28: Sometimes I scrape and sink so low

Damon:
Następnego dnia już jej nie było. Zostawiła wszystko, samochód, rzeczy, pieniądze. Jakby rozpłynęła się w powietrzu. Zadzwoniłem do Lissy
-Hej Damon
-Widziałaś Katherine?
-Nie, a co?
-Zniknęła.
-Jak zniknęła?
-Zostawiła wszystko i jej nie ma
-Zadzwonię do niej
-Daj mi znać czy odebrała
Po 20 minutach Lissa oddzwoniła
-Co jej zrobiłeś?-wypaliła
-Ja?
-Tak ty!
-Nic!
-Bo ci uwierzę. Gadaj!
-Co ci powiedziała?
-Jeśli chodzi o ucieczkę to nic, dlatego sądzę, że to twoja wina...
-Co ci powiedziała...
-Że Luke został zabity, nie chcesz jej dać spokoju i powoli przeginasz pałę.
-Ale...
-Daj jej wreszcie spokój, nie musiałeś jej nachodzić. Stefan nie byłby z tego zadowolony.
Coś we mnie pękło. Teraz wszyscy będą mówić "Stefan to, Stefan tamto", żeby mnie ustawić tak jak im się podoba?
-...Skąd ty możesz to wiedzieć?
-Byłam jego przyjaciółką...a poza tym mówił mi o twoich wybrykach...i o tym jak wielkie uprzedzenia masz do Kath.
-Znałaś go przez dzień!
-Więc musiał mieć cię naprawdę dość skoro mi o tym powiedział. Dlaczego jej tak nie lubisz?
-Nie twoja sprawa.
-Okay, daj spokój mi i jej. Bo inaczej pożałujesz. Do widzenia -rozłączyła się.
Zacząłem myśleć dlaczego Kath mi tak przeszkadza. Brat wolał ją ode mnie, to po pierwsze. Po drugie, nie chciała mi powiedzieć jak przeżyła 155 lat. Była wampirem, ktoś dał jej lekarstwo i teraz jest człowiekiem, czy to była tak wielka tajemnica?...Po trzecie, nie mam nad nią kontroli. Ch*lera, jestem jeszcze większym dupkiem niż myślałem.
Katherine:
Szybkim krokiem przemierzałam jeden z jasnych korytarzy zamku. Po lewej stronie między filarami można było zobaczyć ogród z fontanną na środku, a po prawej drzwi do pomieszczeń o których na razie nie chce mi się mówić. Wszystko, filary, cegła pokrywająca ściany, sufit były w jasnym odcieniu szarości. Po ścianach pięły się różnorodne rośliny. Po mojej prawej, w moim tempie, kroczyła biała pantera. Stawiała swoje ciężkie łapy z gracją na marmurowych płytkach. Duże drzwi z mosiądzu z detalami się otworzyły.
-Co tak długo stokrotko?-spytała moja mama stojąc w swojej czarnej sukni z włosami spiętymi w niski kok.
-Miałam problemy z nogą.
-Po co ci jestem potrzebna?
-Chciałabym tu zostać przez tydzień, aż brat Stefana się odczepi. Potem znów będę latać i zabijać wampiry.
-Opuściłaś się w tym.
-Nikt nie zabija w moim obszarze, tylko Damon...z genialnym wyczuciem czasu, nagle pojawia się i uznaje, że moi znajomi są dla mnie zagrożeniem. Nie jest niebezpieczny tylko...głupi-uśmiechnęłam się do niej.
-Mam wrażenie, że skoro jest "głupi" jest też niebezpieczny. Zabij go Katherine.
-Obiecałam coś Stefanowi.
-On nie żyje.
-...Wiem...i nadal mam wrażenie, że żyje...tylko znowu nie mogę go znaleźć.
-Byliście ze sobą blisko co się dziwić?
-Wiem, ale nie będę się przejmować. Nie mogę, ktoś może to wykorzystać
-Rzeczywiście nie możesz się załamać, ale...możesz sobie pozwolić na chwilę skruchy i nie traktuj świata jakby miał cię tylko krzywdzić.
-Nie, nie...Chodzę do szkoły...poznaję normalnych ludzi...Naprawdę.

***
W domu zdążyłam się położyć na kanapie i zamknąć oczy gdy mój telefon zaczął wibrować. Złapałam to małe draństwo odbierając
-Heeeem?-jęknęłam przecierając oczy
-Boże dlaczego nie odbierasz?
-..Kto mówi?
-Lissa!
-O, hej.
-No Hej!
-Wszystko okay?
