31: Hold me tight or don't

***
Poszłam do sklepu całodobowego. O 23 byłam w nim sama, a przynajmniej tak mi się wydawało.  Przez słuchawki w moich uszach nie usłyszałam podkradającego się do mnie Damona. Przez pewną chwilę nadal sprawdzałam ile mięsa jest w mięsie.Wpadłam na niego odwracając się
-Wyglądasz jak wystraszony kociak-uśmiechnął się.
-Dziękuję, kotki są urocze.-odpowiedziałam zdezorientowana. Oparł się o półkę zamykając mnie między jego ramionami.
-Nie powinnaś być w domu?
-Nie powinieneś się odsunąć? Znów mnie śledzisz?
-Możliwe-złapał mnie za brodę.
-Nie mam już siły, wygrałeś. Możesz iść ze świadomością, że udało ci się mnie złamać.
-Nie. I powiem Ci, że złamanie cię nie było moim głównym celem.
-Czego ty chcesz?
-Czegoś-przerwał na chwilę aby kontynuować-ale po co mam mówić skoro w końcu sama się dowiesz. Jeśli przyjmiesz moje zaproszenie.
-Jakie zaproszenie?
-Do mnie-uśmiechnął się-Na drinka.
-Nie, dziękuję. Odsuń się-ściągnęłam jego rękę z mojej brody.
-Czemu nie?
-Bo nie mam zamiaru udawać, że cię lubię.
***
Damon:
Nie pamiętam kiedy zasnąłem, ale to musiał być sen.
-Damon-powiedział Stefan stojąc w salonie naszego ojca. Wszystko było wyciągnięte z czasu gdy ja i on byliśmy jeszcze dziećmi. Jedynym nie zgadzającym się elementem były nasze ubrania.
Mój brat wskazał mi miejsce które miałem zająć. Zamiast tego szybkim krokiem pokonałem dzielącą nas odległość przytulając go do siebie.
-Stefan-szepnąłem
-Spokojnie.
-Przepraszam.
-Nie wiń się. Jest dobrze.
-Co tu robisz?
-Chcę ci powiedzieć, że masz dać spokój dziewczynom. Wiem, że potrzebujesz kogoś kim będziesz mógł się opiekować, przez do, że bierzesz na siebie odpowiedzialność za moją śmierć, ale nie możesz ich traktować tak jak traktujesz. Dajesz sprzeczne sygnały.
-Jeśli to zmienię, będą chciały to wykorzystać.
-Nikt nie chce cię wykorzystać. Pomogą ci jeśli cię polubią. Sam wiesz.
-Pomagały mi ze względu na Ciebie.
-Więc zrób coś żeby robiły to ze względu na Ciebie.
-Wątpię aby kiedyś do tego doszło.
-Nie dadzą ci szansy jeśli sam jej sobie nie dasz. Sam się skreślasz. Idź do nich.
-I co mam powiedzieć? Liss jest gotowa mi coś zrobić.
-Wytłumacz im wszystko.
-Nie uwierzą.
-Jeśli chcesz się poddać nie dam rady zmienić twojego zdania. Ale jeśli dasz za wygraną, bardzo dużo stracisz-odsunął się ode mnie zakładając płaszcz-powodzenia braciszku-wyszedł zamykając za sobą drzwi.
W tym momencie otworzyłem oczy i ujrzałem moją sypialnię. Zegar wybił pierwszą w nocy. Zerwałem się na równe nogi ubierając się.
-Cholerny Stefan, jego cholerne przyjaciółki, ten cholerny zegar-mruczałem walcząc z paskiem.
***
Będąc pod domem Lissy poszedłem na tyły gdzie miała pokój. Miała zapalone światło. Wskoczyłem na parapet stukając w okno, które po chwili się otworzyło
-Damon? Czego ty chcesz?
-Mogę wejść?
-Po co?
-Bo dziwnie wyglądam balansując na parapecie, a to co chcę powiedzieć może trochę zająć.
