***
Poszłam do sklepu całodobowego. O 23 byłam w nim sama, a przynajmniej tak mi się wydawało. Przez słuchawki w moich uszach nie usłyszałam podkradającego się do mnie Damona. Przez pewną chwilę nadal sprawdzałam ile mięsa jest w mięsie.Wpadłam na niego odwracając się
-Wyglądasz jak wystraszony kociak-uśmiechnął się.
-Dziękuję, kotki są urocze.-odpowiedziałam zdezorientowana. Oparł się o półkę zamykając mnie między jego ramionami.
-Nie powinnaś być w domu?
-Nie powinieneś się odsunąć? Znów mnie śledzisz?
-Możliwe-złapał mnie za brodę.
-Nie mam już siły, wygrałeś. Możesz iść ze świadomością, że udało ci się mnie złamać.
-Nie. I powiem Ci, że złamanie cię nie było moim głównym celem.
-Czego ty chcesz?
-Czegoś-przerwał na chwilę aby kontynuować-ale po co mam mówić skoro w końcu sama się dowiesz. Jeśli przyjmiesz moje zaproszenie.
-Jakie zaproszenie?
-Do mnie-uśmiechnął się-Na drinka.
-Nie, dziękuję. Odsuń się-ściągnęłam jego rękę z mojej brody.
-Czemu nie?
-Bo nie mam zamiaru udawać, że cię lubię.
-Wyglądasz jak wystraszony kociak-uśmiechnął się.
-Dziękuję, kotki są urocze.-odpowiedziałam zdezorientowana. Oparł się o półkę zamykając mnie między jego ramionami.
-Nie powinnaś być w domu?
-Nie powinieneś się odsunąć? Znów mnie śledzisz?
-Możliwe-złapał mnie za brodę.
-Nie mam już siły, wygrałeś. Możesz iść ze świadomością, że udało ci się mnie złamać.
-Nie. I powiem Ci, że złamanie cię nie było moim głównym celem.
-Czego ty chcesz?
-Czegoś-przerwał na chwilę aby kontynuować-ale po co mam mówić skoro w końcu sama się dowiesz. Jeśli przyjmiesz moje zaproszenie.
-Jakie zaproszenie?
-Do mnie-uśmiechnął się-Na drinka.
-Nie, dziękuję. Odsuń się-ściągnęłam jego rękę z mojej brody.
-Czemu nie?
-Bo nie mam zamiaru udawać, że cię lubię.
***
Damon:
Damon:
Nie pamiętam kiedy zasnąłem, ale to musiał być sen.
-Damon-powiedział Stefan stojąc w salonie naszego ojca. Wszystko było wyciągnięte z czasu gdy ja i on byliśmy jeszcze dziećmi. Jedynym nie zgadzającym się elementem były nasze ubrania.
Mój brat wskazał mi miejsce które miałem zająć. Zamiast tego szybkim krokiem pokonałem dzielącą nas odległość przytulając go do siebie.
-Stefan-szepnąłem
-Spokojnie.
-Przepraszam.
-Nie wiń się. Jest dobrze.
-Co tu robisz?
-Chcę ci powiedzieć, że masz dać spokój dziewczynom. Wiem, że potrzebujesz kogoś kim będziesz mógł się opiekować, przez do, że bierzesz na siebie odpowiedzialność za moją śmierć, ale nie możesz ich traktować tak jak traktujesz. Dajesz sprzeczne sygnały.
-Jeśli to zmienię, będą chciały to wykorzystać.
-Nikt nie chce cię wykorzystać. Pomogą ci jeśli cię polubią. Sam wiesz.
-Pomagały mi ze względu na Ciebie.
-Więc zrób coś żeby robiły to ze względu na Ciebie.
-Wątpię aby kiedyś do tego doszło.
-Nie dadzą ci szansy jeśli sam jej sobie nie dasz. Sam się skreślasz. Idź do nich.
-I co mam powiedzieć? Liss jest gotowa mi coś zrobić.
-Wytłumacz im wszystko.
-Nie uwierzą.
-Jeśli chcesz się poddać nie dam rady zmienić twojego zdania. Ale jeśli dasz za wygraną, bardzo dużo stracisz-odsunął się ode mnie zakładając płaszcz-powodzenia braciszku-wyszedł zamykając za sobą drzwi.
W tym momencie otworzyłem oczy i ujrzałem moją sypialnię. Zegar wybił pierwszą w nocy. Zerwałem się na równe nogi ubierając się.
