymać ze spuszczeniem się.
-A co mnie obchodzi czy byś doszedł-zaśmiałam się-Ważne bym ja doszła.
-Widać, że nie byłaś jeszcze w poważnym związku-odgryzł się.
-Byłam, ale kobieta kiedy ma chcice nie patrzy na faceta tylko na siebie.
-A ja sądzę, że niezależnie od sytuacji patrzy się również na drugą osobą.
-Nie wiedziałam, że z ciebie taki romantyk....nie ważne...zależy co się do niej czuje-wzruszyłam ramionami upijając łyk kawy- Ja do Toma nic nie czuje. Potrzebowałam odskoczni...Bo po Joshu nikogo nie miałam. W sensie w łóżku...od dwóch miesięcy.
-W każdym razie...niezależnie czy kobieta, czy mężczyzna. Osoba która kończy jak dojdzie i nie stara się aby partner lub partnerka przeżyły to samo musi być niezłą świnią. Od razu widać, że coś jest nie tak. I na marginesie, powinnaś była pójść do kogoś bardziej trzeźwego. Dłużej by stał.
Zaśmiałam się
-Skończyliśmy jak oboje doszliśmy, a stał tyle ile powinien...a poza tym żartowałam z tym co powiedziałam idioto. Co miała bum cię zrzucić z siebie i powiedzieć żebyś sobie poszedł? Ash błagam cię. Zacznij myśleć.
-Przy tobie się nie da
-Fajnie wiedzieć
-Wiem, że fajnie.
-Ehhhh...a ty miałeś jakiś poważny związek?
-Jeden
-Opowiadaj-poprawiłam się na blacie.
-...Miała na imię Allison. Poznaliśmy się w liceum, niedaleko Mystic Falls. Była delikatną dziewczyną z blond włosami sięgającymi do ramion. Miała piękne brązowe oczy. Niemal czarne, zawsze kojarzyły mi się z oczami sarny...była dla mnie wszystkim-mówił z uśmiechem, jakby wspominał najpiękniejsze chwile jego życia.
-Czemu nie jesteście razem?
-...-jego uśmiech znikł-Z tego samego powodu z jakiego jestem w tym mieście.
-Pierce ?
-Tak.
-Zabiła ją czy kazała tobie?
-...Pojechaliśmy pod namiot, poza miasto. Było romantycznie, w misce leżały owoce...Między innymi truskawki, borówki i kawałki arbuza.
-Nie wiedziałam, że z ciebie taki romantyk.
-Bo teraz jestem męską dziwką.
-Tak się zachowujesz...I jesteś łatwy.
-Hah, w porównaniu z twoimi dwoma miesiącami rzeczywiście jestem.
-Dwoma
-Dwoma.
-...Tylko raz się zakochałeś?-wróciłam do tematu
-Nie...ale tylko raz tak bardzo...
-Nie dokończyłeś opowiadać
-To...nie opowieść na ten dzień.
-Mów dalej...
-Hah, nie na ten dzień.
-Czemu?
-Muszę pozbierać myśli.
-Więc kiedy chcesz się spotkać?
-Kiedy ci odpowiada?
-We wtorek.
-O której?
-O 14 kończę lekcje. Może o 15 w kawiarni w galerii?
-Dobrze.
Uśmiechnęliśmy się do siebie.
**Wtorek**
Weszłam do kawiarni i od razu zauważyłam Ash'a siedzącego przy stoliku pod ścianą. Podeszłam i usiadłam naprzeciw niego.
-Hej
-Hej
-Opowiadaj
-Było romantycznie. Słońce powoli zachodziło, a my poddaliśmy się chwili. Całowaliśmy się jakby świat się dla nas zatrzymał...gdy nagle poczułem silne łapy na moich plecach. Zostałem wyciągnięty za koszulkę z namiotu, przez jednego ze służących Pierce. Drugi z nich wywlekł Allison wrzucając ją do ciężarówki. Takiej samej do której niedaleko wrzucili Kath. Patrzyłem w stronę czarnego samochodu, wiesz takiego którym dowozi się jedzenie do sklepów i tym podobne. Trzymał mnie za włosy drugą ręką przykładając nóż do gardła. Pierce podeszła do mnie oferując, że mogę do nich dołączyć. Nie chciałem, ale miała dobry argument. Mogłem ocalić Allison. Nie miałem wyjścia...a praca zmusiła mnie do wyzbycia się empatii i innych, podobnych cech.