-Możesz się spotkać?
-Która godzina?
-Piętnasta.
-okay...Gdzie chcesz?
-Do kawiarni.

27: How fast the night changes?


Katherine:
Słońce powoli zachodziło. Stałam z Lukiem w środku lasu nad ceglanym mostkiem dzielącym miasto od cmentarza. Stanęłam na palcach chcąc zobaczyć jak woda obija się o kamienie. Na swoich biodrach poczułam pewne i silne dłonie.
-Nie wychylaj się-pouczył mnie ciepłym głosem, jakby naprawdę wierzył, że mogę coś sobie zrobić
-Spokojnie, nic mi nie będzie...
Bez uprzedzenia znalazłam się z nim po drugiej stronie. Na miejscu na którym wcześniej stał zaparkował samochód. Drzwi się otworzyły i wysiadł z niego Damon.
-Ej!-wampir obok mnie oburzył się jego nieodpowiedzialnym zachowaniem.
-Spokojnie, przecież masz zdolność regeneracji
-Ale Kath nie.
-Pffff nic jej nie jest
-Katherine daj nam podyskutować-warknął Luke
-Pozwolisz mu sobą pomiatać?-powiedział do mnie to wszystko jak żart.
-Traktuję ją lepiej od ciebie-zauważył, patrząc z zawiścią na Damona. Jedyne na co było mnie stać to westchnięcie "O matko". To nie było "o matko" typu "Znowu się kłócą" tylko "Oni mi się tu zaraz pozabijają"
-Właśnie widać
-Nadal jesteś nie złym dupkiem, co Salvatore?
-Wypraszam sobie, nie jestem dupkiem.
-Racja, za mało powiedziane
-Ej cichutko-wtrąciłam się szarpiąc go leciutko za koszulkę
-Kath...proszę, daj dokończyć-powiedział Luke
-Nie uciszaj jej
-Nie mów mi co mam robić. Za kogo się niby uważasz?
-Za kogoś lepszego od ciebie.
-Możecie, proszę, być cicho?-spytałam
-Nie-warknął Damon
-Nie mów tak do niej
-Powiedziałem tylko "Nie" pacanie!
-Jesteś nic niewartym degeneratem.
-Ja? A mówiłeś jej co zrobiłeś w 1950?
-Nie waż się
-Oh czyli nie?
-Damon...odjedź-warknęłam
-Dlaczego? To naprawde piękne historia....Był piękny słoneczny dzień.
-Nie próbuj-ostrzegł go Luke. Zrobił krok w stronę Salvatore, który tylko uśmiechnął się złośliwie
-Spokojnie. Katherine uratowała mi życie, chcę się tylko odwdzięczyć i ostrzec ją  przed tobą. Poznałem go w karczmie....W której zabił twojego kuzyna. Wypatroszył go-zaczął gestykulować jakby opowiadał o procesie malowania obrazu-Flaki były wszędzie, to samo krew. Był nią wysmarowany. Przewiesił sobie jelito przez szyję jak najlepszą biżuterię, a ciało twojego krewniaka rzucił w kąt.
Położyłam rękę na ramieniu Luke'a, on jednak ją strzepnął. Nie odrywał wzroku od swojego wroga.
-Dobrze to zapamiętałeś co?-powiedział głosem pozbawionym uczuć
-Luke przestań-powiedziałam widząc co się właśnie stało
-Więc gwarantuję, że to też zapamiętasz-złapał mnie za szyję i pewnie złamał piszczel szybkim, mocnym kopnięciem. Potem krótki lot przez barierkę i wylądowałam w wodzie uderzając jeszcze złamaną nogą o kamień. Złapałam się kolejnego głazu nie dając się porwać strumieniowi. Chwilę potem do wody wylądowała głowa Luke'a. Patrzyłam na nią z szeroko otworzoną buzią.
-Chodź Kath-Damon wyciągnął mnie z wody i wziął na ręce-Teraz mi nie uciekniesz
Gdy posadził mnie w samochodzie spojrzałam na niego ze smutkiem i złością, które mówiły za mnie wszystko to, czego nie byłam w stanie z siebie wydusić.
-Ej, nie smuć się-pogłaskał mnie po policzku.
-Jesteś z siebie dumny?-szepnęłam zduszonym głosem.
-Należało mu się.
-Dlaczego mieszasz się w nieswoje sprawy?
-Bo one są najlepsze
-Mówiłam, że nie chcę, abyś był częścią mojego życia, w jakimkolwiek stopniu.
-Ale ja chcę nim być
-...Co tu robisz?
