24:Do you get a little kick out of being slow minded? (part 1)

Lissa:
Jechałam w ciszy patrząc co chwilę na Kath zagapioną w okno oraz Damona siedzącego na tylnym siedzeniu. Pogoda pasowała do atmosfery. Deszcz odbijał się od szyby samochodu. Nie mogłam dłużej wytrzymać
-Będzie Ashton?-powiedziałam
-Tak-odpowiedział Damon
-Ughhh
-Wiem, wiem...
-Czy tylko mi on nie przeszkadza?-spytała Kath
-Ciebie nie śledził, nie groził śmiercią rodziny i nie nazywał skarbem lub kotkiem. O! I nie wmawiał wszystkim, że ze sobą jesteście!-wybuchłam
-Nie...ale znam osobę, która robiła podobne rzeczy
-To było dawno i nieprawda-powiedział wampir, a dziewczyna prychnęła śmiechem patrząc przez okno.
-Może zajedziemy do kawiarni?-zapytałam
-Ile mamy czasu?
-Z...30 minut
-Dobrze-odpowiedziała dziewczyna, a ja uśmiechnęłam się
Do samochodu wróciłam z kawą i bukietem niebieskich róż z białą wstążką, które położyłam obok wampira
-Kath-powiedziałam układając kwiaty tak aby się nie popsuły podczas gdy oni wzięli swoje kubki.
-Słucham
-pamiętasz naszą rozmowę na matmie?
-Tak,a co?-obróciła głowę
-Dziś piątek. Jutro sobota...Może pójdziemy jutro na imprezę?-poruszyłam brwiami
-Oczywiście-powtórzyła po mnie gest
-Katherine czy ty nie masz chłopaka?-spytał Damon mając na myśli chłopaka z którym sypia Kath.
-Nie, a ty?
-Może jedźmy już na cmentarz?-wtrąciłam.
***
Po skończonym pogrzebie "rozmawiałam" z Katherine obok grobowca rodzinnego w którym rozmawiali Damon i Ashton. Tak naprawdę siedziałyśmy w ciszy czekając aż będziemy mogli się rozejść do domu.
-Pójdę do samochodu-powiedziała dziewczyna, a ja kiwnęłam głową idąc za nią
Ashton:
-Jak się czujesz?-spytałem zapatrzonego na imię swojego brata, wampira
-Bywało lepiej
-Wydajesz się jakbyś zastanawiał się kogo zjeść na kolacje
-Wydaje ci się...Jesteś bardzo ciekawski co?
-Taka natura, powiedz..plose.
-Wal...
-Już to robiłem, ale dziękuję za propozycję-przerwałem mu
-Nie musiałem tego wiedzieć
-...To nad czym tak myślisz?
-Jak Kath może cię nie potępiać
-Ta która przyszła tu z Lissą i Tobą? Widocznie zna się na rzeczy.
-Tylko ją tknij
-Tykało ją już dużo chłopaków-chciałem go zirytować i chyba mi się udało-więc co to  za różnica? Hah spokojnie, rozumiem, że obrałeś ją sobie za cel i nie lubisz gdy ktoś ci przeszkadza....nie czujesz się źle, że tylko ciebie odtrąca? Musisz być okropny.
-Nie potrzebuję jej. A jak ci idzie z Lissą?
-Heh...skoro jesteś taki mądry to dlaczego jej nie zaliczysz?
-Była przyjaciółką mojego brata. Mam pewne zasady...lecisz na nią? Nie oszukuj...to widać.
-Dlatego z szacunku do niej zamierzam zachowywać się jak dżentelmen.
-Słucham?
-Za trudne słowo? Dżentelmen to mężczyzna z klasą...to ostatnie też mam przetłumaczyć?
-Ty dżentelmenem?-wybuchł śmiechem
-A ty co ostatnio zrobiłeś?
-Zapłaciłem za kawę dla pań, a ty niby co zrobiłeś?
-Pytałem co zrobiłeś z własnej woli...dla Katherine...
Wzruszył ramionami
-...Zrozumiałem ją
-Błagam-teraz ja nie wytrzymałem-zaraz padnę
-Zamknij już ryj
-Hej idziecie?-spytała Katherine wchodząc do środka. Uśmiechnąłem się złośliwie do wampira
-Jasne-objąłem jej dłoń wykonując gest nad jej ręką. Lissa weszła do środka- Musze przyznać, że panie wyglądają dziś niesamowicie-z uśmiechem chciałem zrobić ten sam gest nad ręką Lissy, ale ona zabrała swoją dłoń. Katherine spojrzała pytająco na Damona.