-Cholerny Stefan, jego cholerne przyjaciółki, ten cholerny zegar-mruczałem walcząc z paskiem.
-Damon-powiedział Stefan stojąc w salonie naszego ojca. Wszystko było wyciągnięte z czasu gdy ja i on byliśmy jeszcze dziećmi. Jedynym nie zgadzającym się elementem były nasze ubrania.
Mój brat wskazał mi miejsce które miałem zająć. Zamiast tego szybkim krokiem pokonałem dzielącą nas odległość przytulając go do siebie.
-Stefan-szepnąłem
-Spokojnie.
-Przepraszam.
-Nie wiń się. Jest dobrze.
-Co tu robisz?
-Chcę ci powiedzieć, że masz dać spokój dziewczynom. Wiem, że potrzebujesz kogoś kim będziesz mógł się opiekować, przez do, że bierzesz na siebie odpowiedzialność za moją śmierć, ale nie możesz ich traktować tak jak traktujesz. Dajesz sprzeczne sygnały.
-Jeśli to zmienię, będą chciały to wykorzystać.
-Nikt nie chce cię wykorzystać. Pomogą ci jeśli cię polubią. Sam wiesz.
-Pomagały mi ze względu na Ciebie.
-Więc zrób coś żeby robiły to ze względu na Ciebie.
-Wątpię aby kiedyś do tego doszło.
-Nie dadzą ci szansy jeśli sam jej sobie nie dasz. Sam się skreślasz. Idź do nich.
-I co mam powiedzieć? Liss jest gotowa mi coś zrobić.
-Wytłumacz im wszystko.
-Nie uwierzą.
-Jeśli chcesz się poddać nie dam rady zmienić twojego zdania. Ale jeśli dasz za wygraną, bardzo dużo stracisz-odsunął się ode mnie zakładając płaszcz-powodzenia braciszku-wyszedł zamykając za sobą drzwi.
W tym momencie otworzyłem oczy i ujrzałem moją sypialnię. Zegar wybił pierwszą w nocy. Zerwałem się na równe nogi ubierając się.
-Cholerny Stefan, jego cholerne przyjaciółki, ten cholerny zegar-mruczałem walcząc z paskiem.
***
Będąc pod domem Lissy poszedłem na tyły gdzie miała pokój. Miała zapalone światło. Wskoczyłem na parapet stukając w okno, które po chwili się otworzyło
-Damon? Czego ty chcesz?
-Mogę wejść?
-Po co?
-Bo dziwnie wyglądam balansując na parapecie, a to co chcę powiedzieć może trochę zająć.
-Możesz mówić tu.
-Dobrze. Wiem, że przepraszam nic nie da, ale sądzę, że powinnaś wiedzieć o tym, że...-odetchnąłem zbierając słowa-Że cieszę się, że Stefan miał taką przyjaciółkę, jestem ci wdzięczny za pomoc. Nie jestem dobrą osobą. Nigdy nie będę jak Stefan, o czym przypominam na każdym kroku.
-I na dodatek wszędzie jest cię pełno.
-Nie obroniłem Stefana. Chcę chociaż mieć na oku jego przyjaciółki.
-Odkupujesz tak swoje winy?
-Tak, przynajmniej taki był zamysł, choć zraziłem do siebie bardzo dużo osób.
-Racja.
-Pewnie chcesz żebym się gonił. Wiem, nie zasługuję na łaskę.
-Każdy zasługuje na przebaczenie, ale ty przesadzasz często.
-To...chyba już pójdę.
-Dobry pomysł.
Zeskoczyłem wracając do auta.
-Mówiłem Stefan to nie wypali-mruknąłem trzaskając drzwiami-Żebyś nie myślał, że po tym pojadę do Katherine. Nie będę się przed nią płaszczył-warknąłem
Będąc pod domem Lissy poszedłem na tyły gdzie miała pokój. Miała zapalone światło. Wskoczyłem na parapet stukając w okno, które po chwili się otworzyło-Damon? Czego ty chcesz?
-Mogę wejść?
-Po co?
-Bo dziwnie wyglądam balansując na parapecie, a to co chcę powiedzieć może trochę zająć.
-Możesz mówić tu.
-Dobrze. Wiem, że przepraszam nic nie da, ale sądzę, że powinnaś wiedzieć o tym, że...-odetchnąłem zbierając słowa-Że cieszę się, że Stefan miał taką przyjaciółkę, jestem ci wdzięczny za pomoc. Nie jestem dobrą osobą. Nigdy nie będę jak Stefan, o czym przypominam na każdym kroku.