-Wyszedłem się przejść.
-Samochodem?
-...Okay, nie ufałem mu.
-...Sama sobie poradzę-wstałam zapominając o nodze i od razu znalazłam się na ziemi
-Pokraka z ciebie...Pomogę ci
-Podziękuję-powiedziałam wstając i opierając się o samochód. Pokuśtykałam, a właściwie rzuciłam się w stronę barierki.
-Tak będziesz szła parę godzin
-Jak najdalej od ciebie
-Przed chwilą prawie się wywaliłaś
-Sprawdzam stan grawitacji-warknęłam przez ramię
-Nie marudź kobieto-ponownie złapał mnie na ręce sadzając na miejscu koło kierowcy
***
Poderwałam się z łóżka z głośnym wciągnięciem powietrza. Połowa włosów opadła na lewą część mojej twarzy. Żadne ze świateł nie było zapalone i już prawie miałam dać upust emocjom. Zdążyłam zaszlochać i puścić jedną łzę.
-Płaczesz?-Damon wychylił się zza drzwi. Zaczęłam szybko przecierać polik.
-Wydaje ci się
-Czemu płaczesz?-usiadł na łóżku
-...Muszę to wszystko z siebie wyrzucić...wyjdź proszę.
-Dobrze.
-Możesz zajrzeć do szafki z alkoholami...
-Jesteś miła gdy musisz się wyżyć?-zaśmiał się, a ja przetarłam oko koszulką. Patrzyłam na nią chwilę marszcząc brwi.
-Przebrałeś mnie?
-Tylko do bielizny. Spokojnie, nie gapiłem się....za długo.
-...-patrzyłam się jeszcze chwilę na koszulkę trzymając ją w rękach
-Kath?-patrzył jak kładę bolącą nogę na ziemi i siadam na krańcu łóżka z miną wyrażającą nędzę i rozpacz-Może lepiej nie wstawaj
-Cichutko-szepnęłam i tak szybko jak wstałam tak szybko usiadłam z powrotem.
-A mówiłem...jeśli nie możesz wytrzymać w łóżku, mogę pomóc ci się przejść.
-Nie, chciałam tylko sprawdzić czy jest złamana
-Sprawdzałem, nic nie czuję
-Dziękuję, ale nie musisz się mną opiekować.
-Chcę. Potrzebujesz kogoś, a Stefana nie ma. Przyznaj, że potrzebujesz mojej pomocy
-Okay...jednorazowo
-Dobrze. Kuzyn będzie dziś rano. Będziemy cię pilnować.
-Jednak już mi lepiej.
-To wstań-powiedział, a ja spojrzałam na niego z szeroko otwartymi oczami podpierając się o miękki materac-...Nie dasz.
-Ale
-Ciiii-położył mi palec na ustach
***
Rano kulałam do łazienki. Byłam zła przez fakt, że muszę udawać sierotę. Nie mogę nic zrobić bo on ciągle jest gdzieś w pobliżu. Umyłam zęby, a potem dosłownie wleciałam pod prysznic modląc się abym nic sobie więcej nie zrobiła. Wytarłam się i ubrałam siedząc na podłogę. Poczołgałam się po kafelkach do parapetu o który mogłam się podeprzeć i wyjrzałam przez okno. Wrócił.
Ostatecznie oraz dosłownie w podskokach zeszłam po schodach stając na ostatnim . Można powiedzieć, że to co zobaczyłam w salonie, tuż przy drzwiach frontowych, zwaliło mnie z nóg. Patrzyłam na chłopaka o ciemnych włosach stojącego przy drzwiach frontowych. Chłonęłam go wzrokiem szukając jakiejkolwiek wady, która sprowadziłaby mnie na ziemię. Nic. Chodząca perfekcja. Zostało mi cieszyć się, że oddycha tym samym powietrzem i uśmiecha się w moją stronę. Uśmiecha. Wypadałoby odpowiedzieć tym samym, choć teraz pewnie wszystko co robię wydaje się wzywaniem o pomoc.
-Sama przeszłaś taki kawałek?-odezwał się nieznajomy
-Tak...można to tak ująć-teraz nie mogłam przestać się uśmiechać. Czułam się jak pięciolatka. Nie chciałam niczego więcej, niż tylko na niego patrzeć. Nie wierzę w drugą wielką miłość, reszta przy niej zawsze będzie miała jakieś mankamenty.
-Damon mówił, że potrzebna ci pomoc-wskazał na wampira, który właśnie wszedł do środka
-Troszeczkę histeryzuje-przyznałam
-A ty świetnie sobie radzisz- zmierzył mnie wzrokiem-Jak się przemieszczasz?