-Możesz mówić tu.
-Dobrze. Wiem, że przepraszam nic nie da, ale sądzę, że powinnaś wiedzieć o tym, że...-odetchnąłem zbierając słowa-Że cieszę się, że Stefan miał taką przyjaciółkę, jestem ci wdzięczny za pomoc. Nie jestem dobrą osobą. Nigdy nie będę jak Stefan, o czym przypominam na każdym kroku.
-I na dodatek wszędzie jest cię pełno.
-Nie obroniłem Stefana. Chcę chociaż mieć na oku jego przyjaciółki.
-Odkupujesz tak swoje winy?
-Tak, przynajmniej taki był zamysł, choć zraziłem do siebie bardzo dużo osób.
-Racja.
-Pewnie chcesz żebym się gonił. Wiem, nie zasługuję na łaskę.
-Każdy zasługuje na przebaczenie, ale ty przesadzasz często.
-To...chyba już pójdę.
-Dobry pomysł.
Zeskoczyłem wracając do auta.
-Mówiłem Stefan to nie wypali-mruknąłem trzaskając drzwiami-Żebyś nie myślał, że po tym pojadę do Katherine. Nie będę się przed nią płaszczył-warknąłem
***
Katherine otworzyła drzwi okryta szarym kocem. Patrzyła na mnie z przymrużonymi oczami i włosami w nieładzie.
-Damon-ziewnęła-Wiesz, która jest godzina?
-Tak, wiem.
-Tyle dobrego.
-Mogę wejść?
Pokiwała głową otwierając szerzej drzwi. Usiedliśmy razem na kanapie. Zacząłem powoli zwierzać się z tego jak bardzo jej nienawidziłem, ale chciałbym zacząć od nowa gdy zobaczyłem, że powoli zamykają jej się oczy.
-Kath słuchasz?
-Yhym-otworzyła oczy-Mów dalej
-Może idź spać. Jutro porozmawiamy.
-Nie, nie. Słucham.
-Na pewno?
-Yhym
-Okay. Wiem ile razy cię skrzywdziłem. Wiem jak musiałaś to przeżywać.
-Bez przesady.
-Słucham?-zdziwiłem się patrząc jak ponownie zamyka oczy
-Wszystko jest okay
-Nie, nie jest. Nienawidzicie mnie, a ja...ja nie chcę być kompletnie sam...znowu...
-Wszystko jest w porządku
-Żartujesz sobie.
-Jestem absolutnie poważna.
-Dziękuję-uśmiechnąłem się
-Czego chciałeś w sklepie?
-Pogadać. O tym.
-To dobrze.
Wstała z zamkniętymi oczami
-Odnieść cię do łóżka?-spytałem
-Nie, chcesz zostać na noc? Możesz spać na kanapie.
-Jasne.
-Przyniosę ci kołdrę...i tak dalej
***
Rano otworzyłem oczy. Minęła chwila zanim przypomniałem sobie gdzie jestem. Podniosłem się rozglądając po pomieszczeniu. Katherine była w kuchni robiąc bóg wie co z patelnią.
-Katherine?
-Tak?
-Co ty robisz?
-Naleśniki-stanęła w progu-Jesz ludzkie jedzenie czy jesteś ponad to?
-Niestety musisz zjeść je sama-uśmiechnąłem się
-Nie ma problemu-ponownie stanęła przy patelni
-Jakieś plany na wieczór?
-Ognisko, a twoje?
-Myślałem, że będziesz chciała wyskoczyć ze mną do baru.
-Nie tym razem.
-Z kim idziesz na ognisko?
-Z Lissą, Ashtonem i jego dziewczyną.
-Ash ma dziewczynę?
-Tak.
-Mogę iść z wami?
-Zapytaj Lissę.
-Dobrze-wyciągnąłem telefon
-Masz jej numer?
-Przepisałem z telefonu Stefana.