-...Nie dość, że kazała ci ją zostawić to jeszcze przez nią pozbyłeś się swoich dobrych cech?
-Tak...i sądzę, że jestem lepszym człowiekiem niż byłem.
-No tak, ale musisz przyznać, że aniołkiem też nie jesteś.
-Ej, jestem-przerwał na chwilę aby popić kawę-przeeeeeeuroczy.
-Oczywiście, jak 5 letnie dziecko proszące mamę o lizaka.
-Ale uroczy
-Hah, jasne.
-A czemu jej nie poszukasz?
-Po tym jak cię poznałem, wróciłem do bazy...Spałem do 6 rano. Gdy wstałem zrobiłem sobie krótki spacer po korytarzu. Jedna z sal miała uchylone drzwi..... Leżała na stole martwa. Podbiegłem do niej. Obok na stoliku leżały jej akta zaznaczone czerwoną pieczątką "eksperyment nieudany". Wtedy od nich uciekłem...nie zdała jednego durnego eksperymentu...
-Oł współczuję...Na drugi dzień do mnie przyszedłeś. Nie wydawałeś się smutny.
-Byłem wściekły. Miałem dość twoich gierek i powstrzymywałem się aby cię nie rozerwać.
Zatkało mnie. Otworzyłam buzię chcąc coś powiedzieć, ale nie wiedziałam co, więc ją zamknęłam.
-Czyli przyszedłeś mnie zabić?
-Nie, po portfel, a ty zaczęłaś gadać. I wtedy byłem na granicy z szałem. Bardzo często mówisz od rzeczy.
-Wiem, ale ja nie potrafię siedzieć cicho. A po wcześniejszym wieczorze byłam na ciebie zła i się ciebie trochę bałam. Przepraszam.
-Nic się nie stało-powiedział z lekkim uśmiechem, aby pokazać, że wszystko jest już w porządku-Ja też przepraszam.
-Za co?
-Wszystko
-Okay...
-Myślisz, że pokochasz jeszcze kogoś, tak jak ją?
-Mam nadzieję... ale sądzę, że tak...teraz ty opowiedz coś o sobie.
-A co chcesz wiedzieć?
-Wszystko o twoim najlepszym związku. Żeby pasowało do poprzedniego tematu.
-najlepszy okazał się najgorszym. Byłam z Joshem dwa lata. Było świetnie. Chociaż tak myślałam. Zerwał ze mną tydzień przed 3 rocznicą....przez sms'a...potem podrywał moją przyjaciółkę.
-Ej ja się rozgadywałem, ty też się rozwiń.
-Ehhhhhhhh....Było tego za dużo. Choć jak się dowiedział, że jestem czarownicą, powiedział, że nie chce mieć takiej dziewczyny i...że pewnie chcę się zemścić, bo w przedszkolu się ze mnie naśmiewał. Nie odzywał się przez miesiąc. Potem wrócił.
-Dupek
-Taaaaa, ale i tak najbardziej bolało to jak zerwał po dwóch po latach.
-Zerwania bolą.
-No...A tak to nie ma co opowiadać
-Na pewno coś jest
-Nie. Nic ciekawego się w moim życiu nie dzieje....Idziesz coś zjeść? Cały dzień nic nie jadłam
-Jasne, gdzie chcesz?
-Sushi lub KFC
-Obojętnie
-To KFC
-Dobrze
-Chodź.
Wstaliśmy i poszliśmy na gastro. Zamówiliśmy kubełek i usiedliśmy przy jednym ze stolików. Fajnie się z nim gadało.
-Długo byłeś sługą Pierce?-spytałam patrząc jak chłopak podgryza skrzydełko
-....Odliczając rekrutacją....dwa tygodnie...
-Jak na jej sługę to mało.
-Szukała frajera, który będzie na każde skinienie jej palca.
-Jest idiotką...Czego się spodziewałeś?
-Wiesz...znalazła
-Jakie ona robi eksperymenty?
-Próbowała oszukać wampirzą naturę. Ona chce być niezniszczalna, aby nie robił jej krzywdy żaden kołek, werbena lub światło dnia.
-Przecież się nie da. Każdy to wie.
-Prawie jej się udało
-Serio?
-Gdyby Allison nie zginęła...
-Ale za pomocą chemii i wampirów?
-Sądzę, że oprócz tych wszystkich istot o których wiemy jest coś jeszcze
-Co niby?