-Jedna noga wisi w powietrzu, a druga odwala brudną robotę.
-Może ci ją obejrzę?-zapytał. Nie odrywaliśmy od siebie wzroku. Damon patrzył raz na jedno raz na drugie z lekkim...obrzydzeniem?
-Znasz się na tym?
-Walczyłem z Damonem na froncie...Coś tam wiemy.
-Walczyliście razem?-oparłam się o poręcz zainteresowana.
-Tak, jestem jego mentorem-uderzył go, po przyjacielsku w ramię.
-Byłeś-mruknął Salvatore zdegustowany całą sytuacją.
-...Jak masz na imię?-powiedział olewając już zupełnie Damona
-Katherine Herondale
-Chyba cię znam.
-Skąd?-uśmiechnęłam się delikatnie
-Bawiłaś się w domu ze Stefanem, kiedy wychodziłem z Damonem na polowanie...kiedy cię przemieniono?
-Emmmm...W 1860...
-Nie jesteś wampirem...
-Już nie-odpowiedziałam, a Damon uśmiechnął się jakby odkrył tajemnicę powstania wszechświata.
Chłopak pomógł mi usiąść na fotelu po czym ukucnął przede mną obejmując delikatnie moją nogę i naciskając w kilku miejscach.
-Nie źle obita...co się stało?
-Upadłam...
-Wygląda jakbyś upadła, ale z 12 metrów
-Mniej więcej ...
-Boli?
-Mniej niż wczoraj.
-Wygląda na to, że obejdzie się bez gipsu..ii...chyba już wiem dlaczego Damon chciał ci pomóc. Jesteś uroczą młodą damą.
-Wątpię-bezskutecznie wtrącił Damon
-Dziękuję-uśmiechnęłam się do jego kuzyna-Na ile dni tu przyjechałeś?
-Tydzień...musimy się częściej spotykać
-Koniecznie-ożywiłam się-Może chcesz zostać na kawie?
-Pozwól, że dziś to ja ją zrobię-powiedział znikając w kuchni
-Nie wiedziałam, że masz kogoś porządnego w rodzinie-zwróciłam się do Damona
-Obraziłaś właśnie Stefana
-Hah...chodziło mi o tą żyjącą część rodziny
-Czyli obraziłaś mnie?-spojrzał na mnie z pretensją i zacisnął usta w wymuszonym uśmiechu.
-Nie przyzwyczaiłeś się jeszcze?-przyłożyłam rękę do ust udając zdziwienie
-Odpuść mi
-Kiedy ty mi odpuścisz?
-Nigdy-warknął
-Na spotkaniach z twoim kuzynem też będziesz mnie śledził?
-Może
Szybko złapałam się za głowę. Otworzyłam usta z zapartym tchem.
-Co się dzieje?-spojrzał na mnie lekko zmartwiony
-To Stefan
-Co?
-Próbuje się skontaktować...mówi...mówi...,że możesz spi*rdalać
-Głupia jesteś-pokręcił głową
-To po co ze mną dyskutujesz? Spójrz, kolejny argument dla którego możesz dać mi spokój.  Istne szaleństwo co?
-Zobaczymy
-...-poprawiłam się na fotelu-Musisz mnie nienawidzić...dlaczego nie skorzystasz z okazji? Jestem sama i niepełnosprawna. Mogłabym spaść ze schodów i nabić się na nóż...z 10 razy.
-To tylko noga, ale nadal możesz mnie przemienić w człowieka.
-Powiedziała ci?
-Ehe
-Mogę, ale gdzie byłby w tym ubaw?...Właśnie mi uświadomiłeś, że nie musimy się znosić.
-Co to ma znaczyć?
-Zobaczysz

26: These are the words but the words aren’t coming out They burn ‘cause they are hard to say

Kiedy przyjechałam do domu, w kuchni siedział Ashton.
-Zabijesz mnie-powiedziałam kładąc kawy i ciasto na blacie.
-Nie, dopiero co umyłem ręce.
-Powiedziałam Tomowi, że jesteś moim bratem. Mogłam powiedzieć, że chłopakiem, może by się odczepił.
-Brat pasuje
-Ehhh on chyba nie da mi spokoju-powiedziałam siadając na blacie i biorąc swoją kawę.
-Powiedział ci "cześć" na ulicy, a to stalker
Prychnęłam słysząc jego sarkastyczną wypowiedź
-Powiedział do zobaczenia. Chciałam tylko...Kogoś zaliczyć?...Mogłam iść do ciebie. Miałabym chociaż spokój.