-To ja wrócę do samochodu
-Poczekaj-Damon wyszedł za Kath, a ja spojrzałem na Lissę nadal się uśmiechając.
-Radzę Ci przestać się tak szczerzyć-warknęła
-Zabraniasz mi radości?
-Tak
-To źle bo nie dam rady się powstrzymać.
-Serio wolisz tamtego dupka?
-Ty niby jesteś lepszy?-poszła w stronę auta a ja za nią
-Nie przekonasz się jeśli nie dasz mi szansy
Zatrzymałem się dopiero gdy uderzyła drzwiami i odjechała
***
Zegarek stojący na moim stoliku nocnym wskazywał 19. Miałam jeszcze półtorej godziny do spotkania z Kath. Ubrałam czarną, obcisłą, koronkową sukienkę oraz czarne szpilki. Pomalowałam się i byłam gotowa.  Skórzaną kurtkę zarzuciłam przez ramię, w drodze do drzwi zgarnęłam torebkę która już na mnie czekała i wyszłam z domu. Wsiadłam do samochodu, zapięłam pasy, włączyłam radio i ruszyłam w stronę domu Katherine. Nie lubiłam jeździć w szpilkach, ale tego wymagała sytuacja. Pod domem dziewczyny byłam po 20 minutach
-Hej hej-weszła, przeleciałam po niej wzrokiem biały krop top i dżinsy. Do tego białe sznurowane botki. Nic nie zrobiła z włosami i chyba nawet się nie pomalowała -Coś nie tak?
-Nie postarałaś się.
-Wiem.
-Kath twój brak chęci do przyporządkowywania stroju do okazji mnie przygnębia.
-haha jak to?
-Wyglądasz jakbyś szła do szkoły...chwila-położyłam rękę na jej brzuchu- Co ćwiczysz?
-Emmm...joga...
***
Dziewczyna ostatecznie została przy barze, a mnie wyciągnął na parkiet jakiś chłopak. Zdaje się Tom, który całkiem nie źle się ruszał. Jego oczy nie odrywały się od moich bioder. Obróciłam się do niego plecami, przylegając do jego torsu i kładąc głowę na jego ramieniu. Po dwóch piosenkach poczułam, że mój partner ma przeze mnie problem w spodniach. Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Chłopak widocznie się zawstydził, tańczył mniej pewnie. Odwróciłam się do niego przodem. moje ręce wylądowały na jego szyi. Spojrzałam w dół. Nie myliłam się. Stanął mu. Podniosłam głowę i na koniec piosenki pocałowałam go w usta. Czułam napierających ze wszystkich stron ludzi, którzy przycisnęli mnie bardziej do Toma.
-Odbijamy -powiedział Smith pojawiając się znikąd i odrywając mnie od chłopaka, który zniknął gdzieś w tłumie. Odepchnęłam go.
-Naprawdę nie zatańczysz ze mną?-krzyknął, a ja bez słowa wróciłam do mojego nowego znajomego.
-Przepraszam za niego-powiedziałam
-Ja za niego też-powiedział patrząc sobie na krocze-Jestem pijany
-Nie chcesz czegoś z tym zrobić?-spojrzał na mnie, a ja dodałam:-Do mnie czy do ciebie?
Chłopak przez chwilę nie wiedział czy żartuję, a po chwili lekko się uśmiechnął
-Nie wiem czy wytrzymam
-Gdzieś tu niedaleko jest hotel
-W takim razie ja płacę
-Nie. Po połowie. Inaczej będę czuła się jak dziwka
-...dobrze
-Chodź-złapałam go za rękę i poszłam pierwsza gdy on starał się zasłonić mną swój wzwód.
***
Leżałam przykryta kołdrą patrząc na chłopaka, który leżał z zamkniętymi oczami. Albo spał. Sama nie wiem. Może przedawkował alkohol? Chłopak przewrócił się na bok tyłem do mnie. Spał. Westchnęłam po czym wstałam ubierając się. Na szafce nocnej zostawiłam pieniądze i karteczkę. Napisałam, że muszę iść i podałam swój numer telefonu. Pocałowałam go w policzek i wyszłam z pokoju wyciągając telefon i zadzwoniłam do Kath idąc w stronę wyjścia
-Halo?
-Jesteś jeszcze w klubie?-spytałam
-Nie
-Nie wiedziałam czy po ciebie wracać.
-Luke zadzwonił.
-Uuu to nie przeszkadzam
-Spokojnie, do niczego nie dojdzie.