-Hmmm?-odebrała zaspana Lissa po 4 sygnałach
-Hej-przez chwilę milczałem-Czy mógłbym prosić przepiękną panią o możliwość uczestniczenia w waszym dzisiejszym ognisku?
Spojrzałem na Katherine siadającą z naleśnikami w fotelu. Patrzyła na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
-Co ty dziś brałeś, Damonie?
-Chciałbym powiedzieć, że jakąś piękną niewiastę, ale niestety.
Katherine z uśmiechem pokręciła głową.
-Hah, możesz iść, ale spytaj jeszcze Kath.
-Zabawne, ona kazała mi spytać Ciebie.
-Mhm, to możesz iść
-Dziękuję.
-Spoko-rozłączyła się
-Dlaczego nagle chcesz zakopać topór wojenny?-spytała Herondale
-Nie chcę być sam.
-Ojej to było urocze, aż mogłabym cię przytulić.
-Możesz.
-Nie chcę-pokręciła głową ze złośliwym uśmiechem.
-Oj chcesz.
-No dobra, ale dlatego, że nalegasz-odłożyła talerz na stolik. Stanęła przede mną gestem ręki karząc mi wstać.
-Jak oficjalnie-podniosłem się i przez chwilę nie mogliśmy się dogadać. Robiliśmy te same ruchy jakby jedno z nas było odbiciem w lustrze.
-Chwilę-zatrzymała mnie w jednej pozycji dopasowując się do niej, aż wreszcie udało jej się mnie przytulić.
-Nie poznaję cię-powiedziałem oddając uścisk
-Bo nigdy mnie nie poznałeś
-No tak-przewróciłem oczami
-No tak, tak.

30: Now that she's back from that soul vacation

Katherine:
W następnym tygodniu ponownie spotkałam się z Lissą. W parku odbywało się przywitanie jesieni. Znalazłyśmy dwa drzewa wystarczająco blisko siebie, abyśmy mogły rozwiesić hamak. Gdy byłyśmy już pewne, że nic się nie rozwiąże usiadłyśmy na po przeciwnych stronach przykrywając się jednym ciepłym kocem. Rozlałam nam do kubków gorącą czekoladę którą przywiozłam w termosie. Na scenie odbywał się pokaz talentów. Na scenie stała dość wysoka dziewczyna śpiewając "you the one that i want". Zaczęłam śpiewać razem z nią z ręką uniesioną do góry. Ruszałam biodrami w prawo i lewo powodując lekkie chwianie się nas obu. 
-Kath, już spokojnie.
-Już już-uśmiechnęłam się.
-Promieniejesz.
-Od tygodnia mam spokój. Nie widzę Damona, a wampiry nie panoszą się po mieście. Cieszę się wolnym.
-Cieszę się.
-...Nie widać-przestałam się uśmiechać-Coś się stało?
-Nie, wszystko jest po staremu...Oprócz tego, że przez większość dnia słyszę od Ash'a "Miranda to...Miranda tamto..."rzygać można. Ma bzika na jej punkcie.
-Lissa...lubisz Ashtona?-uśmiechnęłam się znacząco, a ona podniosła wzrok pijąc ze swojego kubka aby uniknąć odpowiedzi
-Jest moim przyjacielem.
-Iiii?
-I nic więcej.
-Niedawno nie był nawet przyjacielem.
-Ale go lepiej poznałam i się nim stał.
-Nie długo możesz poznać go jeszcze lepiej-uśmiechnęłam się tuptając nogami. Uwielbiam historie miłosne. Te moich znajomych, wydają mi się bardziej realne od książek czy filmów.
-Kath błagam Cię. Między mną, a nim nic nie będzie.
-Jaaasne-nadal uśmiechałam się do kubka.
-On kocha Mirandę geniuszu. Daj spokój Kath-przewróciła oczami- To tak jakbym mówiła, że masz być z...z kim ty byś mogła tu być.
-Aż tak trudno kogoś mi poświęcić?-zaśmiałam się
-Zamknij oczy i wyobraź sobie osobę której nie cierpisz.