-Nie wiem 

25: Do you get a little kick out of being slow minded? (part 2)

-...Tooo-powiedziałam nie wiedząc co odpowiedzieć.
-Czemu nie chciałaś ze mną zatańczyć?
-A jak myślisz?
-Nie cierpisz mnie, no tak-zaśmiał się jakby palnął jakąś głupotę.
-Po tym co zrobiłeś, dziwisz się?
-Wybacz mi
-Ehhh...dobra
-Serio?
-Serio. Masz szczęście, że mam dobry dzień.
-Wiem...i cieszę się, że mam takie wyczucie czasu.
-Wiesz, mogłeś mnie dziś nie zastać-wzruszyłam ramionami i pijąc wino
-Wiem, ale coś mnie tknęło
-Co niby?
-Nie wiem.
-Mhm, a tak szczerze, czemu za mną tak latasz?
-Lubię cię.
-Serio?
-Jasne, dlaczego nie?
-Męczysz mnie, nachodzisz. Tak nie robi się osobie, którą się lubi.
-Domyślam się...i uwierz mi miałem tak pierwszy raz
-Pierwszy raz kogoś nachodziłeś i groziłeś?
-Nie, ale pierwszy raz osobę, którą lubiłem.
-Po co to robiłeś? Gdybyś mnie nie śledził i nie groził wszystko byłoby jak tamtego wieczoru gdy rozmawialiśmy
-To dość ckliwa historia.
-Znaczy?
-Nie nic...
-Powiedz, jestem pijana. Nie będę tego jutro pamiętać.
-Podziękuję-odstawił kieliszek po czym spojrzał na mnie-Ładnie dziś wyglądasz.
-Dzięki
-Nie ma sprawy
-tooo co teraz?-uśmiechnęłam się lekko
-Nie wiem
Przygryzłam dolną wargę bawiąc się kieliszkiem. Ashton uśmiechnął się.
-Rzadko się szczerze uśmiechasz-zauważyłam patrząc badawczym okiem.
-Ty też, zwłaszcza na mój widok
-Haha taaa...co robiłeś w klubie?
-Przyszedłem się upić, ale spotkałem... ciebie.-wskazał na mnie palcem
-I się nie upiłeś?
-Nie.
-Czemu?
-Bo miałem ochotę z tobą zatańczyć
-I wolałeś być przy tym trzeźwy?
-Tak-uśmiechnął się tym razem pokazując dołeczki w  policzkach.  Sama nie wiem dlaczego, ale je pogłaskałam, rumieniąc się.
-Masz ładne dołeczki
-Dziękuję...pięknie wyglądasz z rumieńcami
Obróciłam głowę i zasłoniłam twarz włosami by nie było widać wypieków.
-Jak burak
-Nie...przecież widzę
-To jesteś ślepy, a poza tym mam makijaż
-Sądzę, że wszystko zostało starte
Spojrzałam na niego pytająco. Kurw@, a jak on czuje, że z kimś ten tego?!
-...Co?-spytał zdziwiony moją miną
-Nic..przestań patrzeć na moje policzki, to krępujące
-Okay-teraz spojrzał się w moje oczy. Zrobiłam to samo. Spojrzałam w jego brązowe, piękne oczy w których były...Iskierki? Chłonęliśmy siebie wzrokiem jakbyśmy dopiero co się poznali. Jednak tą chwilę przerwał mój telefon, który zaczął dzwonić. Spojrzałam na ekran. Nieznany numer. Wzięłam go do ręki i niepewnie odebrałam.
-Tak?
-Liss?-odpowiedział zaspany głos
-Tom?
-Tak, chciałem się tylko dowiedzieć czy wszystko okay-powiedział chyba nadal pijany. Ashton spuścił głowę bawiąc się swoimi palcami.
-Tak, wszystko dobrze-mruknęłam patrząc na zakłopotanego Ashtona
-A tak swoją drogą, czemu poszłaś?
-Musiałam
-Rodzice w domu?
-Za późna pora jak na spanie w hotelu
-Mogliśmy pójść do mnie
-Ledwo się znamy.
-Okay, rozumiem. Spotkamy się jeszcze?
-Nie wiem, może.
-Zadzwoń
-Dobrze
-Dobranoc
-Dobranoc-rozłączyłam się.
-Przeszkadzam?-spytał Ashton
-Nie
-To był twój chłopak?
-Nie, to ten z klubu.