-A ty nie chciałaś przypadkiem dziś kogoś zaliczyć?
-Nie...przepraszam, ale nie przepadam za spaniem z nieznajomymi, to nie w moim stylu.
-Spokojnie, to było widać...w końcu byłaś strasznie zachwycona swoim kolegom.
-Skąd wiesz, że chodzi o Luke'a?
-Domyślam się...u ciebie czy u niego?
-Idziemy na spacer. Spotykamy się w lesie nad mostkiem.
-Idziesz sama przez las?
-Tak
-Ale uważaj.
-Spokojnie, ja tu jestem ostrożna
-Okay ja kończę
-Papa
-Pa.
Wsiadłam do samochodu i odpaliłam silnik. Jakiś czas później byłam pod swoim domem, ale nie tylko ja. Ashton siedział na schodach. Było już za późno na ucieczkę. Pomachał mi więc jedyne co mogłam zrobić to wstać i wysiąść z auta.
-Czego ty chcesz?-warknęłam patrząc na okna. Miałam nadzieję, że nikogo nie ma w środku.
-Przyniosłem wino
-Po co mnie nachodzisz?
-Wiem, że moje pierwsze wrażenie, nie było najlepszym dobrym wrażeniem...a mimo pozorów nie lubię mieć wrogów. Zacząłem się popisywać i głupio mi.
-Ach tak? Trochę za późno. Ja cię już nie cierpię. I wino tego nie zmieni
-A miś?-wyciągnął go zza swoich pleców
-Miś? Serio? Nie mam 5 lat.
-Wybacz, ale wino na pewno ci zasmakuje-powiedział kładąc butelkę pod drzwiami. Ominął mnie idąc powoli w stronę swojego samochodu
-Ehhh-westchnęłam, a on obrócił się do mnie jak by wiedział, że mam zamiar kontynuować-Zostań. Nie będę pić tego sama, ale ręce przy sobie-pogroziłam palcem.
-Dobrze uśmiechnął się wchodząc za mną do środka. Położył misia i wino na komodzie stojącej niedaleko drzwi. Zapaliłam światło po czym zabrałam butelkę idąc z nią do kuchni. Znalazłam tam kieliszki oraz korkociąg i poszłam z tym wszystkim do salonu.
-Jesteś sama w domu?-spytał siadając na kanapie
-Tak, rodzice pojechali na delegację. Żadnych numerów
-Spokojnie, zwykła rozmowa-zapewnił mnie
Uśmiechnęłam się lekko siadając niedaleko niego. Złapałam za przyrząd za którego pomocą miałam pozbyć się korka z butelki.
-Pomóc?-zaoferował po czym delikatnie zabrał mi butelkę. Zrobił to z wprawą po czym rozlał trunek do kieliszków-Zacznijmy od połowy-pokiwałam głową biorąc jeden kieliszek i upijając z niego łyka
-To ten-westchnął również maczając usta w winie.
-Ten
-No-zaśmiał się
Pokręciłam głową. Wstałam idąc do kuchni po ciastka, po czym wróciłam do mojego gościa.
-Co cię naszło by przepraszać?
-Mówiłem, nie lubię mieć wrogów
-Masz ich pewnie pełno...nie zdziwiłabym się.
-Mam więcej od kiedy Pierce zmusiła mnie do współpracy
-Nie ładnie zwalać to na kogoś
-Tylko jeśli nie jest to prawda, nie znałaś jej, więc nie wiesz jak było...i tego ci zazdroszczę-wziął łyk

23: Can we get closer?

   Katherine:
Mój spacer po sklepie nie trwał długo. Zaczęło się od pierwszej sukienki którą wypatrzyła dla mnie Lissa, a teraz siedzę tu starając się jak najszybciej przymierzać to co mi daje i jednocześnie oceniać czy kreacja pasuje na pogrzeb. Góra nieprzymierzonych ubrań rosła, a ja nie nadążałam. Gdy po raz 5 zajrzała do mojej przymierzalni żeby zobaczyć jak wyglądam i zobaczyła moją przerażoną minę, zrozumiała, że nie jestem tak szybka jak ona i, że musi się dostosować do moich powolnych ruchów. Usiadła na zewnątrz czekając, aż wybrałam (teraz was zaskoczę, lepiej usiądźcie) czarną, lekko rozkloszowaną sukienkę z koronkowymi rękawkami. Spódnica sięgała mi do kolan.
-Ładna-uśmiechnęła się Lissa.
-Kupuję i idziemy coś zjeść-uśmiechnęłam się-Ja stawiam...w ramach podziękowania za pomoc.
***
Głośny dźwięk wiadomości na fb. Aż żałuję, że zarejestrowałam się na tej przeklętej stronie. Otworzyłam oko i sięgnęłam po telefon.
D.-Wstawaj
-Tylko nie on-mruknęłam pod nosem chowając twarz w poduszkę. Ostatecznie powinnam wstać i iść z telefonem do łazienki. Położyłam go na umywalce, wzięłam prysznic i myjąc zęby wróciłam do telefonu
K.-Dzień dobry, miło, że napisałeś.
D.-Wiem
K.-Więc czego chcesz?
D.-Mam gorszy humor
K.-Więc powinnam być dla Ciebie miła?
D.-A czemu miałabyś być wredna?
K.-Bo to normalne w naszej relacji
D.-Jakiej relacji? Mieliśmy więcej się nie spotykać.
K.-To ty mieszasz się w moje życie
D.-Trudno
Ubrałam bieliznę i zdjęłam ręcznik z włosów, po czym zajęłam się makijażem
K.-Dla mnie wyjątkowo
D.-Wstałaś?
D.-W łazience mówisz? Strasznie długo zajmuje ci odpisywanie
K.-Jestem w łazience
D.-W łazience mówisz?
D.-Gdzie właściwie mieszkasz?
K.-Nie trafisz, musiałabym Cię zaprowadzić.
D.-Trafię
K.-Spokojnie, poczekam, aż przeszukasz cały las.
Poszłam do swojego pokoju i niemal rzuciłam telefonem. Damon siedział na łóżku trzymając sukienkę na kolanach. Schowałam się za framugą
-Do jasnej ch*lery Damon!
-...Katherine
-Co tu robisz?
-Podziwiam widoki..to twoje?-podniósł sukienkę
-Tak, mógłbyś mi ją podać?-wyciągnęłam rękę
-Podejdź i ją sobie weź
-Jak podejdę wieszak zostawię pomiędzy twoimi żebrami
Z westchnięciem wstał podając mi sukienkę
-Dziękuję
-Pomóc ci?-zapytał gdy ja opierałam się o ścianę korytarza zakładając sukienkę.
-Nie będzie takiej potrzeby
-Nalegam.
-Nie jesteś moim chłopakiem, narzeczonym, przyjacielem lub choćby gejem
-Mogę być czymś oprócz geja
-...Obędzie się-gdy zapięłam sukienkę on nagle pojawił się przede mną-Przerażasz mnie
-Nie przesadzaj-uśmiechnął się przechylając głowę na prawą stronę
-Jak znalazłeś mój dom?
-Kiedyś musiałaś do niego wrócić, prawda?...Pytanie...dlaczego przyjęłaś zaręczyny w 1860...skoro podobno mnie nienawidzisz?
-Przyjęłam?-uniosłam brew
-..Tak. Twój tata mówił, że skakałaś ze szczęścia.
-...Nie wspomniał przypadkiem też, że ja dowiedziałam się o wszystkim po zaręczynach, które były jedynie umową mającą na celu połączenie dworów ? Nic nie wiedziałam...tak samo jak ty. Twój ojciec dał pierścionek i to mój ojciec, nie ja...skakał z radości.
-Myślałem, że nienawidzisz mnie bo nie doszło do ślubu.
-Za to akurat jestem ci wdzięczna. Jestem zła za to w jaki sposób mnie traktowałeś i traktujesz, za to, że zakazałeś mi się spotykać ze Stefanem i za to, że przeprowadziłeś zamach na życie mojej matki...
-Dziękuję, że przypominasz mi o tym jakim jestem dupkiem...i o tym, że Stefan rzeczywiście miał mnie za co nienawidzić...Chyba powinienem wyjść
-...uhhh..Stefan Cię kochał...bardzo...przepraszam. Chcesz się napić? Mam whiskey.
-Wiesz co mu robiłem przez te wszystkie lata?
-Gdyby Cię nie kochał...nie kazałby mi chronić twojego tyłka.
-Kazał ci?
-Nagrał mi się...tuż przed śmiercią. Ashton właśnie tym przekonał mnie do uratowania ci życia...ale sądzę, że już nie jest potrzebna ci niańka.
-Haha...Stefan, haha...kazał ci mnie pilnować?-wziął to za dobry żart.
-Raczej raz uratować ci tyłek i nie robić ci krzywdy...
-Hahaha...przecież ty sama nie umiesz się bronić-złapał mnie za gardło przypierając do ściany-Chcę zobaczyć niby jak mogłabyś się obronić
-Nie zobaczysz-wydusiłam z siebie
-Dawaj Katherine...Chcę wiedzieć czym jesteś
-Dla twojego dobra...lepiej żebyś nie wiedział.
-Mów!-uderzył mną o ścianę, skrzywiłam się z bólu. Trzymałam delikatnie jego nadgarstki zachowując tym pozory przeciętnej nastolatki-W pokoju znalazłem nóż. Było na nim trochę twojej krwi. Co do niej dodałaś?
-Nic...
-Uleczyłaś mnie samą krwią?
-Nie musisz dziękować.
-O co chodzi?!
-Rzeczywiście powinieneś wyjść
-Tak? Haha. Jesteś nic nie wartą szm^tą.
-Racja.
-Stefan na tobie polegał...a ty jak zwykle go zawiodłaś...tak samo jak zawodzisz wszystkich innych!
I w tym momencie kopnęłam go w brzuch a potem w szczękę. Gdy ukucnął ponownie w brzuch kładąc go na ziemi i wykręcając rękę. Usiadłam na nim.
-Jeszcze raz krzykniesz...
-To co?
-Wyrwę ci kły i przerobię na kolczyki, a teraz skoro wreszcie przymknąłeś jadaczkę...nie widzę powodów abyś miał wszystko wiedzieć
-Hah...jesteś łowcą...-powiedział a ja uśmiechnęłam się pod nosem.
-I naprawdę jest ci teraz do śmiechu?-szepnęłam mu do ucha.
-Zmieniłem zdanie, napiję się.
-Z lodem czy czystą?- powiedziałam schodząc na dół.
-Czystą-zszedł niepewny zajmując miejsce na kanapie podczas gdy ja postawiłam przed nim szklankę i sama zajęłam miejsce w fotelu ze swoją porcją. Po kilku kieliszkach rozluźniłam się zupełnie jakbym rozmawiała z Lissą.
-Żałuję, że nie jestem tak podatny jak ty-powiedział poważnie. Nadal obserwował każdy mój ruch.
-Ja też żałuję-uśmiechnęłam się czując jak rozgrzane są moje policzki.
-...Dlaczego akurat Katherine?
-Co Katherine?
-Dlaczego nazywasz się Katherine?
-Wybrała je moja babcia, która uwielbiała koty, oprócz tego sama kiedyś miała dobrą przyjaciółkę o imieniu Katherine, która zginęła zanim zdążyłam ją poznać...poza tym moja mama też uwielbia koty.
-Uwielbia?
-Hmmm?
-Powiedziałaś "Uwielbia" żyje?
-Nie...język mi się plącze.
-Kath do cholery
-Naprawdę nie chcę się kłócić.
-Po prostu odpowiedz..skoro i tak wiesz, że nie zgadnę o co chodzi to dlaczego nie powiesz?
-I tak możesz być zagrożeniem.
-Przecież z łatwością możesz mnie wyśledzić i zabić...co to dla ciebie?
-Stracone pięć minut, którą mogłabym wykorzystać na coś ciekawszego-powiedziałam i widząc jego zezłoszczoną minę dodałam-Nie denerwuj się kotek.
-Kath
-Ojciec na pewno nie żyje
-A mama!
-Po co ci ta informacja?
-Ciekawość
-Sam zgadnij
-Nie wiem...
-Niczego się ode mnie nie dowiesz misiek.
-Stefan wiedział?
-Tak..
-Czemu mi nie powiesz?
-Haha...głupie pytanie.
-Kath...znamy się dość długo.
-Za długo...to większa tajemnica niż to, że jesteś wampirem, dlatego nic nie powiem...oho...czuję po powietrzu, że twoja ciekawość rośnie, albo zbiera się na burzę. Zmieńmy temat.
-Nadal masz pierścionek od Chrisa-spojrzał na mój palec
-..tak, mam.
-Dlaczego?
-Wyobraź sobie Pierce...w 1860...wzięliście ślub nagle ona umiera...wyrzucasz obrączkę?
-Chowam, nie noszę.
-Wybacz, nie wzięłam ślubu, nie znam się-puściłam mu oczko popijając whiskey. Chwilę na niego patrzyłam po czym usiadłam obok niego opierając się ramieniem o jego ramię-Przepraszam jestem niemiła.
-Dlaczego się o mnie opierasz? Nie lubimy się.
-Alkohol pomaga usunąć stres, stanik, majtki i dużo innych zmartwień...mi chyba podwyższa poziom empatii-poklepałam go po kolanie zostawiając na nim rękę
-Majtki mówisz?
-Hah...tylko to usłyszałeś?
-W twoim przypadku to chyba stringi-zaczął się ze mną droczyć
-Sprawdzałeś?
-Coś mi mignęło, szybka jesteś.
-Jaki kolor?
-Idealny-powiedział udając pijanego, pstryknęłam go z uśmiechem w nos- Czarny-dodał normalnie
-Hah...jedziemy twoim czy moim samochodem?
-Zadzwonię do Lissy żeby po nas przyjechała.
Wstałam idąc do wieszaka żeby założyć płaszcz
-Chwila...nie jesteś pijany.
-Dla pewności
-Oooo martwisz się o mnie
-Nie przyzwyczajaj się-powiedział, a ja pokazałam mu język

22: In this world so cruel I think you’re so cool

Katherine:
*dwa dni później*
Płakałam gdy byłam sama. W każdej wolnej od spojrzeń sekundzie. Pewnie dlatego grupka przyjaciół kazała mnie pilnować. Oczywiście nic bym sobie nie zrobiła. Martwili się bardziej o to, że od płaczu puchną mi oczy, które w pracy muszę mieć szeroko otwarte. W tym momencie nie płakałam. Stałam w klubie oparta o filar przyglądając się tańczącym ludziom, aż z tłumu wyłonił się Luke niosąc mojego drinka.
-Proszę-podał mi szklankę-Dla pięknej pani.
-Dałeś tam pigułkę gwałtu czy użyjesz chusteczki z chloroformem?
-Dziś bez chemii...użyję młotka
-Hah-uśmiechnęłam się
-Śmiejesz się...który to twój drink?
-Pierwszy.
-Nie w tym klubie...ogólnie...
-...raz...dwa...trzy...
-Okay, nie chcę wiedzieć
-To dobrze bo nie wiem czy mam liczyć dwa shoty...
-Popadasz w alkoholizm
-Nie...chciałam spróbować nowej metody radzenia sobie z bólem.
-...-spojrzał na mnie analizując moje gesty i mimikę-dopij drinka. Nic tu po nas.
Pokiwałam głową szybko zerując napój. Wyszliśmy z klubu i chyba z przyzwyczajenia zaczęliśmy iść przez las. W pewnym momencie oparłam się czołem o drzewo
-Kath wszystko dobrze?
-Yhym-jęknęłam-daj mi chwilę...za dużo wypiłam...
-Ale już nie płaczesz...
-Nie będę przy tobie płakać...-powiedziałam opierając się tym razem plecami
-Wiem...wiem, że to był dla ciebie duży szok...i bardzo za nim tęsknisz....A to jest najgorsza chwila jaką mogłem sobie wybrać, ale nie myślę teraz o niczym innym-oparł się o pień całując mnie z zaskoczenia. Zrobił to tak szybko, że zdążyłam tylko drgnąć
-Luke-odsunęłam się nie oddając pocałunku
-Przepraszam...ale nie mogę się powstrzymać
-Chyba masz rację..za dużo wypiliśmy...-powiedziałam na chwilę odwracając wzrok na czarny punkt za jego ramieniem. Na gałęzi siedział czarny kruk. Patrzyłam się na niego chwilę, aż przypomniałam sobie, że muszę dokończyć zdanie-I..nie wiem co czuję...wiem, że nie mogę za długo żyć tym co się stało...
-Kath-przerwał mi-Dużo wypiłaś...plącze ci się język. Nie śpieszy mi się, przemyśl to...-przerwałam mu całując go tak jakbym chciała smakiem jego ust wymazać resztki wspomnień o Chrisie. Kilka łez poleciało po moich policzkach. Choć miałam wrażenie, że bez niego nie będę szczęśliwa nie chciałam sobie odbierać szansy na to szczęście. Oddał pocałunek i od tego momentu liczyło się to co czuję przy nim. Każde muśnięcie jego warg odejmowało mi bólu i zabierało mnie od wspomnień.
***
Pani od matematyki siedziała za biurkiem patrząc na dziewczynę stojącą przy tablicy jakby czekała na chociaż najmniejsze drgnięcie głowy uczennicy w stronę klasy, co mogłoby byś dobrym pretekstem aby wstawić jej jedynkę za ściąganie. Wreszcie lekcja dobiegła końca. Wstałam pakując beznamiętnie pakując rzeczy do torby.
-Hej-uśmiechnęła się do mnie czarownica-Katherine racja?
-...Tak-spojrzałam na nią próbując wyczuć cokolwiek z jej tonu głosu, postawy lub chociaż zdania-...a ty Miss?
-Liss
-...Racja-powiedziałam trochę skrępowana-A co powiedziałam?
-Miss-zaśmiała się, a ja automatycznie zrobiłam to samo
-Dziękuję za chęć pomocy-powiedziałam zarzucając torbę na ramię
-Nie ma za co. Wszystko w porządku?
-Szczerze?...-uśmiechnęłam się ponownie-Jak nigdy.
-Jesteś zdenerwowana-pochyliła się w moją stronę-...jak nigdy.
-Przed chwilą była matematyka...minie chwila zanim się odprężę-oznajmiłam wychodząc z sali. Lissa potruchtała za mną do mojej szafki
-Przespałaś się z kimś?
-...Rozmawiam z medium?-spytałam patrząc na nią ze zmarszczonymi brwiami.
-Spokojnie robienie tego to nic złego...
-...Dobrze...cieszę się...-poczułam się nieswojo. Nie odpowiedziała na pytanie o medium.
-Właśnie. Z Damonem znacie się przecież całkiem długo.
-O wiele za długo...chwila...nie przespałam się z nim-wzdrygnęłam się na samą myśl
-A z kim?-spytała zdziwiona-Nie mów, że z męską dziwką z ulicy...
-Nadal mówisz o Damonie.
-Haha...mówię o tej drugiej.
-Ashtonie? Nie...
-To z kim?
-Nie znasz
-Okay...a chociaż był dobry?-spytała cicho się śmiejąc.
-Słucham?
-Czy był dobry?
-A co chcesz go wpisać na jakąś listę?
-Nie-uśmiechnęła się
-...Za dobry...
-To się ciesz!
-Cieszę się
-To dlaczego jesteś spięta? Uuu to uzależnienie. Nie przestaniesz się denerwować aż nie dostaniesz tego czego chcesz-powiedziała, a ja oparłam się o szafkę-,ale spokojnie...seks jest dobry na zdrowie
-W takim razie to najlepsze uzależnienie na świecie-wzdychnęłam. Zrobiło mi się gorąco na myśl, że on czeka na mnie pod szkołą.
-I najprzyjemniejsze-powiedziała łapiąc się za ramiona i odchylając głowę na bok
-Nie wierzę, że wdaję się w tą dyskusję-zaśmiałam się. Naprawdę się otworzyłam.
-Czasami trzeba się wygadać komuś obcemu
-...Skoro tak to...jak tam z tobą?
-Ze mną czy życiem łóżkowym?
-Tym drugim.
-Nie istnieje od prawie dwóch miesięcy
-I od tamtego czasu pytasz ludzi o to co robili w nocy?
-Haha jasne...Nie mam chłopaka...a nie chcę tego zrobić z męską dziwką,
-Mówisz o Ashtonie?
-Tak...
-...A z przyjacielem?...
-Jeden ostatnio umarł...-spuściła głowę-a drugi jest w stanach.
Przez chwilę milczałam jakby wracając pamięcią do Christiana oraz Stefana. Czułam, że to nie w porządku, należy się im większe opłakiwanie za to jak oddani innym byli. Gdybym miała czas na wylew emocji nie wyszłabym przez miesiąc z domu.
-Więc poleć do Stanów...w jakiś wolny od sprawdzianów termin.
-I co mu powiem? "Hej chcę byś się ze mną pieprzył"?- a chłopak przy równoległej szafce na nas spojrzał. Zaśmiałam się pod nosem
-Podobno przyjaciołom się nie odmawia
-On ma dziewczynę Kath.
-...Więc może poszukamy po szkole nowych przyjaciół?
-Emmmm-zaczęła przelatywać oczami po korytarzu-To nie zabrzmiało miło
-Więc się piszesz? To oczywiście wymaga trochę czasu, ale chyba warto-zaśmiałam się. Potrzebowałam osoby która widzi we mnie kogoś normalnego. Nic ode mnie nie chce, nie boi się mnie. Teraz tylko trzeba będzie przybrać nową wiarygodną tożsamość, ale ona pokręciła głową.
-Łatwiej już by było się upić i iść z nie wiadomo kim
-Nie, to niebezpieczne i obrzydliwe. Jeśli naprawdę jesteś zdesperowana możesz zapytać kogoś ze swoich znajomych.
-Mam jednego który mógłby się zgodzić...ale boję się, że mnie zarazi.
-Hah...więc trzymaj się swojej wersji i się upij...tylko ostrożnie...żadnych szemranych gości.
-Haha, tak zrobię.
-Tak trzymaj
Uśmiechnęła się lekko bawiąc się długopisem, a jakąś chwilę później rozległ się dzwonek.
Z Lissą wyszłyśmy ze szkoły. Przeszłyśmy dosłownie kilka kroków gdy dziewczyna ścisnęła mnie za rękę.
-Co ten głąb tu robi?-szepnęła, a ja zaczęłam się rozglądać. Ashton opierał się o maskę auta szukając kogoś wzrokiem jakby pozował do magazynu, co chwilę spoglądał na zegarek, a potem spojrzał mi prosto w oczy. Jego wzrok powędrował ze mnie na gapiącą się na niego Lissę. Wyprostowałam się i uniosłam głowę przybierając pewną siebie postawę. Podszedł do nas z uśmiechem.
-Witam-odparł nie odrywając wzroku od czarownicy.
-Co ty tu robisz?-powiedziała z pogardą co tylko nasiliło uśmiech na jego twarzy.
-Znaleźliśmy ciało Stefana. Uważa, że powinnyście przyjść na pogrzeb
-Znaleźliście Chrisa?
-Nie-pokręcił głową-żadnego śladu...to jak?
-O której i kiedy?-powiedziałam z mniejszym zapałem
-Jutro, punk trzynasta, przy grobowcu rodziny Salvatore.
-Okay-powiedziała Lissa
-Jeśli to podstęp...-mruknęłam
-To nie podstęp
-Dziwne, Damonowi nie zdarza się chodzić na pogrzeby-powiedziałam myśląc o pogrzebie jego matki
-Ale to Stefan...
-Błagam skończmy dyskusję...-stał w ciszy z założonymi ramionami więc dodałam:-byłabym wdzięczna gdybyś nas opuścił.
-Aż tak mnie nie lubicie?
-A żebyś wiedział-czarownica warknęła. Gdybym nie wiedziała, że ma w sobie moc, zapewne potężną choć wygląda niepozornie zaczęłabym się śmiać z jej miny rozzłoszczonego lwiątka. Zamiast tego wydałam z siebie krótkie "hah". Dziewczyna spojrzała na mnie ze zmarszczonymi brwiami, a ja przyłożyłam pięść do ust udając, że to było tylko kaszlnięcie.
-Do jutra-powiedział odchodząc
-Miły chłopak-powiedziałam chcąc się z nią podroczyć-Pożegnał się
-Taaaa bardzo
-A nie?
-Nie.
-Dlaczego?
-Jest idiotą
Przeszłyśmy przez plac główny zmierzając w stronę małego parkingu. Myślałam, że puści mnie wolno ale ona szła ze mną za ramię
-Ciesz się, że się ciebie nie uczepił-powiedziała zupełnie jakby ją nękał.
-Cieszę się.
-Masz sukienkę na pogrzeb?
-Muszę sobie coś kupić...
-Ja ci mogę coś pożyczyć
-Nie, dziękuję...muszę mieć coś na przyszłość.
-Twoi bliscy często umierają?
-Zdarza się.
-Okay...jak się wydostałaś?-teraz zaczęłam wątpić czy na pewno nic o mnie nie wie. Może chce abym sama jej powiedziała.
-Coś zaatakowało ludzi którzy chcieli mnie przywiązać. Ja dosyć szybko biegam i zdążyłam uciec...zwłaszcza, że w tym...laboratorium było jeszcze pełno ludzi. Byłaś tam?-spytałam
-Tak. Masakra. Ashton i Damon mówili, że to ty...ale nie wyglądasz na silną.
-Nie jestem...-uśmiechnęłam się niewinnie podchodząc do mojego czarnego samochodu
-Ale...mówili też, że wiesz jak uzdrowić Damona...i rzeczywiście to zrobiłaś...jesteś czarownicą?
-Nie...ale moja babcia była zielarką i co nie co wiem...
-Łaaał-wsiadła ze mną jakby znała mnie od lat-Nauczysz mnie czegoś?
-Jeśli coś jeszcze sobie przypomnę.
-Wow super...chwila-nagle zrobiła wielkie oczy-To...Chevy Cruze Hatch..
-...tak
-Twoich rodziców?
-Nie mam rodziców...
-Stać cię na to?
-Dostałam duży spadek po wujku,który zmarł 5 lat temu. Oszczędzałam...-skłamałam
-...Jeszcze większe łaaaał...
-Pachnie nowością...
-Dbam o niego...
-Odpal silnik...nie wytrzymam
-Kiedyś dam ci poprowadzić
-Kiedy?
-Kiedy zobaczę jak jeździsz-zaśmiałam się