-I na dodatek wszędzie jest cię pełno.
-Nie obroniłem Stefana. Chcę chociaż mieć na oku jego przyjaciółki.
-Odkupujesz tak swoje winy?
-Tak, przynajmniej taki był zamysł, choć zraziłem do siebie bardzo dużo osób.
-Racja.
-Pewnie chcesz żebym się gonił. Wiem, nie zasługuję na łaskę.
-Każdy zasługuje na przebaczenie, ale ty przesadzasz często.
-To...chyba już pójdę.
-Dobry pomysł.
Zeskoczyłem wracając do auta.
-Mówiłem Stefan to nie wypali-mruknąłem trzaskając drzwiami-Żebyś nie myślał, że po tym pojadę do Katherine. Nie będę się przed nią płaszczył-warknąłem
***
Katherine otworzyła drzwi okryta szarym kocem. Patrzyła na mnie z przymrużonymi oczami i włosami w nieładzie.
-Damon-ziewnęła-Wiesz, która jest godzina?
-Tak, wiem.
-Tyle dobrego.
-Mogę wejść?
Pokiwała głową otwierając szerzej drzwi. Usiedliśmy razem na kanapie. Zacząłem powoli zwierzać się z tego jak bardzo jej nienawidziłem, ale chciałbym zacząć od nowa gdy zobaczyłem, że powoli zamykają jej się oczy.
-Kath słuchasz?
-Yhym-otworzyła oczy-Mów dalej
-Może idź spać. Jutro porozmawiamy.
-Nie, nie. Słucham.
-Na pewno?
-Yhym
-Okay. Wiem ile razy cię skrzywdziłem. Wiem jak musiałaś to przeżywać.
-Bez przesady.
-Słucham?-zdziwiłem się patrząc jak ponownie zamyka oczy
-Wszystko jest okay
-Nie, nie jest. Nienawidzicie mnie, a ja...ja nie chcę być kompletnie sam...znowu...
-Wszystko jest w porządku
-Żartujesz sobie.
-Jestem absolutnie poważna.
-Dziękuję-uśmiechnąłem się
-Czego chciałeś w sklepie?
-Pogadać. O tym.
-To dobrze.
Wstała z zamkniętymi oczami
-Odnieść cię do łóżka?-spytałem
-Nie, chcesz zostać na noc? Możesz spać na kanapie.
-Jasne.
-Przyniosę ci kołdrę...i tak dalej
-Damon-ziewnęła-Wiesz, która jest godzina?
-Tak, wiem.
-Tyle dobrego.
-Mogę wejść?
Pokiwała głową otwierając szerzej drzwi. Usiedliśmy razem na kanapie. Zacząłem powoli zwierzać się z tego jak bardzo jej nienawidziłem, ale chciałbym zacząć od nowa gdy zobaczyłem, że powoli zamykają jej się oczy.
-Kath słuchasz?
-Yhym-otworzyła oczy-Mów dalej
-Może idź spać. Jutro porozmawiamy.
-Nie, nie. Słucham.
-Na pewno?
-Yhym
-Okay. Wiem ile razy cię skrzywdziłem. Wiem jak musiałaś to przeżywać.
-Bez przesady.
-Słucham?-zdziwiłem się patrząc jak ponownie zamyka oczy
-Wszystko jest okay
-Nie, nie jest. Nienawidzicie mnie, a ja...ja nie chcę być kompletnie sam...znowu...
-Wszystko jest w porządku
-Żartujesz sobie.
-Jestem absolutnie poważna.
-Dziękuję-uśmiechnąłem się
-Czego chciałeś w sklepie?
-Pogadać. O tym.
-To dobrze.
Wstała z zamkniętymi oczami
-Odnieść cię do łóżka?-spytałem
-Nie, chcesz zostać na noc? Możesz spać na kanapie.
-Jasne.
-Przyniosę ci kołdrę...i tak dalej
***
Rano otworzyłem oczy. Minęła chwila zanim przypomniałem sobie gdzie jestem. Podniosłem się rozglądając po pomieszczeniu. Katherine była w kuchni robiąc bóg wie co z patelnią.
-Katherine?
-Tak?
-Co ty robisz?
-Naleśniki-stanęła w progu-Jesz ludzkie jedzenie czy jesteś ponad to?
-Niestety musisz zjeść je sama-uśmiechnąłem się
-Nie ma problemu-ponownie stanęła przy patelni
-Jakieś plany na wieczór?
-Ognisko, a twoje?
-Myślałem, że będziesz chciała wyskoczyć ze mną do baru.