-Ten z którym wyszłaś?-spytał, a ja kiwnęłam głową
-Dokładnie
-Oh..okay
-Nie ma co się przejmować, chłopak na noc-mruknęłam
-Tak czy siak gratuluję-powiedział z trochę niepewnym uśmiechem
-Czego?
-Nowej zdobyczy
-To jedna noc. Potrzebowałam tego-spuściłam głowę
-Spokojnie. Nikt cię nie ocenia...ja ci gratuluję.
-Nie! Nie gratuluj mi! Przez ciebie czuję się jak dziwka-schowałam twarz w dłoniach.
-Nie masz powodu-objął mnie głaszcząc po plecach
-Mhm...Oczywiście.
-No tak.
Odsłoniłam twarz patrząc na niego po czym go mocno przytuliłam
-Oj to miłe-skomentował
-Zamknij się Smith
Przytuliliśmy się mocniej
-Masz ładne perfumy-przerwałam ciszę
-Dziękuję, a ty ładny szampon do włosów
-Hah dziękuję
-Bardzo ładny-powtórzył wtulając nos w moje włosy
-Bardzo dziękuję-uśmiechnęłam się
-...Wiesz Ash? Myślałam, że z tobą nie da się normalnie porozmawiać...
-Domyślam się.
-Hah szkoda, że byłeś takim dupkiem...wtedy nasze relacje byłyby inne
-Wiem, ale nie mam zamiaru się tłumaczyć.
-Ehe, mogłam się tego spodziewać.
-Mogłaś
Odsunęłam się od niego biorąc wino w rękę i wypijając jego cała zawartość z kieliszka
-Dolewka?-zapytał
-Tak, ale jeżeli chcesz mnie upić i zaliczyć to wiedz, że ci nie wyjdzie.
-Nie chcę. Skąd to wzięłaś? Czy kiedykolwiek do tego zmierzałem?
-Tak. Mówiłeś o tym. Powiedziałeś, że jesteś ze mną w ciąży, a jak powiedziałam, że ze sobą nawet nie spaliśmy, po wiedziałeś, że trzeba to nadrobić...I to jeszcze u Damona
-Żarcik firmowy...dodałem emotikony
-I co z tego?
-Dla ciebie nic, bo nie znasz mnie na tyle dobrze
-Bo na razie mi to niepotrzebne
-W ogóle ci to niepotrzebne
-Racja, wystarczy wiedzieć, że jesteś jak męska dziwka
-Hah, jak uważasz-otworzył ramiona
-Idę chyba spać...zostajesz na noc czy idziesz?
-Wolę, nie zostawać bo jeszcze osądzisz mnie o próbę molestowania
-Jak mnie nie dotkniesz to nie-zaśmiałam się
-..Będę spał na kanapie-uśmiechnął się
-Możesz w pokoju gościnnym ale jak wolisz
-To wezmę pokój
-Chodź zaprowadzę cię
-Dziękuję-wstał idąc za mną na górę. Pokazałam mu drzwi do pokoju i sama poszłam się umyć i pójść spać.

                                  ***
Rano Ashton nadal spał w swoim pokoju. Zostawiłam mu karteczkę z informacją, iż ma pilnować domu aż wrócę ze sklepu. To głupi pomysł, ale miałam nadzieję, że nie wstanie do czasu, aż wrócę.  Kupiłam dwie kawy i tiramisu. Nie wiedziałam jaką kawę lubi więc wzięłam mu zwykłe latte. Mam nadzieję, że wypije. Sobie wzięłam cynamonowe latte. Mmmm, moje ulubione. Będąc przy aucie nie mogłam otworzyć drzwi, bo miałam zapełnione ręce więc rzeczy położyłam na dachu i je otworzyłam.
-Liss...-usłyszałam miły, ciepły, męski głos. Spojrzałam na mężczyznę. Tom, Cholera.
-Cześć Tom. Emmm co tu robisz?-spytałam niepewnie
-Mmmm-spojrzał na kawiarnię niepewnie-mój ojciec tu pracuje...tym czasowo
-Mhm-wzięłam rzeczy z dachu i położyłam na siedzenie pasażera, obok kierowcy.
-A ty?
-Przyjechałam po kawę.
-Wypijesz tyle?
-Druga jest...dla brata.
-To smacznego
-Dzięki
-Do zobaczenia
Pokiwałam głową po czym wsiadłam do auta, zamknęłam drzwi i odjechałam.