-...Ej a może ja nie chcę?
Spojrzałam na niego
-Powiedziałam mogłam idioto.
-Masz rację...jestem łatwy.
-Wystarczy, ze ci stanie. Jemu załatwiłam erekcję w 3 minuty. Tobie mogłabym w pięć.
-Załatwiła? To brzmi jakbyś obcięła ją tasakiem.
-Co?
-Nic nic...a co do mnie...umiem się powstrzymać ze spuszczeniem się.
-A co mnie obchodzi czy byś doszedł-zaśmiałam się-Ważne bym ja doszła.
-Widać, że nie byłaś jeszcze w poważnym związku-odgryzł się.
-Byłam, ale kobieta kiedy ma chcice nie patrzy na faceta tylko na siebie.
-A ja sądzę, że niezależnie od sytuacji patrzy się również na drugą osobą.
-Nie wiedziałam, że z ciebie taki romantyk....nie ważne...zależy co się do niej czuje-wzruszyłam ramionami upijając łyk kawy- Ja do Toma nic nie czuje. Potrzebowałam odskoczni...Bo po Joshu nikogo nie miałam. W sensie w łóżku...od dwóch miesięcy.
-W każdym razie...niezależnie czy kobieta, czy mężczyzna. Osoba która kończy jak dojdzie i nie stara się aby partner lub partnerka przeżyły to samo musi być niezłą świnią. Od razu widać, że coś jest nie tak. I na marginesie, powinnaś była pójść do kogoś bardziej trzeźwego. Dłużej by stał.
Zaśmiałam się
-Skończyliśmy jak oboje doszliśmy, a stał tyle ile powinien...a poza tym żartowałam z tym co powiedziałam idioto. Co miała bum cię zrzucić z siebie i powiedzieć żebyś sobie poszedł? Ash błagam cię. Zacznij myśleć.
-Przy tobie się nie da
-Fajnie wiedzieć
-Wiem, że fajnie.
-Ehhhh...a ty miałeś jakiś poważny związek?
-Jeden
-Opowiadaj-poprawiłam się na blacie.
-...Miała na imię Allison. Poznaliśmy się w liceum, niedaleko Mystic Falls. Była delikatną dziewczyną z blond włosami sięgającymi do ramion. Miała piękne brązowe oczy. Niemal czarne, zawsze kojarzyły mi się z oczami sarny...była dla mnie wszystkim-mówił z uśmiechem, jakby wspominał najpiękniejsze chwile jego życia.
-Czemu nie jesteście razem?
-...-jego uśmiech znikł-Z tego samego powodu z jakiego jestem w tym mieście.
-Pierce ?
-Tak.
-Zabiła ją czy kazała tobie?
-...Pojechaliśmy pod namiot, poza miasto. Było romantycznie, w misce leżały owoce...Między innymi truskawki, borówki i kawałki arbuza.
-Nie wiedziałam, że z ciebie taki romantyk.
-Bo teraz jestem męską dziwką.
-Tak się zachowujesz...I jesteś łatwy.
-Hah, w porównaniu z twoimi dwoma miesiącami rzeczywiście jestem.
-Dwoma
-Dwoma.
-...Tylko raz się zakochałeś?-wróciłam do tematu
-Nie...ale tylko raz tak bardzo...
-Nie dokończyłeś opowiadać
-To...nie opowieść na ten dzień.
-Mów dalej...
-Hah, nie na ten dzień.
-Czemu?
-Muszę pozbierać myśli.
-Więc kiedy chcesz się spotkać?
-Kiedy ci odpowiada?
-We wtorek.
-O której?
-O 14 kończę lekcje. Może o 15 w kawiarni w galerii?
-Dobrze.
Uśmiechnęliśmy się do siebie.
**Wtorek**
Weszłam do kawiarni i od razu zauważyłam Ash'a siedzącego przy stoliku pod ścianą. Podeszłam i usiadłam naprzeciw niego.
-Hej
-Hej
-Opowiadaj
-Było romantycznie. Słońce powoli zachodziło, a my poddaliśmy się chwili. Całowaliśmy się jakby świat się dla nas zatrzymał...gdy nagle poczułem silne łapy na moich plecach. Zostałem wyciągnięty za koszulkę z namiotu, przez jednego ze służących Pierce. Drugi z nich wywlekł Allison wrzucając ją do ciężarówki. Takiej samej do której niedaleko wrzucili Kath. Patrzyłem w stronę czarnego samochodu, wiesz takiego którym dowozi się jedzenie do sklepów i tym podobne. Trzymał mnie za włosy drugą ręką przykładając nóż do gardła. Pierce podeszła do mnie oferując, że mogę do nich dołączyć. Nie chciałem, ale miała dobry argument. Mogłem ocalić Allison. Nie miałem wyjścia...a praca zmusiła mnie do wyzbycia się empatii i innych, podobnych cech.
-...Nie dość, że kazała ci ją zostawić to jeszcze przez nią pozbyłeś się swoich dobrych cech?
-Tak...i sądzę, że jestem lepszym człowiekiem niż byłem.
-No tak, ale musisz przyznać, że aniołkiem też nie jesteś.
-Ej, jestem-przerwał na chwilę aby popić kawę-przeeeeeeuroczy.
-Oczywiście, jak 5 letnie dziecko proszące mamę o lizaka.
-Ale uroczy
-Hah, jasne.
-A czemu jej nie poszukasz?
-Po tym jak cię poznałem, wróciłem do bazy...Spałem do 6 rano. Gdy wstałem zrobiłem sobie krótki spacer po korytarzu. Jedna z sal miała uchylone drzwi..... Leżała na stole martwa. Podbiegłem do niej. Obok na stoliku leżały jej akta zaznaczone czerwoną pieczątką "eksperyment nieudany". Wtedy od nich uciekłem...nie zdała jednego durnego eksperymentu...
-Oł współczuję...Na drugi dzień do mnie przyszedłeś. Nie wydawałeś się smutny.
-Byłem wściekły. Miałem dość twoich gierek i powstrzymywałem się aby cię nie rozerwać.
Zatkało mnie. Otworzyłam buzię chcąc coś powiedzieć, ale nie wiedziałam co, więc ją zamknęłam.
-Czyli przyszedłeś mnie zabić?
-Nie, po portfel, a ty zaczęłaś gadać. I wtedy byłem na granicy z szałem. Bardzo często mówisz od rzeczy.
-Wiem, ale ja nie potrafię siedzieć cicho. A po wcześniejszym wieczorze byłam na ciebie zła i się ciebie trochę bałam. Przepraszam.
-Nic się nie stało-powiedział z lekkim uśmiechem, aby pokazać, że wszystko jest już w porządku-Ja też przepraszam.
-Za co?
-Wszystko
-Okay...
-Myślisz, że pokochasz jeszcze kogoś, tak jak ją?
-Mam nadzieję... ale sądzę, że tak...teraz ty opowiedz coś o sobie.
-A co chcesz wiedzieć?
-Wszystko o twoim najlepszym związku. Żeby pasowało do poprzedniego tematu.
-najlepszy okazał się najgorszym. Byłam z Joshem dwa lata. Było świetnie. Chociaż tak myślałam. Zerwał ze mną tydzień przed 3 rocznicą....przez sms'a...potem podrywał moją przyjaciółkę.
-Ej ja się rozgadywałem, ty też się rozwiń.
-Ehhhhhhhh....Było tego za dużo. Choć jak się dowiedział, że jestem czarownicą, powiedział, że nie chce mieć takiej dziewczyny i...że pewnie chcę się zemścić, bo w przedszkolu się ze mnie naśmiewał. Nie odzywał się przez miesiąc. Potem wrócił.
-Dupek
-Taaaaa, ale i tak najbardziej bolało to jak zerwał po dwóch po latach.
-Zerwania bolą.
-No...A tak to nie ma co opowiadać
-Na pewno coś jest
-Nie. Nic ciekawego się w moim życiu nie dzieje....Idziesz coś zjeść? Cały dzień nic nie jadłam
-Jasne, gdzie chcesz?
-Sushi lub KFC
-Obojętnie
-To KFC
-Dobrze
-Chodź.
Wstaliśmy i poszliśmy na gastro. Zamówiliśmy kubełek i usiedliśmy przy jednym ze stolików. Fajnie się z nim gadało.
-Długo byłeś sługą Pierce?-spytałam patrząc jak chłopak podgryza skrzydełko
-....Odliczając rekrutacją....dwa tygodnie...
-Jak na jej sługę to mało.
-Szukała frajera, który będzie na każde skinienie jej palca.
-Jest idiotką...Czego się spodziewałeś?
-Wiesz...znalazła
-Jakie ona robi eksperymenty?
-Próbowała oszukać wampirzą naturę. Ona chce być niezniszczalna, aby nie robił jej krzywdy żaden kołek, werbena lub światło dnia.
-Przecież się nie da. Każdy to wie.
-Prawie jej się udało
-Serio?
-Gdyby Allison nie zginęła...
-Ale za pomocą chemii i wampirów?
-Sądzę, że oprócz tych wszystkich istot o których wiemy jest coś jeszcze
-Co niby?
-Nie wiem 

25: Do you get a little kick out of being slow minded? (part 2)

-...Tooo-powiedziałam nie wiedząc co odpowiedzieć.
-Czemu nie chciałaś ze mną zatańczyć?
-A jak myślisz?
-Nie cierpisz mnie, no tak-zaśmiał się jakby palnął jakąś głupotę.
-Po tym co zrobiłeś, dziwisz się?
-Wybacz mi
-Ehhh...dobra
-Serio?
-Serio. Masz szczęście, że mam dobry dzień.
-Wiem...i cieszę się, że mam takie wyczucie czasu.
-Wiesz, mogłeś mnie dziś nie zastać-wzruszyłam ramionami i pijąc wino
-Wiem, ale coś mnie tknęło
-Co niby?
-Nie wiem.
-Mhm, a tak szczerze, czemu za mną tak latasz?
-Lubię cię.
-Serio?
-Jasne, dlaczego nie?
-Męczysz mnie, nachodzisz. Tak nie robi się osobie, którą się lubi.
-Domyślam się...i uwierz mi miałem tak pierwszy raz
-Pierwszy raz kogoś nachodziłeś i groziłeś?
-Nie, ale pierwszy raz osobę, którą lubiłem.
-Po co to robiłeś? Gdybyś mnie nie śledził i nie groził wszystko byłoby jak tamtego wieczoru gdy rozmawialiśmy
-To dość ckliwa historia.
-Znaczy?
-Nie nic...
-Powiedz, jestem pijana. Nie będę tego jutro pamiętać.
-Podziękuję-odstawił kieliszek po czym spojrzał na mnie-Ładnie dziś wyglądasz.
-Dzięki
-Nie ma sprawy
-tooo co teraz?-uśmiechnęłam się lekko
-Nie wiem
Przygryzłam dolną wargę bawiąc się kieliszkiem. Ashton uśmiechnął się.
-Rzadko się szczerze uśmiechasz-zauważyłam patrząc badawczym okiem.
-Ty też, zwłaszcza na mój widok
-Haha taaa...co robiłeś w klubie?
-Przyszedłem się upić, ale spotkałem... ciebie.-wskazał na mnie palcem
-I się nie upiłeś?
-Nie.
-Czemu?
-Bo miałem ochotę z tobą zatańczyć
-I wolałeś być przy tym trzeźwy?
-Tak-uśmiechnął się tym razem pokazując dołeczki w  policzkach.  Sama nie wiem dlaczego, ale je pogłaskałam, rumieniąc się.
-Masz ładne dołeczki
-Dziękuję...pięknie wyglądasz z rumieńcami
Obróciłam głowę i zasłoniłam twarz włosami by nie było widać wypieków.
-Jak burak
-Nie...przecież widzę
-To jesteś ślepy, a poza tym mam makijaż
-Sądzę, że wszystko zostało starte
Spojrzałam na niego pytająco. Kurw@, a jak on czuje, że z kimś ten tego?!
-...Co?-spytał zdziwiony moją miną
-Nic..przestań patrzeć na moje policzki, to krępujące
-Okay-teraz spojrzał się w moje oczy. Zrobiłam to samo. Spojrzałam w jego brązowe, piękne oczy w których były...Iskierki? Chłonęliśmy siebie wzrokiem jakbyśmy dopiero co się poznali. Jednak tą chwilę przerwał mój telefon, który zaczął dzwonić. Spojrzałam na ekran. Nieznany numer. Wzięłam go do ręki i niepewnie odebrałam.
-Tak?
-Liss?-odpowiedział zaspany głos
-Tom?
-Tak, chciałem się tylko dowiedzieć czy wszystko okay-powiedział chyba nadal pijany. Ashton spuścił głowę bawiąc się swoimi palcami.
-Tak, wszystko dobrze-mruknęłam patrząc na zakłopotanego Ashtona
-A tak swoją drogą, czemu poszłaś?
-Musiałam
-Rodzice w domu?
-Za późna pora jak na spanie w hotelu
-Mogliśmy pójść do mnie
-Ledwo się znamy.
-Okay, rozumiem. Spotkamy się jeszcze?
-Nie wiem, może.
-Zadzwoń
-Dobrze
-Dobranoc
-Dobranoc-rozłączyłam się.
-Przeszkadzam?-spytał Ashton
-Nie
-To był twój chłopak?
-Nie, to ten z klubu.
-Ten z którym wyszłaś?-spytał, a ja kiwnęłam głową
-Dokładnie
-Oh..okay
-Nie ma co się przejmować, chłopak na noc-mruknęłam
-Tak czy siak gratuluję-powiedział z trochę niepewnym uśmiechem
-Czego?
-Nowej zdobyczy
-To jedna noc. Potrzebowałam tego-spuściłam głowę
-Spokojnie. Nikt cię nie ocenia...ja ci gratuluję.
-Nie! Nie gratuluj mi! Przez ciebie czuję się jak dziwka-schowałam twarz w dłoniach.
-Nie masz powodu-objął mnie głaszcząc po plecach
-Mhm...Oczywiście.
-No tak.
Odsłoniłam twarz patrząc na niego po czym go mocno przytuliłam
-Oj to miłe-skomentował
-Zamknij się Smith
Przytuliliśmy się mocniej
-Masz ładne perfumy-przerwałam ciszę
-Dziękuję, a ty ładny szampon do włosów
-Hah dziękuję
-Bardzo ładny-powtórzył wtulając nos w moje włosy
-Bardzo dziękuję-uśmiechnęłam się
-...Wiesz Ash? Myślałam, że z tobą nie da się normalnie porozmawiać...
-Domyślam się.
-Hah szkoda, że byłeś takim dupkiem...wtedy nasze relacje byłyby inne
-Wiem, ale nie mam zamiaru się tłumaczyć.
-Ehe, mogłam się tego spodziewać.
-Mogłaś
Odsunęłam się od niego biorąc wino w rękę i wypijając jego cała zawartość z kieliszka
-Dolewka?-zapytał
-Tak, ale jeżeli chcesz mnie upić i zaliczyć to wiedz, że ci nie wyjdzie.
-Nie chcę. Skąd to wzięłaś? Czy kiedykolwiek do tego zmierzałem?
-Tak. Mówiłeś o tym. Powiedziałeś, że jesteś ze mną w ciąży, a jak powiedziałam, że ze sobą nawet nie spaliśmy, po wiedziałeś, że trzeba to nadrobić...I to jeszcze u Damona
-Żarcik firmowy...dodałem emotikony
-I co z tego?
-Dla ciebie nic, bo nie znasz mnie na tyle dobrze
-Bo na razie mi to niepotrzebne
-W ogóle ci to niepotrzebne
-Racja, wystarczy wiedzieć, że jesteś jak męska dziwka
-Hah, jak uważasz-otworzył ramiona
-Idę chyba spać...zostajesz na noc czy idziesz?
-Wolę, nie zostawać bo jeszcze osądzisz mnie o próbę molestowania
-Jak mnie nie dotkniesz to nie-zaśmiałam się
-..Będę spał na kanapie-uśmiechnął się
-Możesz w pokoju gościnnym ale jak wolisz
-To wezmę pokój
-Chodź zaprowadzę cię
-Dziękuję-wstał idąc za mną na górę. Pokazałam mu drzwi do pokoju i sama poszłam się umyć i pójść spać.

                                  ***
Rano Ashton nadal spał w swoim pokoju. Zostawiłam mu karteczkę z informacją, iż ma pilnować domu aż wrócę ze sklepu. To głupi pomysł, ale miałam nadzieję, że nie wstanie do czasu, aż wrócę.  Kupiłam dwie kawy i tiramisu. Nie wiedziałam jaką kawę lubi więc wzięłam mu zwykłe latte. Mam nadzieję, że wypije. Sobie wzięłam cynamonowe latte. Mmmm, moje ulubione. Będąc przy aucie nie mogłam otworzyć drzwi, bo miałam zapełnione ręce więc rzeczy położyłam na dachu i je otworzyłam.
-Liss...-usłyszałam miły, ciepły, męski głos. Spojrzałam na mężczyznę. Tom, Cholera.
-Cześć Tom. Emmm co tu robisz?-spytałam niepewnie
-Mmmm-spojrzał na kawiarnię niepewnie-mój ojciec tu pracuje...tym czasowo
-Mhm-wzięłam rzeczy z dachu i położyłam na siedzenie pasażera, obok kierowcy.
-A ty?
-Przyjechałam po kawę.
-Wypijesz tyle?
-Druga jest...dla brata.
-To smacznego
-Dzięki
-Do zobaczenia
Pokiwałam głową po czym wsiadłam do auta, zamknęłam drzwi i odjechałam.