-Już-zaczęłam wyobrażać sobie sylwetkę, która zaczęła przybierać dane rysy.
-Na pewno z nim będziesz!- krzyknęła, a ja otworzyłam szybko oczy podskakując.
-Co to było?
-Za głośno.
-Bardzo za głośno.
-Sorka. Coś ci się dziś śniło?
-Że czytałam gazetę w której były zdjęcia potraw. Mogłam włożyć widelec do obrazka i posmakować poszczególnych dań.
-Ale super. Gdyby tak było w prawdziwym świecie jadłabym rano naleśniki z syropek klonowym.
-Prawda? To by było cudowne, a Tobie się coś śniło?
-Damon jest na pikniku.
-Dziwny sen-zmarszczyłam brwi
-Nie sen, ale jak na razie nas nie widział. Wracając do pytania, Stefan mi się śnił. Byliśmy na łące, opowiadał mi, że jest mu teraz lepiej, że tęskni za Tobą i Damonem, ale odkąd tam jest jego życie jest lepsze. Jest szczęśliwy. Wie, że sobie dobrze radzimy i cieszy się, że mamy kontakt.
Łza  spłynęła mi po policzku.
-Piękny sen. Tęsknię za nim.
-Ja też. Może znałam go dzień, ale strasznie go polubiłam.  Można powiedzieć, że pokochałam. Żałuję, że wtedy go nie powstrzymałam jak chciał iść.
-To nie twoja wina. Zabili go następnego dnia. Dobrze, że ciebie wtedy nie było, ciebie też mogliby zabić.
-Byłoby nawet lepiej-wzruszyła ramionami-Przynajmniej nie słuchałabym jak chcesz, żebym była z Ashem.
-Ej przecież mnie lubisz-posłałam jej uśmiech przechylając głowę.
-Lubię...ale czasem jesteś denerwująca.
-Oj tam zaraz-powiedziałam gdy przykryła mnie kocem
-Śpij....Czego ty jeszcze chcesz?-warknęła po chwili do chyba domyślam się kogo.
-Może milej?
-Nie sądzę.
-W każdym razie-odetchnął-Zostaliśmy sami. Wszyscy inni nie żyją. Nie mam zamiaru cię przepraszać. Zwyczajnie nie przejdzie mi to przez gardło. Przejdźmy do momentu po pogodzeniu...Przepraszam, to ta Sophie?
-Tak, ale zasnęła więc nie waż się jej budzić.
-Nie wiem, chętnie bym ją poznał. Mogę jednak poczekać jeśli mi wybaczysz.
-A jak nie to co? Obudzisz ją? Zabijesz? Wiesz, że się zemszczę. Radziłabym sobie iść.
-Zemsta nie przywróciłaby jej życia. Zabawne, że rzeczywiście pachnie jak Katherine.
-Jeśli ją tkniesz nic nie przywróci życia tobie. Idź szukać sobie innych przyjaciół.
-Lissa przecież byliśmy przyjaciółmi.
-Byliśmy! Dokładnie! Ale pokazałeś, że jesteś dziecinnym, egoistycznym, apodyktycznym, dupkiem, który potrafi tylko krzywdzić innych w tym swojego brata.
Wampir zamilkł, a ja otworzyłam buzię w szoku.
-Chciałbym żeby obyło się bez grożenia, ale mnie do niego zmuszasz.
-Odejdź, bo nie będę patrzeć na świadków i coś ci zrobię.
-Stefan by nie odpuszczał-wystawił argument
-Stefan nie musiałby przepraszać.
-Nie był święty-warknął
-Nikt nie jest, ale on rozumiał swoje błędy, ty ich nie rozumiesz.
-Więc mnie oświeć.
-Było ich za dużo, Damon
-Oh na pewno coś uda ci się wydukać.
-Jesteś zapatrzony w siebie. Nie patrzysz na dobro innych, niczyje życie się nie liczy, tylko twoje.
-Uhhh mocne słowa, ale trafne. Szkoda, że odrzuciłaś moją propozycję. Ja poszukałbym sobie żywych przyjaciół...podobno Katherine nie żyje-warknął odchodząc, a Lissa kopnęła mnie w stopę.
-To była groźba?-spytałam
-Nie wiem, przepraszam, nie udało się. Nie dał się nabrać na Sophie.
-Naprawdę świetnie ci szło. Dziękuję....Wiedziałaś, że go nie oszukamy prawda?
Uśmiechnęła się dając mi do zrozumienia, że się rozumiemy.
-Przynajmniej miałaś ten tydzień spokoju.
-Było świetnie, dziękuję. Chciałabyś może jutro przyjść na ognisko? O 18.
-Jasne
-Kupię bułki do hot-dogów...i kiełbaski
-Ok
-...Fajnie nie?
-Mhm

29: Sucker for pain

Lissa:
*16:30*
Siedziałyśmy w kawiarni, przy oknie patrząc na ludzi przechodzących obok
-Gdzie byłaś?-odezwałam się wreszcie skupiając na sobie, na chwilę jej wzrok. Odłożyła filiżankę na talerzyk z cichym westchnięciem.
-Jak najdalej stąd-uśmiechnęła się szybko mieszając wymieszaną kawę.
-Czyli?
-Nie ważne. Jak tam u Ciebie?-spytała oblizując łyżeczkę. Jej łokcie ani razu nie dotknęły stołu.
Wzruszyłam ramionami.
-Więcej czasu spędzam z Ash'em. Tyle się zmieniło.
-To dobrze, cieszę się-spojrzała ponownie skupia na mnie swoje spojrzenie-Chyba.
-Nie jest taki zły, gdy nie jest dupkiem.
-Jak fajny jak nie jest nie fajny...a grunt to ziemia.
-Noo...Wiesz, że gdyby  nie Pierce, nigdy byśmy go nie poznały i może miałby teraz narzeczoną.
-Pierce rozbija związki? Ktoś jej za to płaci czy to tylko hobby?
-Fajnie wiedzieć, że tylko mi nic nie zrobiła
-Cieszę się słońce, ale chyba zapomniałaś o Stefanie.
-No tak-napiłam się kawy-Ale też go długo nie znałam.
-Racja, miło wiedzieć, że kogoś nie skrzywdziła.
Uśmiechnęłam się blado szykując kolejne niewygodne pytanie.
-Co ci zrobił Damon?
-Myślałam, że wszystko już wiesz.
-Nie wiem co teraz zrobić?
-...Z nim?
-Co teraz zrobić, żeby się ukryć, bo właśnie wysiada z samochodu-spojrzała na samochód postawiony niedaleko od drzwi kawiarni.  Szybko wzięła kartę zasłaniając nią swoją twarz. Śledziłam wzrokiem wampira aż zniknął mi z pola widzenia-Przeszedł. Będziesz tak cały czas?
-Tak. Przynajmniej się postaram-odłożyła kartę-Wracając do Ashtona. Kiedy to się zaczęło?
-W dzień kiedy poszliśmy do klubu. Kiedy wróciłam po tym wszystkim do domu, a on siedział pod drzwiami z winem i przeprosinami. Wtedy to się jakoś zaczęło-wzruszyłam ramionami-Jesteśmy przyjaciółmi. Niczym więcej.
-Mimo wszystko. To było urocze, prawda?
-Tak trochę. Z tego co mi opowiadał był romantykiem, ale zmienił się po śmierci miłości jego życia.
-Może z tego będzie coś więcej
-Przyjaźń damsko męska
-Nie istnieje-dokończyła- Chyba, że jedno z dwójki przyjaciół jest homo lub w związku.
-To jak niby ty przyjaźniłaś się ze Stefanem?
-Byliśmy dziećmi, przez długi okres czasu się nie widzieliśmy i ponownie spotkaliśmy się gdy byłam z Chrisem.
-...Ale ja i Ash. Wątpię
-Przepraszam, ale chyba tylko ty.
-...Więc o czym gadamy?
-Nie wiem.
-Damon wszedł do kawiarni. Nie chce ci się przypadkiem skorzystać z toalety?
-Rzeczywiście, potwornie-uśmiechnęła się do mnie idąc w stronę drzwi z kółkiem. Szkoda tylko, że zapomniała torebki. Było już za późno, Damon odwrócił się w moją stronę, aby po chwili podejść i usiąść na miejscu Kath.
-To torebka Katherine?
-Nie, mojej koleżanki Sophie.
-Używają tych samych perfum?
-Widocznie, nie wiem, nie wącham swoich koleżanek. Co tu robisz?
-Siedzę.
-Dlaczego nie w barze?
-Wolę kawę
-Kawę? Od kiedy?
-Od zawsze.
-Więc napij się kawy z laską, którą przed chwilą wyrywałeś.
-Oj nie bądź zazdrosna. To, że do kogoś nieraz się uśmiechnę nie znaczy, że flirtuję.
-Nie jestem. Jestem zła bo wyraziłam się jasno, że masz się trzymać ode mnie z dala.
-I co mi zrobisz za to, że tu usiadłem?
-Mogę sprawić, że za sekundę zaczniesz się palić.
-W kawiarni?-uniósł brew-Przy świadkach?-uniósł kolejną-Czarownice jednak nie myślą.
-Idź stąd. Już. Irytujesz mnie. Powinnam zniknąć tak samo jak Kath.
Pochylił się w moją stronę opierając się łokciami o stół.
-Wiesz jak zniknęła?
-Co cię to obchodzi? Stało się dokładnie to czego oczekiwałeś.
-Nie chciałem.
-Najpierw się myśli potem robi. Idź już.
-...Wiesz coś o Katherine. Umarła czy zniknęła?
-Umarła-oznajmiłam- Już możesz iść. Nie chcę cię widzieć.
-..Rozumiem-wstał wychodząc, po pięciu minutach Kath wróciła na miejsce.
-Dziękuję, ratujesz mi życie. Wracając do Asha i Ciebie-przysunęła sobie krzesełko do stolika-Pasujecie do siebie
-Ehhh-przewróciłam oczami na co ona uśmiechnęła się do mnie delikatnie-Nie.
-"Ehhh" tak.
-"Ehhh" nie.
-Co nie?-spytał Ashton  siadając obok mnie. Wziął moją kawę i upił z niej łyka.
-Rozmawiamy o butach. Uznałam, że pluszowe szpilki z główkami króliczków są słodkie-uśmiechnęła się ponownie Kath.
-Mmmm nie są-oznajmił Ashton zdezorientowany. Ze zmarszczonymi brwiami patrzył raz na mnie raz na Katherine.
-Lissa też tak twierdzi.
-Wielkie umysły myślą podobnie-uśmiechnął się do mnie ciepło kradnąc mi kolejny łyk-Rozmawialiście z Damonem? Zastanawiałem się dlaczego był zły. Nawet powiedział "daj mi spokój pchlarzu". Myślałem, że to jego normalny stan, ale zobaczyłem was przez okno i...
-Ja z nim rozmawiałam-przerwałam mu.
-A z Kath ma ciche dni.
-Myśli, że nie żyje.
-Dlaczego?
-Bo to sk*rwiel i ma jej dać spokój.
-Oł, mocne słowa. O mnie też tak mówicie?
-Nie-Katherine wstała biorąc swoją torebkę-Podobno jesteś sympatyczny. Muszę już iść. Dziękuję za miły czas. Już zostawiam was samych.
A to wredna jędza- pomyślałam odprowadzając ją wzrokiem do drzwi. Ashton zajął jej miejsce siadając na przeciwko mnie z uśmiechem.
-Jak tam?
Wzruszyłam ramionami.
-Tak jak ostatnio. A jak u Ciebie?- starałam się wysłać mu szczery uśmiech, ale wyszedł mi grymas lub szczękościsk. Trudno mi to opisać.

-Okaaaay-przeciągnął wysyłając mi zmieszany uśmiech.
-Co tu robisz? Miałeś dziś jakąś randkę z tego co pamiętam. O 17, a jest 16:49.
-Odwołana. Ma grypę. Przyszedł bym do niej, ale jej mama nie pozwala jej sprowadzać mężczyzn do domu. Zwłaszcza, że nie noszę sweterka na koszuli więc muszę ściągać same kłopoty.
-Hah. Mogłeś raz założyć.
-Na ślub też bym musiał.
-Uuuuu od razu ślub planujesz?-zaśmiałam się
-I dzieci, będziemy mieli małą drużynę do siatkówki.
-Na pewno będą mistrzami świata.
-Tak, w bieganiu dookoła stołu i irytowaniu taty.
-Zawsze coś
-Hah-uśmiechnął się-A ty jakie masz plany?
-Nie wiem. Nie myślałam o tym...za bardzo.
-Za bardzo?
-Kiedy miałam pięć lat myślałam, że jak będę dorosła życie będzie łatwiejsze. Marzyłam o księciu na białym koniu, gromadce dzieci i pięknym domu z ogrodem...a potem zdałam sobie sprawę, że życie nie jest tak piękne jak się wydaje. Wytłumaczyła mi to babcia i na drugi dzień zmarła.
-Wyrobiła się w terminie-zaśmiał się po czym spuścił wzrok uświadamiając sobie, że było to nie na miejscu. Napiłam się ponownie kawy.
Moja mama przy tym była. Szła z babcią przez pasy, a na torach ją potrąciło.
-O matko. Przepraszam-zaczął się śmiać, aby ponownie wyjść na pewnego siebie "badboya".
-Czemu się śmiejesz?
-Odebrała dziecku marzenia, a potem za to wpadła pod tramwaj.
-To nie śmieszne. Poza tym, miała rację, nie istnieje książę na białym koniu.
-Racja, teraz używa się innego środka transportu.
-Nie chodzi o to na czym się jeździ-przewróciłam oczami-Tylko o to, że taki książę jest idealny dla swojej księżniczki, a ja mam dość duże wymagania, więc wiesz...
-Więc mam spadać? Zdradzę ci sekret. Wystarczy, żebyś przy facecie czuła się jak księżniczka żeby stał się twoim księciem.
-Tylko, że mój książę mnie rzucił. Wątpię by był jeszcze jeden taki.
-Skoro cię rzucił to po co chcesz drugiego takiego? Żeby znowu cię rzucił? Odtrącasz innych bo nadal jesteś zapatrzona w kogoś z kim już najprawdopodobniej nigdy nie będziesz. To głupie. Trzeba żyć dalej.
-Ale żeś mnie pocieszył-szepnęłam biorąc łyka już letniego napoju.
-Nie chciałem cię pocieszyć, tylko uświadomić w pewnych kwestiach.
-Wolę być sama, niż cierpieć przez facetów, ale jak znajdzie się ktoś taki to będzie super. Jak nie to nie...Moim mężem będzie gromada kotów.
-Jak oryginalnie-powiedział sarkastycznie-Odstaw tą kawę, tam są jakieś depresanty.
-Taaaa
-Ja mam zamiar znaleźć dziewczynę. Najbardziej obiecująca kandydatka leży w łóżku i kaszle.
-Hah, życie Ash'uś.
-I cieszę się, że mogę je przeżyć.
Zaśmiałam się kręcąc głową
-Ale wiesz, że musisz coś do niej czuć? Bo co po tym jak będzie twoja skoro nie będzie tego czegoś.
-...Kocham ją.
-To fajnie-pokiwałam głową.
-A ty masz kogoś na oku? Mężczyznę, nie kota.
-Miałam
-ah...-uśmiechnął się zmieszany
-Nom
-Taaaa