-Nie tym razem.
-Z kim idziesz na ognisko?
-Z Lissą, Ashtonem i jego dziewczyną.
-Ash ma dziewczynę?
-Tak.
-Mogę iść z wami?
-Zapytaj Lissę.
-Dobrze-wyciągnąłem telefon
-Masz jej numer?
-Przepisałem z telefonu Stefana.
-Hmmm?-odebrała zaspana Lissa po 4 sygnałach
-Hej-przez chwilę milczałem-Czy mógłbym prosić przepiękną panią o możliwość uczestniczenia w waszym dzisiejszym ognisku?
Spojrzałem na Katherine siadającą z naleśnikami w fotelu. Patrzyła na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
-Co ty dziś brałeś, Damonie?
-Chciałbym powiedzieć, że jakąś piękną niewiastę, ale niestety.
Katherine z uśmiechem pokręciła głową.
-Hah, możesz iść, ale spytaj jeszcze Kath.
-Zabawne, ona kazała mi spytać Ciebie.
-Mhm, to możesz iść
-Dziękuję.
-Spoko-rozłączyła się
-Dlaczego nagle chcesz zakopać topór wojenny?-spytała Herondale
-Nie chcę być sam.
-Ojej to było urocze, aż mogłabym cię przytulić.
-Możesz.
-Nie chcę-pokręciła głową ze złośliwym uśmiechem.
-Oj chcesz.
-No dobra, ale dlatego, że nalegasz-odłożyła talerz na stolik. Stanęła przede mną gestem ręki karząc mi wstać.
-Jak oficjalnie-podniosłem się i przez chwilę nie mogliśmy się dogadać. Robiliśmy te same ruchy jakby jedno z nas było odbiciem w lustrze.
-Chwilę-zatrzymała mnie w jednej pozycji dopasowując się do niej, aż wreszcie udało jej się mnie przytulić.
-Nie poznaję cię-powiedziałem oddając uścisk
-Bo nigdy mnie nie poznałeś
-No tak-przewróciłem oczami
-No tak, tak.
-Katherine?
-Tak?
-Co ty robisz?
-Naleśniki-stanęła w progu-Jesz ludzkie jedzenie czy jesteś ponad to?
-Niestety musisz zjeść je sama-uśmiechnąłem się
-Nie ma problemu-ponownie stanęła przy patelni
-Jakieś plany na wieczór?
-Ognisko, a twoje?
-Myślałem, że będziesz chciała wyskoczyć ze mną do baru.
-Nie tym razem.
-Z kim idziesz na ognisko?
-Z Lissą, Ashtonem i jego dziewczyną.
-Ash ma dziewczynę?
-Tak.
-Mogę iść z wami?
-Zapytaj Lissę.
-Dobrze-wyciągnąłem telefon
-Masz jej numer?
-Przepisałem z telefonu Stefana.
-Hmmm?-odebrała zaspana Lissa po 4 sygnałach
-Hej-przez chwilę milczałem-Czy mógłbym prosić przepiękną panią o możliwość uczestniczenia w waszym dzisiejszym ognisku?
Spojrzałem na Katherine siadającą z naleśnikami w fotelu. Patrzyła na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
-Co ty dziś brałeś, Damonie?
-Chciałbym powiedzieć, że jakąś piękną niewiastę, ale niestety.
Katherine z uśmiechem pokręciła głową.
-Hah, możesz iść, ale spytaj jeszcze Kath.
-Zabawne, ona kazała mi spytać Ciebie.
-Mhm, to możesz iść
-Dziękuję.
-Spoko-rozłączyła się
-Dlaczego nagle chcesz zakopać topór wojenny?-spytała Herondale
-Nie chcę być sam.
-Ojej to było urocze, aż mogłabym cię przytulić.
-Możesz.
-Nie chcę-pokręciła głową ze złośliwym uśmiechem.
-Oj chcesz.
-No dobra, ale dlatego, że nalegasz-odłożyła talerz na stolik. Stanęła przede mną gestem ręki karząc mi wstać.
-Jak oficjalnie-podniosłem się i przez chwilę nie mogliśmy się dogadać. Robiliśmy te same ruchy jakby jedno z nas było odbiciem w lustrze.
-Chwilę-zatrzymała mnie w jednej pozycji dopasowując się do niej, aż wreszcie udało jej się mnie przytulić.
-Nie poznaję cię-powiedziałem oddając uścisk
-Bo nigdy mnie nie poznałeś
-No tak-przewróciłem oczami
-No tak, tak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz